Edward Frączkowski wrócił z kolejnej wyprawy. Tym razem przepłynął 442 km z Łowicza do Wiślinki (Bzurą i Wisłą). Na kajakowym liczniku ma już grubo ponad 10 tysięcy kilometrów.
Pan Edward zaczynał od wypraw po Pilicy, później odważył się wypłynąć na Wisłę. W 2015 r. dopłynął (z synem Filipem) do Gdańska. A rok później pokonał (już samotnie) królową polskich rzek i dotarł do Bałtyku. Trzy lata temu wyruszył z Mazur i w drodze do morza przepłynął prawie 900 km. Dwa lata temu dołożył ponad 1,2 tys. km m.in. Wieprzem, Wisłą, Wartą i Odrą. W ubiegłym roku pływał po jeziorach oraz kanałach mazurskich i warmińskich.
W tym roku zaczął w Łowiczu na Bzurze. – Powitała mnie niską wodą i pozarastanym dnem. Trochę było bystrzy na kamieniach, ale jakoś dałem radę – mówi pan Edward.
Po dwóch dniach spłynął na Wisłę. – Od razu dostałem wiatrem w twarz i znowu płycizna. Uszkodziłem pióro wiosła. Na szczęście miałem zapasowe. Próbowałem też spływać na mniejsze rzeki – Skrwę i Wdę, ale przy pierwszych przeszkodach zawracałem. Po prostu było za płytko – relacjonuje.
Raz palące słońce, innym razem "włóczykij" (sam tak o sobie mówi) z tomaszowskich Białobrzegów musiał zmagać się z deszczem i falami na wodzie. Jednak wszystko rekompensowały wschody słońca na łonie natury. A obiad ugotowany na palniku nad rzeką miał niesamowity smak.
Dziennie pan Edward pokonywał około 40 km. Po drodze były krótkie wypady do Torunia (obowiązkowo wizyta pod pomnikiem z podobizną Mikołaja Kopernika) czy Gdańska. Całą wyprawę akończył w Wiślince. – Plan wykonałem w 95 procentach. W wyprawach wielodniowych przepłynąłem już grubo ponad 10 tysięcy km. Do tego można doliczyć też setki kilometrów przepłynięty w ultramaratonach czy wypadach na Pilicę. Jesienią planuję kolejną wyprawę, nową trasę – zapowiada.
Jak mówi, na razie zbiera doświadczenie na polskich szlakach, ale kiedyś chciałby się wybrać za granicę (np. na Dunaj) albo popłynąć wybrzeżem Bałtyku. Pan Edward w kajaku zawsze zakłada kapok. Zachęca wszystkich, żeby też to robili dla własnego bezpieczeństwa.
(fot. archiwum prywatne)
ag



Komentarze