Poniemieckich ewangelickich cmentarzy między Tomaszowem Maz. a Łodzią jest ciągle jeszcze całkiem sporo, lecz tylko niektóre z nich stanowią miejsca zachowujące tożsamość spoczywających tu zmarłych. Bezwzględnie takim miejscem jest nieczynny cmentarz w Łaznowskiej Woli, poniemieckiej wsi pierwotnie nazwanej Grömbach, a w czasie I i II wojny światowej Grünbach (Zielony Potok).
Powstał on wraz z utworzeniem wsi na początku XIX wieku. Jednak najstarsze zachowane nagrobne kamienie wykazują datę drugiej połowy tegoż wieku. Pierwotnie był on otoczony luźno ułożonymi kamieniami. Dopiero na początku XX wieku został powiększony o drugie tyle, co stanowiło 0,56 ha, i otrzymał ceglane ogrodzenie z żelazną bramą w środkowej jego części. Odtąd składał się ze starej i nowej połówki, przedzielonych szeroką drożyną. Dopiero wówczas na nowej połówce wykopano studnię i po 1914 roku stworzono kwaterę poległych żołnierzy w bitwie brzezińskiej (XI 1914). I w takim stanie pozostawał do czasu wyjazdu ostatnich Niemców w połowie lat 70. XX wieku. Do tego czasu posiadał opiekunów, ciągle był czynny, choć już od powojnia przyjmował tylko nielicznych zmarłych. Ci, którzy po ostatniej fali wyjazdów do sobie nieznanej macierzy − do Niemiec pozostali w swojej polskiej ojczyźnie, a byli to już całkowicie spolszczeni Niemcy: Bendingerowie, Grunwaldowie, Kulmannowie, nie utożsamiali się z pochodzeniem swoich przodków, nie zachowali ewangelickiego wyznania, zatem nie poczuwali się w obowiązku do zadbania czy dopilnowania starego cmentarzyska. Cmentarz stracił opiekunów, a żadna ewangelicka parafia nie chciała przejąć opieki nad tym miejscem, gdyż macierzysta parafia została rozwiązana po wojnie. Zresztą również stan prawny tej działki nie jest określony, po prostu jest to ziemia bez właściciela czy zarządcy.
Z miejscowych mało kto wykazuje zaciekawienie tym miejscem. Zresztą dlaczego miałby, wszak mieszkańcy wsi ledwie wiedzą o tym, że znajduje się w niej ewangelicki cmentarz. Zdecydowana większość współczesnych mieszkańców wsi jest napływowa i nieewangelicka, tak więc omijają to miejsce, bo ono ich nie dotyczy, nie widzą w nim kulturowej wartości, nie odczuwają potrzeby ocalenia zabytku dla potomnych oraz dla budowania swojej nowej historycznej tożsamości. Uprzedzeń do innowierców czy innonarodowców zasadniczo nie mają, lecz zbrodnicze czyny II wojny pozostają ciągle żywe w pamięci.
Brak opieki nad nekropolią miał niekorzystny wpływ na jej stan. Skrzętnie korzystali z tego różni nieuczciwi ludzie: kamieniarze, kowale i ich pomocnicy czy dostawcy. Nastąpiło rozkradanie artystycznie wykonanych nagrobków, najbardziej bolesna była kradzież pomnika Wilhelma Wolskiego, byłego młynarza z Kozicy (Kotlin). Kradziono także żelastwo: nagrobne krzyże i przede wszystkim żelazną bramę; te rzeczy przekuwano na lemiesze. Przy tej okoliczności rozebrano ceglane słupy podtrzymujące bramę, cegła była także pożądanym budowlanym tworzywem, mimo że we wsi działała wytwórnia cegły.
Do tego jeszcze doszło zwykłe rozbójnictwo spowodowane ludzką znieczulicą, zwykłą głupotą, a także pijaństwem. Chętnie spotykała się w tym zacisznym i opuszczonym zakątku miejscowa żuleria. Przy tej okoliczności, a może też po prostu, wywalano i rozbijano nagrobne kamienie. Niektóre z nich znalazły się w cmentarnej studni, przywalone kamieniami, ceglanymi odłamkami, a także śmieciami.
