Rozmawiamy z Barbarą Klatką – o polityce, o wartościach i o przyszłości.
Andrzej Kucharczyk: – Jest pani w polityce od wielu lat...
Barbara Klatka: – Współpracę z Platformą rozpoczęłam od roku 2006, kiedy to po raz pierwszy kandydowałam do Rady Powiatu i bodajże po roku bycia radną z tego Komitetu wstąpiłam do Platformy, więc to jest prawie 20 lat.
– I w czasie tych 20 lat nigdy nie zdarzyło się, że była pani zobligowana dyscypliną partyjną do głosowania, mimo iż miała pani wątpliwości co do przedmiotu głosowania?
– Kiedyś w ogóle tego nie było. Mnie do Platformy przyjmował śp. Grzegorz Haraśny, a to była zupełnie inna, w mojej przynajmniej ocenie, Platforma. Powiem tak – partie tak mają. Jedne bardziej restrykcyjnie, drugie mniej określają ramy tego, jak ma wyglądać ta drużynowa gra. Od iluś lat w Platformie ta dyscyplina w jakiś sposób nas obligowała. Oczywiście wiele razy miałam wątpliwości, miałam inne zdanie. Wielokrotnie po prostu dochodziliśmy do kompromisu, różnie było. Czasami ktoś miał inne zdanie, ale trzeba było głosować zgodnie z linią partii. Ale zawsze były dyskusje, to nie było nigdy tak, że ktoś łopatologicznie nam to narzucał.
Natomiast jeśli już tak politycznie podchodzimy do tej kwestii, to nie mogę wyjść ze zdziwienia, że opinia publiczna nie dostrzegła, iż w styczniu Platforma Obywatelska razem z PiS-em "wycięła" z Komisji Rewizyjnej chyba 10 osób. Nie mogę pojąć, dlaczego nikt tego nie zauważył? Byłam temu przeciwna. To był moment, w którym bardzo się wahałam, czy nie wystąpić z Platformy. Mówiłam, że jestem piąty raz radną i czegoś takiego nie widziałam. Bo to, że radni pana prezydenta w poprzedniej kadencji nie dopuszczali nas do dodatkowych komisji czy gremiów, to jedno. Mówiłam podczas wielu sesji, że to nie było dobre. Tłumaczyłam naszym radnym, że jeśli czujemy, że Komisja Rewizyjna jest już "przepakowana", to spróbujmy zbudować zgodę wokół tego w Radzie. Przeprowadźmy to przez statut i w nim określmy, jaką ma mieć liczebność ta komisja. Proponowałam właśnie taką cywilizowaną, jak to ja nazywam, drogę. Nie zostałam wtedy wysłuchana. Niezbyt elegancko byłam też wówczas potraktowana. Tłumaczyłam – nie róbmy tego w taki sposób. A tak naprawdę poszło o przewodniczącego, którego chciano odwołać. Nie kontestowałam niczyjej pracy w komisji czy komisjach. Absolutnie. Jedyną osobą, do której miałam autentyczne zastrzeżenia, był właśnie przewodniczący Komisji Rewizyjnej, bo uważam, że bywa nierzetelny.
Był szefem zespołu, który kontrolował wydatki "kapslowe". Przy tak dużym zawodowym doświadczeniu, jakie mam, nie widziałam nigdy protokołu, który mówi tylko o nieprawidłowościach. Traci się wtedy jednak trochę wiarygodności. Każdy przyjmie krytykę – tak zakładam – jeśli dostrzeże się aspekty, które działają normalnie. Jest ktoś w stanie uwierzyć w to, że wszystkie wydatki "kapslowe" zrealizowano nieprawidłowo? Tak to wygląda z tego protokołu.
– Mówiąc o dyscyplinie partyjnej, mówiliśmy w kontekście Platformy Obywatelskiej. Ale to nie jest wymysł Platformy. Dyscyplina partyjna obowiązuje we wszystkich partiach.
– Tego nie wiem. Nie wiem, jak to jest na przykład w PiS-ie. Nie mam pojęcia, nie interesowałam się tym.
– Zatem sprawa z Komisją Rewizyjną była poważnym sygnałem, który podważył pani sens działania w obecnych strukturach Platformy?
