Upalna afrykańska ziemia, bieda, głodne dzieci, brak wody, a w tym wszystkim grupa zapaleńców z Tomaszowa, która wyjechała tam w ramach akcji "Misja Zimbabwe", by przywieźć swoje szczodre serca, pomoc materialną, własne ręce do pracy i nadzieję. Niedawno wrócili, ale nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa w związku z pomaganiem na Czarnym Lądzie.
Ekipa wolontariuszy liczyła 18 osób. Wśród nich byli tomaszowianie, jak i ludzie z różnych rejonów Polski, poza tym mężczyzna z Ukrainy oraz kolejny ze Stanów Zjednoczonych.
- Całe przedsięwzięcie jest organizowane przez Społeczność Chrześcijańską Tomy i fundację Proem Edu, zaś miejsce, do którego wyruszamy do Zimbabwe, jest koordynowane przez Africa Development Mission Trust z siedzibą w Harare. Jest to organizacja chrześcijańska, która zajmuje się pomocą na terenach Zimbabwe, Zambii i Mozambiku - informuje tomaszowski przedsiębiorca i społecznik Michał Jaworski. Misja zaczęła się 26 sierpnia, wtedy to wolontariusze wyruszyli do Zimbabwe z lotniska Chopina w Warszawie. Celem wyprawy była wioska Mhondoro w rejonie Ghore, położona około 100 km od stolicy Zimbabwe - Harare. - Tam mieliśmy zaplanowaną organizację obozu wypoczynkowego dla najuboższych dzieci wraz z ich opiekunami oraz prace przy budowie domu dla miejscowego pastora - opowiada nasz rozmówca.
Tomaszowianie i ich koledzy podczas podróży ze stolicy chłonęli afrykańskie, niezwykłe obrazy, zapachy i zwyczaje. Była to podróż przez barwne ulice, widoki mnóstwa przebiegających ludzi oraz handlu w każdym możliwym miejscu, gdzie zatrzymują się samochody. - Stając na światłach, można kupić mopy do mycia, szczotki do zamiatania, wodę, colę, trzcinę cukrową, banany, pomarańcze, kartę do Internetu... Biznes kręci się wszędzie - mówi M. Jaworski. Po przejechaniu 60-70 km skręcili z głównej asfaltowej drogi wprost na drogę prowadzącą do wioski. Podróż przez bezdroża po piaszczystych drogach trwała kilkadziesiąt minut. Wszędzie unosiły się tumany kurzu, w oddali widać było domy i ludzi prowadzących bydło zaprzęgnięte do wozów, a wszędzie - uśmiech.
Tomaszowianie zatrzymali się w Africa Development Mission Trust, gdzie odbywają się konferencje i każdego dnia przychodzą ludzie, aby uczyć się zawodu: fryzjerki, kucharki, mechanika. Na tym terenie znajduje się kościół, a w jego pobliżu projekt budowlany do zrobienia przez zapaleńców z Polski. - Na miejscu zastaliśmy wylane fundamenty, wylaną posadzkę oraz ścianę z kilku tysięcy cegieł - mówi M. Jaworski. Ale co to dla tomaszowskiej ekipy. Część z tych ludzi to osoby tworzące ogromne przedsięwzięcia, takie jak "Podróż do Betlejem" czy "Droga do Jerozolimy" w Zakościelu. Organizują też każdego lata kilkanaście obozów wypoczynkowych dla tysięcy dzieci z całej Polski. W Zimbabwe goście z Polski też zajęli się organizacją zabaw dla dzieci. - To był czas, kiedy każde dziecko miało śniadanie, obiad i kolację, zajęcia artystyczne, gry i zabawy - opowiadają tomaszowianie z misji Zimbabwe. Ostatniego dnia obozu odbył się bal dla dzieci z dyskoteką i ogromna uroczysta kolacja z mnóstwem kurczaków, ryżu, sadzą (czyli mąką kukurydzianą gotowaną w wodzie), surówkami, słodyczami i wspólną zabawą przy muzyce. Dzieciom z oczu płynęły łzy. - Wychowawcy i inni mieszkańcy mówili, że spotkali anioły i że nigdy czegoś takiego nie widzieli i nie słyszeli - cieszy się nasz rozmówca.
