A potem słyszymy jego słowa we własnych ustach. O tym, dlaczego czasami powtarzamy zachowania i schematy wyniesione z rodzinnego domu, nawet wtedy, gdy świadomie chcemy żyć inaczej oraz co chcemy zachować, a co możemy świadomie zmienić, aby budować dobre i zdrowe relacje z najbliższymi, rozmawiamy z Kingą Langley – Tomaszowianką, pedagożką, autorką książek i edukatorką, która 24 września poprowadziła w Tomaszowie Mazowieckim warsztat poświęcony relacjom i międzypokoleniowym wzorcom rodzinnym. Spotkanie odbyło się z inicjatywy stowarzyszenia Synergia inicjatyw Społecznych w ramach projektu "Nie jesteśmy sami...".
Dziedziczymy nie tylko oczy, nazwisko czy rodzinne pamiątki. Z domu wynosimy także lęki, sposoby kochania, milczenia, kłócenia się i troszczenia o innych. I czasem dopiero po latach odkrywamy, że robimy dokładnie to, czego kiedyś nie chcieliśmy powtórzyć. Przez lata możemy powtarzać sobie: "Nigdy nie będę taka jak moja matka" albo "Nie będę takim ojcem jak mój ojciec". A potem któregoś dnia słyszymy własne słowa i rozpoznajemy w nich rodzinny dom. Martwimy się tak, jak martwili się nasi rodzice. Milczymy tam, gdzie oni milczeli. Próbujemy chronić dorosłe dzieci i nie zawsze zauważamy moment, w którym troska zaczyna ograniczać ich samodzielność.
Co naprawdę wynosimy z rodzinnego domu? Dlaczego powtarzamy zachowania, które kiedyś tak bardzo nam przeszkadzały? Gdzie kończy się troska, a zaczyna kontrola? I czy po pięćdziesiątce można jeszcze coś naprawić w relacji z dorosłymi dziećmi?
TIT: – Po pięćdziesiątce dzieci są już dorosłe. Nie jest trochę za późno na zastanawianie się, jakimi byliśmy rodzicami?
Kinga Langley: – Dzieciństwa naszych dzieci nie zmienimy. Mamy jednak wpływ na to, jak wyglądają nasze relacje dzisiaj i co przekazujemy dalej. Po pięćdziesiątce często znajdujemy się w szczególnym miejscu: z jednej strony patrzymy na własnych rodziców i coraz lepiej rozumiemy, co wynieśliśmy z rodzinnego domu, z drugiej – widzimy już dorosłe dzieci, a często także wnuki. Możemy więc spojrzeć na rodzinę z perspektywy kilku pokoleń jednocześnie. I czasem dostrzec coś niewygodnego. Ktoś przez lata uważał, że jego rodzice byli zbyt kontrolujący, a po latach słyszy od własnego dziecka: "Robisz dokładnie to samo". To moment, w którym warto zobaczyć różnicę między intencją a skutkiem. Możemy bardzo kochać dziecko i jednocześnie nadmiernie je kontrolować. Możemy chcieć je chronić, a nieświadomie uczyć, że świat jest niebezpieczny. Możemy chcieć wychować silnego człowieka, a jednocześnie przekazać mu, że proszenie o pomoc jest oznaką słabości. Dobre intencje są ważne, ale nie zawsze chronią nas przed powtarzaniem tego, czego sami nie chcieliśmy powtórzyć.
– Czyli można przez pół życia mówić: "Nigdy nie będę jak moja matka", a potem odkryć, że zachowujemy się dokładnie jak ona?