– Tak, to był bardzo mocny sygnał. Nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego opinia publiczna ani władze partii tego nie dostrzegły, że zrobiliśmy to po prostu z PiS-em. Bez PiS-u to by się nie udało. Weszliśmy w obszary, powiedziałabym, etyczne. Miałam z tym problem, nie tylko jako przewodnicząca, ale jako osoba, która piąty raz jest radną. Nigdy nikt mi nie ograniczał pracy w komisjach. Mówię o komisjach stałych. Nigdy nikt mi nie dyktował, w jakiej komisji mam pracować, a w jakiej mi nie wolno. Wtedy próbowałam przekonać wszystkich do tego. Nie udało mi się i zagłosowałam tak, jak klub radnych, i do dziś tego żałuję.
– ...przychodzi sesja absolutoryjna. Przed tą sesją odbyło się posiedzenie klubu, w trakcie którego poinformowano radnych, jak mają głosować.
– Tak. Odbyła się dyskusja i już tam przedstawiłam swoje stanowisko. Powiedziałam, że go nie zmieniam. Radni też byli podzieleni co do głosowania nad absolutorium. Przecież nawet wniosek Komisji Rewizyjnej zdominowanej przez opozycję był "na tak" dla prezydenta.
– Pamiętamy, że z absolutorium nie było problemu. Zostało udzielone przy głosach wstrzymujących. Natomiast dalsza historia z pani głosowaniem rozpoczęła się od głosowania nad wotum zaufania dla prezydenta.
– Sygnalizowałam, że swojego zdania nie zmieniam i powiedziałam dlaczego. Przez pięć lat, kiedy byłam przewodniczącą klubu, zawsze samodzielnie i skrupulatnie przygotowywałam merytoryczne wystąpienia absolutoryjne i budżetowe zawierające liczby, konkrety, zarzuty itd. I te ostatnie dwa budżety, 2023 i 2024, mocno atakowałam, uznałam obydwa za wyborcze. Przy tym na 2024 rok wchodziłam w spór i pytałam prezydenta: Jak pan chce to zrealizować? Inwestycje na takim poziomie? Przecież to jest nierealne! To był jeden z moich głównych zarzutów. One były różne, ale ten był zawsze. Jednego roku było to kilka milionów, a innego kilkanaście. Tym razem mieliśmy taką sytuację, że prezydent zrealizował inwestycje na historycznie wysokim poziomie, a na mównicę wychodzi przewodniczący klubu i twierdzi, że prezydent niczego nie zrobił dobrze. Nie mogłam dać twarzy takiemu wystąpieniu. Nie stwierdziłam, że prezydent Marcin Witko jest prezydentem idealnym. I w swoim wystąpieniu precyzyjnie to powiedziałam. Powiedziałam, że z wieloma zarzutami się zgadzam. Tylko może "znaj proporcjum mocium panie". Nadajmy odpowiednią rangę argumentom. Trzeba prezydentowi, każdemu wójtowi, burmistrzowi patrzeć na ręce. Ta rola radnego jest zapisana w ustawie, ale ona nie jest jedyna. A dla mnie to wszystko poszło w takim kierunku, jakby była to jedyna rola.
– I się zaczęło. Pojawiły się sugestie, że pani decyzja wcale nie była spowodowana przekonaniami, chęcią pokazania rzeczywistego obrazu tego, co się przez ten rok działo, tylko wręcz padały zarzuty, że był to biznes polityczny.
– Na czym on miałby polegać?
– Wiele osób zwracało uwagę na pewną korelację z objęciem przez panią stanowiska w Radzie Nadzorczej spółki w Rawie Mazowieckiej i rolę pana Gajewskiego, który również pracuje w Rawie Mazowieckiej.
– Ale on pracuje w zupełnie innym samorządzie – w powiatowym. To po pierwsze. Po drugie, tę funkcję mam od stycznia, mam do tego kwalifikacje. Zaproponował mi ją burmistrz Rawy Mazowieckiej. Pana wiceburmistrza to w ogóle znam wiele lat. To nic sensacyjnego. Przecież pan Gajewski nie zdecydował o tym, że ja jestem w tej Radzie Nadzorczej. Nie ma takiej mocy. W Rawie Mazowieckiej rządzą niezależni ludzie.
Pracujemy, działamy przez wiele lat. Wszędzie gdzieś zostawiamy jakieś ślady. Jeżeli są one dobre, świadczą o naszych kompetencjach, to w przyszłości czymś procentują. Tak to jest.
– Nie ma pani wrażenia, że swoimi decyzjami – o głosowaniu, o wystąpieniu z partii – przyczynia się pani do poważnego osłabienia pozycji Platformy w Tomaszowie i do wzmocnienia pozycji PiS?
