Iga Motow
XXV Liceum Ogólnokształcące im. Stefana Żeromskiego w Łodzi
Kolej rzeczy
Minuty skapywały z dachu powoli, acz z namysłem. Roztopione godziny, próbujące przemienić się jeszcze w coś przypominającego istnienie. Mieniły się w locie niczym krople deszczu. Spadały głucho, nic po sobie nie zostawiając. W tym miejscu nikt ich nie opłakiwał. Nikt ich nawet nie pamiętał.
Być może ten brak pamięci wynikał z tego, że przewinęło się tu tyle jednostek czasu,
że trudno byłoby zapamiętać wszystkie. Niektóre były niemalże niewidoczne, tak filigranowe, że chociaż godne wspomnienia, nigdy się tego nie doczekały. A być może wcale nie były takie ważne, ale samo ich istnienie dawało fałszywe poczucie konieczności oddania im czci.
Jeżeli w ogóle kiedykolwiek istniały, w końcu tak łatwo było je przeoczyć.
W tym miejscu nie należało przywiązywać się do czasu. Do żadnej z jego nieskończonych córek, które przychodziły i odchodziły. Zegarmistrz, z racji swojej praktyki, wiedział, że nieodpowiedzialnym byłoby darzyć którąś z nich uczuciem. Nigdy tego nie praktykował, ale wiedział, że ludzie nie byli tacy mądrzy i co chwilę na nowo przywiązywali się do czegoś.
|||Sam widział swoją codzienną pracę, a z nią i bezsens tej ludzkiej tendencji.
Przecież każda jednostka czasu miała z góry przewidzianą długość życia, a gdy ta dobiegała końca, Zegarmistrz przekręcał machinę zegara, pozwalając każdemu momentowi stać się wspomnieniem. Nie miał właściwie na nic wpływu, machina przekręcała się sama.
On ją tylko nadzorował, choć i jemu ta czynność wydawała się bezsensowna.
|||Przynajmniej do czasu, gdy wskazówka godzinowa przestała sprawnie chodzić. Zegarmistrz najmniej ją lubił, bo była ciężka i zawsze trzeba było mocno się zaprzeć, żeby ją ruszyć. W międzyczasie musiał jeszcze przecież zająć się dwiema mniejszymi wskazówkami, a on miał tylko parę rąk. Każde zaburzenie pracy wskazówek mocno dawało mu zatem w kość, zwłaszcza, jeśli chodziło o tę największą.
|||Na początku nie przejął się tym, że coś nie działa jak powinno. Naoliwił po prostu mechanizm i wrócił do pracy. Jednak z dnia na dzień problem powtarzał się, a sprawdzony sposób naprawy przestał być skuteczny.
|||Odwieczną prawdą było to, że jeśli coś się zepsuło, winny był człowiek. Zegarmistrz upatrywał więc przyczyn usterki w działaniu ludzi. Pozwolił czasowi przepływać swobodnie, a sam wyglądał nieustannie przez okno wieży zegarowej i wytężał wzrok. Gdzieś bowiem na świecie musiał być ktoś, kto próbował zaburzyć naturalny porządek.
|||Godziny przepływały wolno, ospale, patrząc z niejakim politowaniem na spieszące się sekundy i próbujące im dorównać minuty. Jak matki obserwujące swoje starsze i młodsze dzieci we wspólnej zabawie, tak córki czasu milcząco przyglądały się upadkowi własnych sióstr. Aż dziw, że żadna z nich nigdy nie poczuła chęci buntu. W końcu odchodziły tak, jak gdyby nigdy nie istniały. Liczyły się tylko wtedy, gdy można jeszcze je było nazwać teraźniejszością.
|||Nie miały głosu. Milczący świadkowie historii pozbawieni mocy, by ją przekazywać czy dziedziczyć. Bezlitosne w swym boleśnie krótkim życiu, najpierw przychodziły, żeby zaraz odejść, nie pozostawiając po sobie niczego. Same się nie buntowały, ale człowiek jeszcze próbował. I chociaż wiele razy ludzkość przekonała się o tym, że czas nie jest tylko dobrym przyjacielem, znachorem, który jakimś magicznym sposobem naprawdę leczy beznadziejne rany, nadal niczego się nie nauczyła.
Zegarmistrz zdał sobie z tego sprawę, gdy odkrył przyczynę usterki największej wskazówki. Godziny prawie przestały płynąć. Coś tak mocno je blokowało, że sekundy zaczęły lękliwie i w popłochu mieszać się z minutami, aż w końcu zapanował chaos.
Przez pewien czas wszystkie wskazówki stały, aż nagle wszystkie, jak na rozkaz, przesuwały się gwałtownie w spóźnione miejsce.
I wszystkiemu była winna miłość.
Zegarmistrz widział przez okno cotygodniowe spotkania młodej pary, bijące od niej uczucie docierało nawet na szczyt wieży zegarowej. Kochanie nie było przecież zabronione, ale wiązało się z pewnymi niebezpiecznymi dla porządku świata konsekwencjami, jak widać. Zegarmistrz doszedł do wniosku, że zakochani starają się wstrzymać swoją miłością czas, żeby dłużej być razem. Cóż za fanaberie, pomyślał wtedy.
