Radość z czekolady i pomarańczy, długie wyprawy na pasterkę, śnieg po pas i furtki... z zawiasów. O świętach sprzed lat opowiedzieli nam tomaszowianie. Kto jeszcze takie pamięta?
Skarbnicą wiedzy o dawnych czasach i zwyczajach była dla mnie zawsze moja babcia Jadwiga Dębiec, urodzona w 1931 r. Opowiadała mi o świętach skromnych, ale pięknych. Takich, w których liczą się tradycje, więzi rodzinne, a dzieci cieszą się nawet z drobnych, dziś powiedziałoby się, powszednich rzeczy. Ważny był poprzedzający święta adwent – czas powagi, chodzenia na roraty do kościołów, często bardzo daleko położonych, i – oczywiście – robienie porządków. Przed Wigilią były one obowiązkowe. Większość ozdób wykonywało się własnoręcznie. – W długie grudniowe wieczory po odrobieniu lekcji, wraz z rodzeństwem, robiłam łańcuchy i gwiazdki choinkowe z papieru. W tym czasie babcia i mama przy tym samym stole dziergały na drutach szaliki, czapki i rękawiczki. Wspólnie śpiewaliśmy wówczas pieśni, takie jak " Spuśćcie nam na ziemskie niwy" – wspominała babcia Jadwiga.
Był to także czas wymiany słomy w siennikach łóżek. Wszystko musiało być schludne i czyste. Czasem gospodynie zarywały noce, aby wszystko było dopięte na przysłowiowy ostatni guzik.
- Zapach drożdżowego ciasta roznosił się po domu
Na święta jedzenie robiło się własnoręcznie, w domach, i nie były to żadne rarytasy. Gospodynie piekły placki drożdżowe z kruszonką i strucle z makiem. W domach unosił się też oczywiście zapach ryb. Smażyły się śledzie i grzyby w cieście. Na wigilię podawano barszcz czerwony i lepiło pierogi z kapustą i grzybami. Na stołach pojawiały się również marynowane śledzie i dynie. Do picia obowiązkowo przygotowywało się kompot z suszu, czyli wędzonych śliwek, jabłek i gruszek. Moja babcia robiła bardzo mocny. Zawsze trzeba było go pić, jak to się mówiło, na lepsze trawienie.
- Czas jasełek
Przed wojną, jak i później, ważne były przedstawienia świąteczne w szkołach oraz w zakładach pracy. Jadwiga Dębiec chodziła do Szkoły Powszechnej nr 4 przy ul. św. Tekli 4, gdzie brała udział w jasełkach organizowanych przez znaną i szanowaną nauczycielkę Eleonorę Czarnecką. Zachowała przedwojenne zdjęcie z tamtych przedstawień. Znajdują się też w tomaszowskim archiwum. Są to prawdziwe unikaty.
- Czekaliśmy na czekolady i pomarańcze
Piękne wspomnienia ze świąt Bożego Narodzenia ma też pani Jadwiga Rek z Tomaszowa, która wychowała się w Cekanowie. Jej dzieciństwo przypadło na lata 60. XX w.– Wtedy czasy były biedne. My dzieci nie dostawałyśmy prezentów, tak jak teraz. Prezenty były skromne. Bardzo cieszyliśmy się z czekolad, pomarańczy. Tego się nie miało na co dzień – opowiada. W domu było ich pięcioro rodzeństwa.– Czekaliśmy na siostrę ojca, która była wtedy panienką. Mieszkała w Łodzi i zawsze na święta przyjeżdżała z walizką, w której miała właśnie czekolady i pomarańcze. To była dla nas wielka radość – wspomina.
Jej tata przebierał się za mikołaja. Wychodził ukradkiem do stodoły. Tam zakładał kożuch na drugą stronę, czapkę z uszami, przepasywał się powrósłem ze słomy.– Miał też brodę z waty. Gdy byliśmy więksi, to już się domyślaliśmy, że to ojciec się przebiera – śmieje się pani Jadwiga. – Wieczerza wigilijna rozpoczynała się później, około godziny 18.00, i już bezpośrednio po niej szło się na pasterkę – dodaje. Pamięta, że przed wigilią kładło się nie garść sianka pod obrus, jak teraz, ale całą wiązkę pod stół. – Dania były raczej skromne, ale mama podkreślała, że musi być ich 13 – mówi tomaszowianka. Na stole pojawiały się pierogi, kluski z makiem, kompot z suszu, który można było nie tylko pić, ale i jeść z grubszym makaronem, jak również ryby i grzyby w cieście. W święta jadło się też szynkę, na co wszyscy czekali.– Szynka była na Boże Narodzenie i na Wielkanoc – zauważa pani Jadwiga.