– Nie mam odczucia, że robię to akurat ja. Na tej sesji powiedziałam dokładnie tak, jak było. Pamiętam rozmowy z pracownikami urzędu, kiedy tworzył się budżet na 2024 rok. Byli przestraszeni, czy uda się to wszystko zrealizować. Chciałam też im okazać szacunek i w swoim wystąpieniu to podkreśliłam. Bo oni się naprawdę napracowali, żeby te wszystkie zamierzenia zostały zrealizowane.
Natomiast wracając do pana pytania. Myślę, że osoby, które w tej chwili zostały w tomaszowskiej Platformie i nią zarządzają, po tym, w jaki sposób się o mnie wypowiadają, nie mają z tym absolutnie żadnych problemów. Bo niektóre komentarze są naprawdę przykre.
Muszę natomiast wspomnieć, że przez ten rok kadencji samorządu miały miejsce wydarzenia, jak dla mnie nieakceptowalne. Uważam na przykład, że radny nie jest po to, żeby śledzić majątek prezydenta. Ten wyjazd panów do Wisły uważam za coś, co nie powinno się zdarzyć. Nie uważam, żeby to była rola radnego, by jechać tam, rozpytywać sąsiadów i jeszcze się rozwodzić w komentarzach na Facebooku, ile ten dom może być wart, jaki ma garaż...
– Niektóre komentarze były bardzo ostre...
– Ja muszę mieć grubszą skórę, bo w tej polityce byłam wiele lat. Ale czasami ludzie się niezdrowo podniecają takimi zdarzeniami, nakręcają się do tego stopnia, że umyka im rzeczywisty obraz. Dlatego bardzo długo milczałam. Nigdy nie broniłam prezydenta, gdy uważałam, że podejmuje złe decyzje. Tymczasem w komentarzach czytam, że mnie często widać przy prezydencie i to oczywiście dowód na "spisek". Jestem przecież przewodniczącą Rady! Dopóki nią jestem, to będę reprezentować ten organ w wielu sytuacjach i na wielu płaszczyznach.
– Przyzna pani, że sytuacja jest dosyć kuriozalna. Nikt nie wystąpił o odwołanie przewodniczącej Rady. Matematyka to podpowiada. Będzie pani, praktycznie rzecz biorąc, sprawować tę funkcję bez poparcia partyjnego.
– Nie wiem, co kto zrobi. Nauczyło mnie życie, i to zawodowe, i to polityczne, że nic człowiekowi nie jest dane raz na zawsze. Kadencja potrwa jeszcze 4 lata. I tutaj naprawdę wszystko się może zdarzyć. Jeśli padnie wniosek o odwołanie mnie, to będę musiała się z nim zmierzyć. Natomiast zakładanie, że taki wniosek nie padnie..., ja bym nie była taka pewna.
– Czy zmienił się sposób pani funkcjonowania jako przewodniczącej Rady?
– W mojej ocenie nie. Ja się nie czuję głupio wobec radnych, bo ja niczego złego na nich nie naopowiadałam. Rola przewodniczącej Rady narzuca, przynajmniej ja tak wewnętrznie czuję, by każdego traktować normalnie. Staram się nie zaogniać, tylko raczej tonować dyskusje. Takim wzorem przewodniczącego był dla mnie Andrzej Barański. Pamiętam, jak dobrze się czułam, jak pan Barański prowadził posiedzenia, bo on uspokajał i dawał każdemu prawo do tego, żeby się wypowiedział. Tak powinno być.
– Nie boi się pani, że może dojść do głosowania, gdzie pani była partia będzie przeciw, a pani zagłosuje za i zostanie to odebrane jako potwierdzenie tego, że "Klatka skumała się z prezydentem i popiera wszystkie jego propozycje"?
– Nikomu korona z głowy nie spadła, gdy wszyscy zagłosowaliśmy za budżetem. Myślę, że do każdego głosowania będę podchodzić indywidualnie, bo w tej chwili po prostu jestem radną, akurat z funkcją przewodniczącej. Bycie przewodniczącą Rady, to nie tylko prowadzenie sesji. Mam dużo wizyt mieszkańców na dyżurach w każdą środę od 15.00 do 17.00. Mierzę się z bardzo trudnymi ludzkimi problemami i poprę każdą decyzję, która może przyczynić się do ich rozwiązywania.
– Odnoszę wrażenie, że nie chce pani mówić o roli, jaką w tym wszystkim odegrał poseł Adrian Witczak...
– Adrian Witczak milczy w całej tej sprawie, ja też się nie wypowiem. Mogę natomiast powiedzieć, że nie zamierzam wstępować do PiS i zmieniać swoich poglądów.
Rozmawiał Andrzej Kucharczyk



Komentarze