Na początku się oburzył. Było to jawne pogwałcenie naturalnie ustalonego systemu, a żadne uczucie nie ma przecież prawa go zmieniać, to oczywiste. Jakoś tak jednak wyszło, że razem z miłością młodych zakochanych na wieżę zegarową wracały też w pośmiertnym życiu przepełnione bólem rozstania minuty, pod wpływem których nastawienie Zegarmistrza powoli zaczynało łagodnieć.
Sam nie doświadczył niczego podobnego. Jego serce było tylko częścią organizmu i niczym ponad to. Poczuł więc lekką zazdrość, widząc ludzi w pełni korzystających z człowieczeństwa. Zaczął nawet tego pragnąć, przekonany o wielkości uczucia, które musiało być tak euforyczne i cudownie przepełniające każdą komórkę ciała, że aż trudne do wyobrażenia.
Zegarmistrz miał tylko czas, pozbawiony tożsamości i głębi. Zdając sobie sprawę z tej pustki, nigdy nie pozwalał sobie marzyć. Szare godziny, biało-czarne minuty i bezbarwne sekundy wypełniały jego wegetację, przypalając mu zakończenia nerwowe i tępiąc zmysły.
Jego pierwszy, a zarazem ostatni kontakt z miłością, nie był więc nawet jego własną miłością, a czyjąś. On jednak poczuł, że kocha i kocha wszystko, kocha wszystkich, kocha całym sobą i kocha, i kocha...! Musiał pomóc tym cudownym ludziom, bo skoro sam nie mógł stąd wyjść i wykrzyczeć światu swojego przebudzenia, mógł tylko zająć stanowisko cichego bohatera.
Zakochani sami wstrzymywali czas, ale nie potrafili go cofać ani zatrzymać na zawsze. Czy Zegarmistrz miał w ręku taką moc? Czując, jak rozpiera go nieznane dotąd uczucie, bez wyraźnej przyczyny i bez znanego mu pochodzenia, pierwszy raz w życiu rozpoznał w sobie siłę do zmiany. Nie potrafił sprzeciwić się przemijalności czasu przez całe życie. Albo więc sam przeminie, albo pomoże nie przeminąć innym.
Gdy przyszedł rutynowy moment rozstania się zakochanych, Zegarmistrz w bojowym nastawieniu przygotowany był stoczyć zaciekłą walkę z godzinową wskazówką. Jej machina, stalowe koła zębate i sprężyny, przeciwko sile dwóch wątłych, acz zdeterminowanych ramion. Napędzanie ruchem kontra napędzanie narkotyzującą, młodą miłością. Zdawałoby się, że nie ma siły większej niż nowe uczucie, tak silne, że pewne swojego sukcesu.
Zegarmistrz natarł na wskazówkę z rozdzierającym krzykiem bojowym. Sprężyna rozprężyła się gwałtownie, zatrzymując koło na następnym zębie, przez co wojownika odrzuciło do tyłu. Zdołał jednak wrócić do swojej pozycji, zaciskając zęby i krusząc paznokcie. Napierali na siebie wzajemnie, jak gdyby przeciągali linę i ciągle znajdowali się w tym samym miejscu.
Zegarmistrz parł do przodu, jednocześnie wcale się nie ruszając. Machina syczała i dyszała, zaciekle się broniąc. Co chwila któreś z nich wysuwało się delikatnie na prowadzenie, zaraz jednak było doganiane, a nawet prześcigane. Zdawało mu się, że taki stan rzeczy trwa już bardzo długo. Przecież wskazówki były zakleszczone w uścisku walki, nie przesuwały się zatem. Mogli stać tak ułamek sekundy, ale równie dobrze i całe lata.
W którymś momencie Zegarmistrz usłyszał głośny trzask i nie wiedział już, czy to mechanizm zegara, czy jego własna kość. Nie czuł nic, miał nawet wrażenie, że unosi się nad ziemią, a jego ręce wcale nie są jego. Czuł się kimś innym, jakby był samą duszą rezydującą w obcym ciele, biernie przyglądającą się od środka poczynaniom innego człowieka.
Wskazówka powoli wysunęła się na prowadzenie, sapiąc ociężale i ostrzegawczo wykręcając sprężynę. Zegarmistrz pchał ją z całej siły, próbując utrzymać ją w tej samej pozycji albo zmusić do ustąpienia i cofnięcia się. Wszystko dla miłości, pomyślał. Bo jakże piękne i warte męki było to uczucie w porównaniu do jego pustych dni.
Zdarzało się, że minuty skapywały z dachu wieży zegarowej i rozbijały się o bruk. Nigdy nie patrzył na to, jak spadają i umierają. Takie przecież było ich przeznaczenie, miały do wykonania zadanie i po zrobieniu swojego musiały odejść. Taka była kolej rzeczy. Jakże śmiesznie to brzmiało. Kto to niby powiedział?
Teraz sam Zegarmistrz stał się tą minutą, która skapuje z dachu wieży zegarowej, żeby niczym szklana fiolka wypełniona wspomnieniem rozbić się o bruk i nigdy więcej nie istnieć. Stał się roztopioną godziną, z którą przegrał w imię miłości. Stał się bezbarwną sekundą, której nikt nigdy nie zapamięta, zbyt małą, żeby zapisać się na kartach historii.
A czas płynął dalej w swoim wątpliwym istnieniu, taka jest przecież... kolej rzeczy.



Komentarze