Wiele z dzieci, aby dotrzeć do miejsca obozowego, musiało na piechotę przejść kilkanaście kilometrów, niosąc ze sobą plecaczek z ubraniami, matę bambusową i kocyk do spania. To wszystko by się nie odbyło, gdyby nie hojność tomaszowian oraz innych ludzi z Polski i świata. - Otrzymaliśmy od darczyńców mnóstwo prezentów i wsparcia finansowego. Wszystkie dzieci dostały nowe buty, czapki, okulary. Dostaliśmy również mnóstwo przyborów szkolnych i akcesoriów - opowiada tomaszowianin. Każdego dnia wraz z lokalnymi budowlańcami wolontariusze robili zaprawę murarską, przenosili cegły i murowali ściany. Przez kilka dni budowy udało się postawić prawie wszystkie ściany dookoła budynku na wysokość ponad metra, a także przetransportować na teren budowy kilka tysięcy cegieł, żeby ułatwić pracę i przyspieszyć czas, w jakim można zbudować dom. - Zbudowaliśmy część domu, ale to co najważniejsze, to zbudowaliśmy most między Tomaszowem a Mhondoro, zbudowaliśmy nowe relacje. Zostaliśmy zaproszeni na uroczystość wiercenia pierwszej studni w okolicznej wiosce, to było ogromne święto! - wspomina M. Jaworski. Mieszkańcy za wspólną pracę przy uprawie roślin zostali wyróżnieni przez ADMT i otrzymali system nawadniania, jak również solarną studnię. Tomaszowianie byli również u najstarszej mieszkanki wioski, 83-letniej babci, która opiekuje się swoimi wnukami i prawnukami. Cieszy się ona ogromnym szacunkiem w wiosce z racji mądrości i swojego wieku. - Ciężko to wszystko opisać, ale ludzie którzy mają na swoje utrzymanie jedynie fasolę i kukurydzę, dzielą się z innymi ostatnią miską jedzenia, a przy tym są wdzięczni i uśmiechnięci, mają to, co my Europejczycy, Polacy, tomaszowianie tak łatwo zatracamy - spojrzenie i wsparcie drugiego człowieka - uważa wolontariusz.
Kiedy zakończono wspólny wyjazd do wioski Mhondoro, wraz z przyjacielem Tomkiem ruszył jeszcze w odwiedziny do oddalonej o 400 km wioski, w której byli na poprzednich dwóch misjach pięć i cztery lata temu. - Mogliśmy zobaczyć szkołę, którą budowaliśmy, oraz ławki, które spawaliśmy. Zobaczyliśmy to, co się zmieniło. Jedna ze studni została postawiona w samym sercu wsi, co diametralnie zmieniło życie mieszkańców. Dzięki zbiórce internetowej #KupKurczakaDlaDzieciaka na Facebooku i zrzutka.pl udało nam się zorganizować obiad dla ponad 450 osób - cieszy się tomaszowianin.
Wraz z kolegą spotkał się w szkole z ponad 300 uczniami, przedstawicielami władz lokalnych, nauczycielami i rodzicami uczniów, którzy są w programie sponsoringu nauki. Jest to program tzw. adopcji na odległość. Polega na tym, że opłaca się dziecku możliwość nauki w szkole, koszt to około 80-100 zł miesięcznie i w tym dziecko ma zapewniony mundurek szkolny, książki, zeszyty, długopisy i inne przybory szkolne. - Nasza rodzina jest również w programie adopcyjnym i tak od pięciu lat mamy w Afryce syna, który chodzi do szkoły i opiekuje się młodszym bratem. Dwa lata temu stracił dach nad głową. Udało nam się wspólnymi siłami poprzez media społecznościowe i zaangażowanie wielu ludzi zebrać środki finansowe na zbudowanie nowego domu - opowiada nasz rozmówca. - Pięć lat temu zaprzyjaźniłem się podczas pracy na budowie z nauczycielem o imieniu Lovemore. Od tamtego czasu jesteśmy w stałym kontakcie przez WhatsAppa. Zbudowaliśmy dom dla Guide`a i jego brata, rok później wybudowaliśmy fermę na 100 kurczaków. Często ludzie mówią, że to nic nie zmieni, ale ja wiem, że czasem, jak się pomoże choć jednej osobie, to to bardzo dużo zmienia. To tak jakby pomogło się całemu światu - dodaje.
Tomaszowianie wrócili do Polski cali i zdrowi oraz z pomysłami na kolejną wyprawę i kolejne wsparcie dla mieszkańców Afryki.
Joanna Dębiec



Komentarze