- Kilometry na pasterkę
Dzieci bardzo cieszyły się wtedy z żywej choinki, przyniesionej z lasu przez ojca dzień przed Wigilią. – Ozdoby robiło się samemu, np. łańcuchy i gwiazdki z pasków. Nie pamiętam z dzieciństwa bombek. Wspaniałe były zimne ognie. Rodzice kazali dzieciom palić je na dworze. Iskry leciały w śnieg. Chodziło o bezpieczeństwo, żeby się dom nie zapalił – mówi J. Rek.
Zimy były wówczas siarczyste. Ludzie siedzieli zwykle w domach, pogoda nie sprzyjała wędrówkom do miasta. Ale na pasterkę trzeba było iść. – Nasza parafia była wtedy w kościele św. Antoniego. To było bardzo daleko od Cekanowa. Około 9 kilometrów w jedną stronę. Gdy byliśmy dziećmi, tata z nami chodził. Potem jako młodzież zbieraliśmy się i chodziliśmy w grupie. Żeby zdążyć na północ, wychodziliśmy o 22.00. Pasterka była długa, dziś są krótsze. Może koło czwartej było się w domu – pamięta pani Jadwiga. W kościele było tak dużo ludzi, że czasem się nie mieścili. Stało się na zewnątrz, mimo mrozu.
Ale święta miały swój urok. Śpiewało się kolędy, biesiadowało. – Tata zawsze zanosił opłatek zwierzętom. W drugi dzień, w św. Szczepana, po wsi chodzili z szopką. W tym czasie organizowane były u nas też wspaniałe kuligi. Sanie ciągnięte były przez konie. Pięknie wyglądał las i pola całe w śniegu – wspomina tomaszowianka.
- Furtki z zawiasów i do ogródka
O świętach z dzieciństwa opowiedział nam też Stefan Bosiek, sołtys Ciebłowic, urodzony w 1964 r. Wychował się w Ciebłowicach. Pamięta wyprawy na pasterki do starego kościółka w Białobrzegach. – Zimy były siarczyste. Chodziło się pieszo lub jeździło saniami bądź bryczkami z końmi. Na czas pasterki konie czekały uwiązane do bryczek. Kościółek był pełen ludzi, część stała na zewnątrz. Był niezwykły klimat – mówi. Śmieje się, że był wtedy taki zwyczaj, że jak się szło lub wracało z pasterki, to wyjmowało się ludziom furtki z zawiasów i stawiało w ogródkach.– To były takie żarty młodych chłopaków. Czasem ktoś zostawał na posesji i pilnował tej furtki – opowiada Stefan Bosiek. Pamięta słynnego białobrzeskiego proboszcza Mieczysława Adamskiego. On też kojarzy mu się z pasterkami, ze świętami, z tym, że budował nowy kościół w Białobrzegach.
– Ogólnie czasy były biedne. Dzieci cieszyły się ze wszystkiego. Mikołaj przychodził do nas do przedszkola w Ciebłowicach. Było około 100 metrów dalej za skrętem od centrum Ciebłowic, w prawo i na wprost, w stronę lasu. Wizyta mikołaja to było wydarzenie – wspomina. Choinki były żywe, wieszało się na nich skromne ozdoby. – To było kilka bombek, własnoręcznie upieczone ciasta, jabłka ze swojego sadu, cukierki. Starszy ode mnie o rok brat wstawał w nocy, zrywał te cukierki z choinki i jadł – śmieje się pan Stefan. Na świątecznym stole w jego rodzinnym domu była ryba, pierogi, fasola, makaron z makiem, kapusta z grochem. – Nie było wszystkiego tego co teraz, ale wszystko smakowało, wszystko się doceniało – zauważa.
Białe i wesołe święta miały swój niepowtarzalny urok.
(fot. ze zbiorów Muzeum im. Antoniego hr. Ostrowskiego), (fot. Panoroma Robotnicza)
J.D




Komentarze