Tę historię znam z opowieści mojego ojca Franciszka. Lubiłem słuchać jego wspomnień, bardzo realistycznych, ponieważ mimo upływu lat miał znakomitą pamięć. Na wojnę zanosiło się na długo przed jej wybuchem. Ojciec opowiadał o zamieszkach, jakie wybuchały latem tego wojennego roku i które skierowane były przeciwko miejscowym Niemcom, stanowiącym liczną mniejszość w Tomaszowie. Dochodziło do napadów, a wręcz pogromów. Kierowali nimi narodowcy, których również w mieście nie brakowało. Nie wszyscy Niemcy zasługiwali jednak na takie ataki. Wielu z nich było lojalnymi obywatelami i życzliwymi sąsiadami.
Wojna wybuchła. Tomaszów ucierpiał, ponieważ już 1 września na miasto spadły bomby lotnicze. Ojciec był wojskowym rezerwistą, miał wtedy 39 lat. Śledził zawiadomienia o mobilizacji, która długo go nie dotyczyła. Należał do roczników, które poniosły straty osobowe podczas wojen o niepodległość i granice w latach 1919–1921.
Walczył na Ukrainie, a następnie w wojnie z bolszewikami, którą zakończył na Froncie Litewsko-Białoruskim. Posiadał stopień starszego ułana i Krzyż Walecznych. Jako rezerwista miał przydział do taborów, oczywiście konnych. Wezwanie do stawienia się w miejscu mobilizacji przyszło już po wybuchu wojny. Miał się stawić w punkcie koncentracji w twierdzy Dęblin, na prawym brzegu Wisły. Wisła miała być rubieżą, na której oprze się obrona wschodniej części kraju. Ojciec wyprawił żonę, czyli moją mamę Stanisławę, oraz córkę Irenę, która miała 9 lat, do Królowej Woli, skąd pochodził mój dziadek Jakub Pichola. We wsi mieszkało wielu naszych krewnych z tej licznej rodziny.
Rezerwista Franciszek ruszył w stronę Dęblina. Komunikacja nie działała, drogi były zapchane wycofującym się na wschód wojskiem oraz cywilnymi uchodźcami, którzy również liczyli na to, że front stanie na Wiśle, a niemiecki agresor-najeźdźca zostanie zatrzymany i odparty. Tak się jednak nie stało. Poruszającego się pieszo i okazjami mojego ojca w tym "wyścigu" ku Wiśle Niemcy wyprzedzili. Czy był sens podążać dalej do Dęblina? Jak wspominał w długich rozmowach ze mną, najpierw jako podrostkiem, a później już jako dorosłym, zawrócił i dotarł do Tomaszowa. Mama z siostrą również już wróciły do naszego domu przy ulicy Wrzosowej. Moja siostra także sporo zapamiętała z tych pierwszych dni września 1939 roku. Pamiętała zbombardowane domy w centrum miasta i budynki fabryczne TFSJ, czyli Tomaszowskiej Fabryki Sztucznego Jedwabiu. Okupant niemiecki wydał zarządzenie, aby wszyscy pracownicy tomaszowskich fabryk wrócili do miejsc swojego zatrudnienia. I tak się stało. Rozpoczął się szary czas wojennej i okupacyjnej rzeczywistości, zdobywania żywności, w czym pomagał przydomowy ogródek oraz krewni ze wsi. Pod koniec wojny moje narodziny powiększyły rodzinę.
Wojenne losy różnie potraktowały członków naszej rodziny. Mój wuj, mąż siostry mamy, został zmobilizowany jeszcze latem 1939 roku. Trafił do Korpusu Ochrony Pogranicza na wschodnich terenach II RP. Po 17 września i agresji ZSRR na Kresy Wschodnie trafił do rosyjskiej niewoli. Rosjanie, o dziwo, przekazali go na mocy jakiejś umowy Niemcom, gdzie został osadzony w obozie jenieckim (stalagu). Do Tomaszowa, do żony i syna, który urodził się już po jego mobilizacji, wrócił dopiero w 1945 roku.
J. Pampuch



Komentarze