III Liceum Ogólnokształcące im. Adama Mickiewicza w Katowicach
Szept w mroku
Daleko stąd, gdzie gęste korony wysokich na kilometry drzew splatały się ze sobą w szczelnej zasłonie, mieszkały dwa króliki — matka wraz z synem. Każdego ranka samica opuszczała schronienie w poszukiwaniu pożywienia, podczas gdy mały zajmował się zabawą.
Pod wieczór, gdy księżyc wschodził swoim srebrnym blaskiem, żerowanie rozpoczynał czarny jak smoła wilk, o kłach rozmiaru noży, szponach potężnych jak miecze i przedzierającym się przez mrok jak zjawa spojrzeniu. Trwogą kipiało każde drżenie ziemi, gdy bestia stawiała swoje ciężkie, zdecydowane kroki, a groza wypełniała każdego, kto usłyszał dobywające się z jej gardła przeszywające wycie. Zawsze wtedy króliki kryły się głęboko w norze, tam, gdzie wygłodniała paszcza wilka nie była w stanie ich dosięgnąć.
Młody królik bardzo bał się skowytu dręczącego go we śnie, gdy potwór krążył jak sęp wokół jamy, dlatego, aby dodać mu otuchy, jego mama nuciła mu kołysankę, dzięki której zasypiał:
Gdy mrok swą peleryną światło okrywa,
A strach w sercu odważnym się zrywa,
Śmiało przez ciemność przebijaj się sam,
By znaleźć to, co w sercu twym trwa.
Pewnego dnia jak zawsze wyszła, tym razem jednak... nie powróciła. Jej syn czekał na nią tak długo, aż runo leśne zaczęło oblewać się niepokojącą ciemnością, tak że zmuszony był schować się w norze sam — bez niej chłodnej, strasznej i niepewnej.
Ponieważ bardzo bał się skowytu wilka, który co noc go dręczył, mruczał cicho, drżąc z zimna, słowa wiersza, które zwykle nuciła mu jego mama, żeby przezwyciężył strach.
A ona nie wróciła następnego dnia ani przez kolejne. Młody królik czekał na nią cierpliwie, dukając rymowankę zawsze, gdy tylko tęsknota dawała mu się we znaki mocniej niż zazwyczaj. I choć słyszał ją już tak wiele razy, to nie nudziła mu się wcale, bo chciał wierzyć, że kiedyś przecież jego mama, jak zwykle, o zachodzie słońca, pojawi się znów.
Aż pewnej nocy, znużony snem, usłyszał cichy, niewyraźny, prawie nieśmiały szept:
Gdy mrok swą peleryną światło okrywa...
Powoli podniósł zaspany łebek — obok nie było mamy. Nie słyszał też wilka. Otaczała go tylko ciemność głęboko wydrążonego w ziemi ciasnego mieszkania.
Wtedy usłyszał kolejny wers:
A strach w sercu odważnym się zrywa...
Głos zdawał się dochodzić z zewnątrz tak, jakby... jego matka próbowała go do siebie przywołać. Przebijał się przez nieprzeniknioną ciszę jak migotanie gwiazdy przez bezkresną, kosmiczną próżnię, ogrzewając i dając nadzieję.
Serce chciało wyjść. Wyjść na powierzchnię, by szukać tej, którą kochało, by przestać cierpieć z wyczerpującej tęsknoty. Ale strach i rozsądek trzymały na wodzy, nie pozwalając się ruszyć choć o pół kroku, bo mimo że nie było go słychać, łowca dalej mógł czaić się w okolicy.
Wreszcie jednak młody królik wyrwał się z krępujących go więzów, by ruszyć
w stronę otworu, przez który z szumem wpadała nocna bryza, bo miłość była znacznie silniejsza od trwogi.
Śmiało przez ciemność przebijaj się sam...
Wychylił głowę na zewnątrz, strzygąc długimi uszami — polana skąpana była w bladym, księżycowym świetle. Królik rozejrzał się i spostrzegł, że w pobliżu nie było nikogo. Skąd więc dochodził szept?
Zebrawszy się na odwagę, wyskoczył na murawę i stanął dęba, jak czujny strażnik, próbując dojrzeć źródło szeptu. Tracił nadzieję. Być może to on sam szeptał?...
By znaleźć to, co w sercu twym trwa...
Wtedy kątem oka uchwycił błysk czerwonego ślepia.
Zanim zdążył zorientować się, co widzi i zanim zdążył podjąć decyzję o ucieczce, wilk wyciągnął się ku górze i skoczył. Ziemia zadrżała pod jego potężnymi łapami, a królik znalazł się w jego wielkich, głodnych krwi szczękach.
Po czym zniknął w mroku.
Nauczył się wiersza.




Komentarze