– Tak, bo pierwszym miejscem, w którym uczymy się relacji, jest rodzina. I uczymy się ich długo przed tym, zanim potrafimy je opisać. Dziecko stopniowo uczy się odpowiedzi na podstawowe pytania: Co dzieje się, kiedy płaczę? Kiedy się boję? Kiedy jestem zły? Kiedy popełnię błąd? Czy ktoś pomaga mi się uspokoić, czy słyszę: "Nie przesadzaj"? Czy mogę powiedzieć prawdę, jeśli wiem, że rodzicom się nie spodoba? Dziecko obserwuje również to, czego dorośli sami nie zauważają. Rodzic może mówić: "Nie ma się czego bać", a jednocześnie ciągle ostrzegać, martwić się i przewidywać najgorsze. Dziecko słyszy słowa, ale przede wszystkim widzi, jak żyjemy. Z tysięcy takich codziennych sytuacji uczy się, czego można oczekiwać od innych ludzi, bliskich relacji i świata.
– "Taka już jestem, u nas w rodzinie wszyscy tacy byli". Rodzinne wzorce nie stają się czasem bardzo wygodną wymówką?
– I właśnie dlatego trzeba odróżnić wyjaśnienie od usprawiedliwienia. Jeśli ktoś dorastał w domu, w którym konflikt oznaczał krzyk, może lepiej rozumieć, dlaczego w dorosłym życiu sam łatwo podnosi głos. Zrozumienie źródła takiej reakcji nie zwalnia jednak z odpowiedzialności za własne zachowanie. Przeciwnie – kiedy zaczynamy dostrzegać pewien sposób reagowania, pojawia się znacznie ważniejsze pytanie: Co możemy zrobić inaczej następnym razem? Historia rodzinna może pomóc zrozumieć, skąd biorą się niektóre nasze reakcje, ale to my odpowiadamy za to, jak traktujemy innych dzisiaj.
– Dzisiaj niemal każdy potrafi powiedzieć: "Wiem, że działam według pewnego schematu i chciałbym z niego wyjść". Tylko co z tego, jeśli następnego dnia robi dokładnie to samo?
– Zrozumienie jest początkiem, nie zmianą. Można doskonale wiedzieć, że ma się skłonność do nadmiernego kontrolowania dorosłego dziecka, a następnego dnia ponownie dzwonić do niego kilka razy, doradzać czy ostrzegać. Zmiana zaczyna się w konkretnej sytuacji – wtedy, gdy potrafimy zauważyć własny lęk i zatrzymać automatyczną reakcję. Zamiast od razu działać, możemy zadać sobie pytanie: Czy moje dziecko rzeczywiście potrzebuje teraz mojej interwencji, czy to ja próbuję w ten sposób zmniejszyć własny niepokój? Samo pytanie "Skąd to mam?" nie wystarczy. Równie ważne jest drugie: "Co mogę zrobić inaczej?".
– "Zadzwoń, jak dojedziesz", "Gdzie jesteś?", "Z kim?", "Na pewno dobrze to przemyślałeś?". To jeszcze troska czy już kontrolowanie dorosłego dziecka?
– Granica nie zawsze jest oczywista, bo jedno i drugie może wyrastać z miłości. Dorosła córka wyjeżdża, a my dzwonimy kilka razy, pytamy, gdzie jest, z kim, kiedy wróci. Syn podejmuje decyzję, z którą się nie zgadzamy, więc tłumaczymy, przekonujemy, doradzamy, choć o radę nie prosił. Wtedy warto zadać sobie niewygodne pytanie: Czy naprawdę chronię drugiego człowieka, czy próbuję poprzez kontrolowanie jego życia zmniejszyć własny lęk? Kochać dorosłe dziecko oznacza także zaakceptować, że ma prawo wybrać inaczej niż my. Czasem najtrudniejszą częścią rodzicielstwa nie jest nauczenie dziecka samodzielności. Jest nią nauczenie siebie, jak tę samodzielność zaakceptować.
– Jest jakiś prosty test na to, co naprawdę daliśmy swoim dzieciom?
