Wiktoria Chudzik
I Liceum Ogólnokształcące im. Jarosława Dąbrowskiego w Tomaszowie Mazowieckim
somnium
Dzisiaj sprzedałem dwadzieścia osiem sztuk. Kilka o polnych kwiatach i spacerach wśród kolorów, cztery o szybowaniu wraz ze śpiewającymi ptakami, jeden o miłości romantycznej i trzy koszmary. Te ostatnie schodzą najrzadziej i są najdroższe. W końcu wyprodukowanie ich pochłania najwięcej energii i zajmuje okropnie dużo czasu. Nigdy nie rozumiałem, dlaczego ludzie je kupują. W końcu w swojej ofercie posiadam tyle pięknych i interesujących propozycji. Mam takie, które unoszą się lekko, splatając wspomnienia z obrazami, które nigdy nie istniały, które potrafią być jak cicha rzeka, prowadząca w głąb nieznanych krain. Jednak za każdym razem budzą zachwyt i pozostawiają w sercu echo niepokoju. Dlatego też ludzie zawsze wracają po więcej.
Słyszę pukanie, a do moich nozdrzy dociera cudowny zapach pieczonych, bananowych ciastek. Doskonale wiem, kto stoi za ozdobnymi, ciężkimi drzwiami, wyrzeźbionymi z najstarszych drzew tej krainy. Pani Decker przychodzi tu systematycznie, co cztery dni, o punkt piętnastej. Zawsze prosi o to samo – Sen o złotym motylu dla swojej czternastoletniej wnuczki, będącej od niemal roku w stanie śpiączki po tragicznym wypadku, w którym zginęli jej rodzice. Decker podając jej Sny, wierzy, że odgania od niej złe myśli i wspomnienia z katastrofy, a tym samym pomaga jej zregenerować siły i dojść do siebie. Nie wiem, czy rzeczywiście to tak działa, jednak wiara i determinacja tej kobiety sprawia, że oddaje je tylko za niewielki koszyk bananowych słodkości.
- Somniumie, mój drogi, stan May się polepsza. Lekarze twierdzą, że w ciągu kilku tygodni powinna się wybudzić. To wszystko dzięki tobie!
Po tych słowach rozpromieniona kobieta podaje mi wiklinowy koszyk, odkładam go na dębowy stół, a sam wręczam jej fiolkę, w której wśród pszczół i drobnych kwiatów lata najwspanialszy złoty motyl. Uśmiecham się, gdy gość opusza mój dom, a sam udaję się na spacer po pobliskim targowisku.
Ludzie smętnie spacerują po wąskich, kamiennych uliczkach. Po obu stronach wybrukowanej drogi stoją jasne stoliki, nakryte ozdobnymi materiałami, zachęcają swoimi pysznościami, błyskotkami i innymi drobiazgami. Niemal uginają się od tych wszystkich mozaik kolorów, aromatów i cudowności. Na jednym z nich piętrzą się soczyste owoce, na których krople rosy sprawiają wrażenie, jakby dopiero co zostały zerwane. Na innym, okrytym jedwabnym, haftowanym obrusem, piętrzą się połyskujące w słońcu amulety i drobne figurki. Każdy z nich opowiada inną historię. Każdy z nich ukazuje coś innego.
Twarze przechodniów nie wyrażają jednak nic, są blade i pozbawione jakichkolwiek emocji. Zasłonięte kamienną maską. Ciała są lekko przygarbione, ramiona ciężko opadają, a sylwetki zdają się być... przygaszone. Ich kroki, niczym mechaniczny obowiązek, dudnią uderzane o ziemię. W ich oczach nie ma nic, zupełnie nic. Nie ma smutku czy radości – jedynie pusta przestrzeń. Ich spojrzenia nie spotykają się ze sobą, a cisza między nimi nie jest spokojna, a ciężka i przytłaczająca.
Widzę, jak kobieta w oddali potyka się o wystający kamień i cudem unika zderzenia z twardym podłożem. Gdzieś w górze ćwierkają ptaki, a pod murami kamienic przebiegają odrażające szczury.
