Filip Welfle
II Liceum Ogólnokształcące im. Stefana Żeromskiego w Tomaszowie Mazowieckim
Mrok
Idę.
Poza mną nie ma tu nikogo. Jestem sam, opuszczony pośród nieskończoności.
Jest noc i ginę w mroku. Wszedłem w ciemność i nie mogę z niej wyjść. Wchłonęła mnie i stałem się jej częścią.
Dokoła wielkie nic. Przede mną i nade mną tylko głęboka, nieprzenikniona ciemność. Jej ogrom budzi podziw, nawet jeśli widzi się to samo od wieków. Wielka przestrzeń, a w niej ściśnięty, przygnieciony i przytłoczony człowiek. Czuję jej ciężar kładący się na całym ciele.
Idę. Każdy kolejny krok jest milowy, nic nieznaczący. Czerń jest nieskończona, więc przekraczam jej granicę, nie będąc nawet blisko. To miejsce zdaje się być poza przestrzenią
i czasem. Istnieję zawieszony gdzieś pomiędzy – w świecie nicości, gdzie próba szukania analogii z rzeczywistością kończy się szaleństwem.
Choć wiem, że mogę iść nieprzerwanie i nie natrafię na żadną przeszkodę, czuję się osaczony. Towarzyszy mi przeczucie ściany, która miałaby pojawić się znikąd. To przerażająca wizja – nagle zostałby zburzony porządek, a ja musiałbym coś z tym zrobić. Zatrzymać się? Nie wiem, nie chcę nic zmieniać.
Krok, krok. Stawiam kolejny krok.
Skupiam się na chodzeniu. Staram się nie myśleć, choć myśli same napływają do głowy. W tym miejscu jedyne co można robić to iść, bez zbędnych pytań, na które i tak nie uzyska się odpowiedzi.
Idę dalej, nie mogę się zatrzymać, nawet jeśli miałbym przeć naprzód nieskończenie długo. Szukam czegoś, co istnieje lub nie. Szukam czegoś, czego mogę nie znaleźć, a mimo to nie zamierzam przestawać.
Ten świat napiera z każdą chwilą coraz bardziej, przeszywa istotę na wskroś, wypaczając ją. Może niedługo przestanę być sobą.
Rozchylam usta. Wlewa się do nich ciemność smakująca niczym lepka i gęsta smoła. Oddech staje się ciężki. Mrok wnika do płuc, oplata pęcherzyki, przedostaje się do krwi i wraz z nią dociera do wszystkich komórek ciała, zostawiając w nich niszczący pierwiastek siebie.
Poruszam się po płynnym lustrze. Jest tak ciemno, że odbijam się w nim jedynie ja. Obecność drugiego mnie jest i pocieszająca, i przygnębiająca. Ten ja po drugiej stronie nie chce odstąpić nawet na krok. Uparcie idzie za mną, przypominając o samotności i potęgując ją. Czasem, gdy spojrzę na odbicie, mam wrażenie, że gardzi mną bardziej niż ja nim.
Ciemna, ciągnąca się ciecz, stojąca w bezruchu pod stopami, rozbryzguje na wszystkie strony, wydając cichy plusk. Rozrywa mnie na kawałki. Głos pustki wypełnia przestrzeń, tworząc nienaturalne echo, które po chwili przygasa. Poza tym żadnego innego dźwięku – absolutna cisza. Oddech jest tak płytki, że prawie niewyczuwalny.
Do stóp przywarł wychodzący z tej dziwnej wody mrok. Spowalnia krok, próbując mnie zatrzymać. Pnie się w górę po nogach, by mnie wchłonąć. Idąc, odrywam go od podłoża, a ten spływa bez żadnego oporu.
Nie rozglądam się na boki – wszystko już widziałem. Wszędzie ta sama żrąca czerń, a nigdzie nie widać światła, nic nie zapowiada końca. Zawsze to samo, żadnej różnicy.
Czy stoję, czy idę? Czy widzę, czy nie widzę? Czy myślę, czy nie myślę? Czy jestem, czy mnie nie ma? Czy to ciemność, czy to jasność? Czy żyję, czy nie żyję?
Czy gdzieś jest koniec, czy końca nie ma? Czy jest w ogóle coś?
Choć już tyle razy widziałem to samo, ciągle mam nadzieję na pojawienie się choćby znikomego cienia, który byłby czymś więcej. On to przełamałby ciągłość ciemności i obudził na nowo wszystkie zmysły, dając nadzieję na pojawienie się światła. A mimo to nadal go nie ma i nie ma, zupełnie jakby chował się gdzieś za rogiem i uciekał ode mnie, cierpiącego od nieskończoności, przez nieskończoność, do nieskończoności.
Patrzenie w pustkę sprawia, że zapomina się, jak wygląda pełnia. Szuka się pustki, ale w innym wydaniu, świeższej i obiecującej.
Długi czas spędzony tutaj osłabia wolę i sprawia, że kwestionuje słuszność wędrówki. Nie zmienia się nic, więc dlaczego nagle miałoby? Nie rozumiem, dlaczego ciągle idę.
Lepiej chyba byłoby umrzeć – nie iść dalej i nie mieć złudzeń. Po śmierci dostałbym upragnioną odpowiedź i śmiał się z własnej głupoty lub żałował, że zrezygnowałem.
Zacząłem zastanawiać się nad pochodzeniem mroku. Skąd właściwie się wziął? Czy był tu zawsze? Nie pamiętam momentu, w którym go nie było. Jest mi tak bliski... Coś mnie z nim łączy. Czarne nici przeszywają moje ciało. Ciemność kroczy za mną w ślad i nigdy się jej nie pozbędę.
Gdzie zniknęło moje serce? Czy ukryło się gdzieś, czy jest wszędzie? Zgubiłem je wiele kroków temu. Została mi tylko pustka i chłód tego miejsca. Wypełnia mnie całego, pozbawiając odrębności – zlewam się z nicością i tworzymy jedność, w której nie ma ani jej, ani mnie, a oboje stanowimy całość.
Mam wrażenie, że balansuję na krawędzi. Stąpam po cienkiej linie, z której w każdym momencie mogę spaść. Boję się iść dalej. Stawiam chwiejne kroki, przesiąknięte strachem.
Zburzyłem ciągłość, wszystko się sypie.
Potknąłem się. Czuję na całym ciele mrowienie pustki wdzierającej się przez skórę do wnętrza ciała. Jak pnącza, mrok próbuje opleść mnie całego.
Czołgam się, nie mogę przestać iść do przodu. Ruchy stają się coraz bardziej chaotyczne i desperackie. Rozchlapuję czarną maź na wszystkie strony. Jest jeszcze gęstsza niż wcześniej, nie chce mnie puścić. Coraz mniej sił, a jeszcze długa droga do przebycia.
Pochłania mnie ciemność.
Gdzieś przede mną rozbłysło oślepiające światło. Czy to Ty, Boże?



Komentarze