– Można spojrzeć na to, co dzieje się z relacją człowieka z rodziną wtedy, kiedy w jego życiu dzieje się coś złego – kiedy popełnia błąd, wpada w kłopoty albo zwyczajnie sobie nie radzi. Wyobraźmy sobie dwóch siedemnastolatków, którzy popełnili poważny błąd. Pierwszy myśli: "Muszę zadzwonić do mamy". Drugi: "Muszę zrobić wszystko, żeby rodzice się nie dowiedzieli". To mówi o relacji więcej niż wiele deklaracji o miłości. Nie wychowamy człowieka, który nigdy nie popełni błędu. Ważniejsze jest to, co zrobi, kiedy błąd już się wydarzy. Czy w chwili strachu, wstydu albo porażki będzie wiedział, że może przyjść do swoich bliskich i powiedzieć: "Nie radzę sobie. Potrzebuję pomocy".
– Czyli nasi rodzice i dziadkowie przekazali nam również rzeczy, które dzisiaj mogą nam przeszkadzać?
– Nie chciałabym tak tego upraszczać. Zachowania trzeba widzieć w warunkach, w których powstawały. Pokolenia naszych rodziców i dziadków mierzyły się z wojną, biedą, trudnymi latami powojennymi, PRL, później transformacją, bezrobociem czy emigracją. "Zacisnąć zęby i iść dalej" mogło być wtedy bardzo potrzebną strategią. Problem pojawia się wtedy, gdy rozwiązanie potrzebne jednemu pokoleniu staje się automatyczną instrukcją życia dla następnego, choć warunki już się zmieniły. Samodzielność może być siłą, dopóki nie oznacza niezdolności do proszenia o pomoc. Ostrożność może chronić, dopóki nie zamienia się w lęk przed każdym ryzykiem. To, co kiedyś pomagało rodzinie przetrwać, nie zawsze pomaga kolejnemu pokoleniu dobrze żyć.
– Kiedy zaczynamy grzebać w rodzinnej przeszłości, łatwo sporządzić listę win rodziców. "Matka mnie kontrolowała, ojciec nie okazywał uczuć…". Co nam daje takie rozliczenie?
– Nie chciałabym, żeby ktoś po takim spotkaniu wrócił do rodziców z listą rzeczy, które jego zdaniem zrobili źle. Znacznie trudniej i uczciwiej spojrzeć na siebie. Nie tylko pytać: "Dlaczego moja matka tak bardzo się o mnie bała?", ale: "Co ja robię dzisiaj, kiedy boję się o swoje dziecko?". Nie tylko: "Dlaczego ojciec nie mówił, że mnie kocha?", ale: "Czy ludzie, których ja kocham, wiedzą o tym ode mnie?". I trzeba pamiętać, że rodzina przekazuje nie tylko to, co trudne. Dziedziczymy także humor, zaradność, odporność, troskę, rytuały, poczucie przynależności, zdolność podnoszenia się po porażkach. Dojrzałość nie polega na odrzuceniu tego, co dostaliśmy. Polega na rozpoznaniu: to chcę zachować, to chcę zmienić, a tego nie chcę przekazywać dalej.
– Dom można sprzedać, pieniądze wydać, fotografie schować do szuflady. Co tak naprawdę zostaje po nas w naszych dzieciach?
– Zostaje coś znacznie mniej widocznego – doświadczenie relacji z nami. Czy nasi bliscy mogli powiedzieć nam prawdę, nawet jeśli była trudna? Czy mogli popełnić błąd bez lęku, że stracą naszą miłość? Czy w trudnym momencie mogli przyjść i powiedzieć: "Nie radzę sobie. Potrzebuję pomocy"? Czy wiedzieli, że mają prawo wybrać własną drogę, nawet jeśli nie jest to droga, którą wybralibyśmy dla nich? Najważniejszego dziedzictwa nie zawsze zapisuje się w testamencie. Być może więc najważniejsze pytanie nie brzmi: "Co zostawimy swoim dzieciom i wnukom?", lecz: "Co po nas zostanie w nich?".
– Dziękujemy za rozmowę.



Komentarze