Czytelnicy TIT piszą...
Najpierw odruch zdziwienia, czasem niepokoju. Ktoś pochyla się nad wózkiem dziecięcym, zagląda do środka, coś poprawia, przeszukuje. Przechodnie zwalniają, bo wydaje się, że w środku powinno być dziecko. Tymczasem okazuje się, że w wózku nie ma niemowlęcia, lecz makulatura, złom, znalezione przedmioty, opał albo zakupy z najtańszego sklepu. To obraz, który jeszcze niedawno należał do rzadkości, a dziś staje się codziennością wielu polskich ulic.
Porzucone pod śmietnikami wózki dziecięce coraz częściej dostają drugie życie. Stają się środkiem transportu dla osób ubogich – tych, którzy nie mają samochodu, często nie mają nawet stałego miejsca zamieszkania. Dzięki takim wózkom dla dzieci, można przewieźć zebrane rzeczy do skupu, przenieść opał na zimę czy zgromadzić to, co inni wyrzucili, a co wciąż ma jakąkolwiek wartość. To surowa, uliczna wersja recyklingu.
Z jednej strony można powiedzieć: dobrze, że przedmioty nie trafiają od razu na wysypisko, że ktoś potrafi je jeszcze wykorzystać. Z drugiej – trudno nie widzieć w tym zjawisku sygnału rosnącego ubóstwa i społecznego wykluczenia. Coraz więcej osób żyje na granicy przetrwania, a wózek dziecięcy zamiast być symbolem początku życia staje się symbolem walki o przetrwanie.
Widok ludzi pchających takie wózki przestaje nas dziwić. Wpisuje się w krajobraz miast, jak przystanki autobusowe, czy sklepy dyskontowe. Pytanie tylko, czy powinniśmy się do niego przyzwyczajać? Bo każdy taki wózek to czyjaś historia, której nie widać z zewnątrz – i której coraz częściej nie chcemy już dostrzegać.
(dane do informacji redakcji)



Komentarze