Warto wiedzieć, że Groty Nagórzyckie mają z miłością więcej wspólnego niż nam się wydaje. Dawniej nie były trasą turystyczną, a kopalnią piasku. Chodziło się tam na wagary, a także po inne wrażenia...
W XVIII wieku nagórzyckie skały zaczęli drążyć okoliczni mieszkańcy. Pozyskiwali piasek kwarcowy, używając do tego prostych kopaczek i kilofów. Wnęki powiększały się i powiększały, tworząc obszerne groty. Do pieczar, jak pisał Stanisław Lancewicz w publikacji "Z badań fizyograficznych nad Pilicą" z 1912 roku, chłopi wjeżdżali wozem, do którego piasek sypano bezpośrednio ze stropu. Archiwista i historyk Włodzimierz Rudź w przewodniku "Tomaszów Mazowiecki i okolice" wyjaśniał, iż piaskiem z grot posypywano podłogi i podwórka. Wykorzystywano go też do celów budowlanych i sprzedawano. Za ten surowiec mieszkańcy Tomaszowa dawali chłopom obierki ziemniaczane, którymi karmili świnie. Wymiana ta musiała przestać ich satysfakcjonować, skoro powstało powiedzenie "nie ma piasku za łupiny".
Z czasem piasek z tego miejsca zaczął zyskiwać na wartości – wywożono go linią kolejową do Warszawy, Częstochowy, Piotrkowa i Rudników, gdzie był wykorzystywany m.in. do produkcji szkła.
Groty zawsze interesowały okolicznych mieszkańców. Zaopatrzeni w rozpraszające ciemność łuczywa penetrowali ich wnętrza, zostawiając po sobie wyryte rysunki i podpisy. Pod wpływem łuczywa, o czym wspominał w dwutygodniku "Ziemia" w 1928 roku Stanisław Rumszewicz, zrywały się "nietoperze, uczepione do stropu jaskini i z nieprzyjemnym piskiem latały po grocie". Na zboczach grot lubili się fotografować różni ludzie, którzy mieli czym zrobić sobie zdjęcia. Wśród nich byli niemieccy żołnierze.
Łatwo było też w grotach zabłądzić. Czasem ktoś wszedł jednym wejściem, a wracał innym, w zniszczonym ubraniu, zmuszony przez wąskie korytarze przeciskać się na czworakach pp piasku, a gdzie indziej po błocie albo omszałej skale. Czasem podczas takich niebezpiecznych wędrówek spotkać można było... niebieskie, dzikie króliki, które kryły się tam przed myśliwymi. Na groty przez lata było mnóstwo pomysłów – od zrobienia tam winiarni do... ich wyburzenia. Tymczasem przez lata stawały się miejscem schadzek młodzieży szkolnej oraz starszych osób, w tym zakochanych. Tam wybierano się na wagary oraz na randki. Bywało, że były rozbierane. – Niejedna panna straciła tu swoją niewinność – mówi Adam Świderek, tomaszowski przewodnik turystyczny. O wielkich namiętnościach pośród zimnych skał świadczyć mogą choćby wyryte na ścianach miłosne wyznania, jak i pozostawiane części garderoby. Bywało, że znajdywano tam np. podarte rajstopy, majtki czy chustki.
(fot. ze Zbiorów Skansenu Rzeki Pilicy)
Joanna Dębiec



Komentarze