Taki właśnie stał się świat. Ludzie bez Snów zapomnieli, czym są marzenia. Zapomnieli, jak kroczyć ścieżkami wyobraźni i oddawać się fantazji. Wszystko wokół straciło swój kolor, każdy dzień stał się nużącą rutyną, a serca ich wszystkich ogarnęła szara obojętność.
W tej nowej rzeczywistości pojawiłem się ja. Wyczekiwany, jedyny syn państwa Moncler. Jedyny, który wciąż posiada Sny. Jedyny, który każdej nocy zanurza się w mgle nocnych marzeń. Z początku dar mój traktowałem jak przekleństwo. Mimo że niektóre ze Snów przynosiły radość, inne budziły niepokój, szepcząc ostrzeżenia. Każdego poranka pozostawała po nich tylko ulotna mgła. Jednak z czasem zrozumiałem, że ludzie potrafią słono zapłacić za choć namiastkę tego, co mam.
Co noc zbierałem swoje Sny w niewielkie fiolki i je kategoryzowałem. Stały się drogocennymi kamieniami, przechowywanymi w najstaranniej oznaczonych szkatułkach. Każdy sen miał swoje miejsce – te radosne w złotych przegródkach, smutne w ciemnych, natomiast koszmary w szczelnie zamkniętych. Niektóre sny grupowałem według barw, inne według dźwięków, które w nich brzmiały. Nauczyłem się również sam tworzyć Sny. Zacząłem sięgać po te barwniejsze, weselsze, niczym po jabłka z drzew. Z czasem modelowanie ich stało się świadomym aktem – dobierałem szczegóły, obrazy, dźwięki czy nawet zapachy i... uczucia. Każdy Sen stawał się wówczas czymś w rodzaju dzieła, starannie ukształtowanym, gotowym, by wprowadzić śpiącego w świat precyzyjnie dobranej magii.
Gdy wracam do domu, dostrzegam, że w skrzynce przybyło kilka nowych listów. To z pewnością kolejne zamówienia. Przeglądam je w pośpiechu. Miasto w chmurach, podróż dookoła świata, a nawet taniec z własnym cieniem. Wszystkie te pomysły są dla mnie tak banalne. Naprawdę ludzie powinni stać się bardziej kreatywni! Nagle dostrzegam prośbę od niejakiego Gujesta. Rozmowa ze wspomnieniami. Dawne historie przybierają ludzką postać, z którą można przeprowadzić miłą pogawędkę, a nawet zmienić bieg historii. Pomysł ten naprawdę mnie zaciekawił, coś niebanalnego, pierwsze wyzwanie od dłuższego czasu. Czuję lekki niepokój, drżą mi dłonie, ale ciekawość jest silniejsza. To będzie wspaniały Sen, zupełnie inny niż dotychczasowe. Poczucie wyjątkowości mnie rozpiera, już nie mogę się doczekać.
Szybko pokonuję marmurowe schody i udaję się do swojej sypialni. Wybieram fiolkę i drżącą ręką podpisuję ją nazwiskiem zleceniodawcy. Rozkładam na ogromnym łóżku kilka jedwabnych poduszek, najdelikatniejszych, wypełnionych naturalnym, gęsim puchem i układam się na nim wygodnie. W dłoni uparcie ściskam zamówienie, a po chwili przymykam oczy. Zasypiam niemal natychmiast, czując, jak objęcia sennych marzeń chwytają mnie łapczywie.
Gdy budzę się o poranku, czuję, że coś jest nie tak. Czegoś mi brakuje. Czegoś nie mam.
I nagle zaczynam rozumieć – przespałem dzisiejszą noc. Przespałem dzisiejszą noc bez jakiegokolwiek Snu! Nie śniłem! Byłem w nicości! Straciłem obrazy i barwy! Nie pamiętam żadnych smaków, zapachów czy nawet dźwięków. Próbuję przywołać choć jeden obraz, jednak umysł nie odpowiada – zostaje tylko głucha cisza i pustka.
Wyskakuję z łóżka niczym z procy. Otwieram szufladę, a w niej szkatułkę. Przeglądam każdą fiolkę po kilka razy, bardzo dokładnie – jak chemik odmierzający miligramy substancji. Jednak w żadnej z nich nie dostrzegam niczego. Przepadły! Wszystkie przepadły!
Wszystkie (nie) moje Sny przepadły



Komentarze