Brak opieki miał też i inne skutki, stał się dobrodziejstwem dla występującej tu roślinności: drzewa i krzewy przejęły to miejsce we władanie. Być może pierwsze drzewa pojawiły się tu wraz z powiększeniem cmentarza (początek XX wieku). Te jednak szybko wydały owoc i z czasem samosiejki stały się same dużymi drzewami. W międzyczasie użytecznie wartościowe drzewa, głównie dęby, również ścięto i skradziono; pozostały zaś lipy, klony i robinie. W podszycie pojawiły się nieprzemierzone kobierce bluszczu, barwinka, a gdzieniegdzie cebulicy. Powszechnym stał się lilak tudzież głóg czy kruszyna. Ze względu na występowanie wielkiej gęstwiny wszelakich krzaków dostępność tego miejsca stała się bardzo ograniczona. I taki przedstawiał się obraz tego miejsca do nieodległego czasu.
Dopiero ludzie dobrej woli oraz wrażliwi na dobra kultury podjęli działania na rzecz przywrócenia temu miejscu należnej mu powagi. Początek naprawczych działań rozpoczął się w 2016 roku. Stowarzyszenie TILIAE i przyjaciele podjęli się zadania przywrócenia świetności temu miejscu. Do tego zadania zostały wciągnięte szkoły i Urząd Gminy Rokiciny. UG wciągnął cmentarzysko do gminnej ewidencji zabytków, właściwie oznaczył to miejsce, zapewnił dostęp dla chcących zapoznać się z kulturowym dorobkiem miejscowej ludności, zajął się wywózką uzbieranych śmieci. Szkoły nieco wspomogły w posprzątaniu i oczyszczeniu tego środowiska. Jednak całością działań zarządzało stowarzyszenie, które również dokładało starań o odnowienie nagrobków, które, jak się okazało, względnie licznie się zachowały. Co więcej, stowarzyszenie prowadziło i prowadzi działania nagłaśniające w radio, w nośnikach papierowych i elektronicznych, w kraju i za granicą. Prowadzi również badania tego miejsca; więcej o tym na stronie: www.cmentarzeewangelickie-lodzkie.pl, na której w odpowiednich zakładkach znajdują się wydane artykuły w różnych pismach o tym miejscu, opisy i dokonania zespołu ludzi tu pracujących.
Te działania są z dużą korzyścią dla pogłębiania historycznej wiedzy o ludziach i wsi, o kulturze tego miejsca, są także z korzyścią dla zwiedzających, którzy już teraz mogą podziwiać kamieniarskie rzemiosło sprzed (ponad) 100 lat zarówno polskich kamieniarzy, np. F. Szymańskiego z Tomaszowa Maz., jak i niemieckich z łódzkich wytwórni.
Cmentarz skrywa wiele ciekawostek, np. kwaterę poległych żołnierzy w bitwie pod Brzezinami 1914 roku, wyżej nazwaną studnię − płytką, bo mającą zaledwie pięć krążków, która wyschła, jak wieść niesie, po powstaniu elektrowni Bełchatów; dalej: bardzo okazałe ogrodzenie z cegły i w końcu same nagrobne kamienie z piaskowca, z lastryka, ale i z betonu; te ostatnie najmniej okazałe, ale i najtańsze − prawdopodobnie wyrobu miejscowych rzemieślników: Marxa czy Groschanga.
Zaglądają tu także potomkowie pochowanych, ci z Niemiec, ale i z odległych krańców Polski, np. rodzina Fuchsów zamieszkałych na Dolnym Śląsku i w Gdańsku. Pojawiają się pisarze chcący czegoś więcej dowiedzieć się o tym miejscu i o ludziach niegdyś tu mieszkających, poszukując wiadomości do swoich opowiadań, radiowcy z łódzkiej Trójki do sporządzenia reportaży, wycieczki w poszukiwaniu śladów I wojny światowej, członkowie stowarzyszeń pracujących na rzecz pamięci jednej z wielkich kultur w tej części Polski itd. Najmniej ciekawi tego miejsca są miejscowi! Ich rzadko można tu spotkać, najwyraźniej nie czują ducha swojej wsi, nie mają szacunku wobec tych, którzy przygotowali dla nich ziemię pod gospodarkę rolną, którzy wybudowali tę wieś, wybudowali drogi, tworzyli kulturę i to na owy czas wyższą od tej miejscowej: mając orkiestrę dętą, swój kościół, szkołę − pierwszą w dzisiejszej gminie Rokiciny, niegdysiejszej gminie Łaznów itd.
Na szczęście nie została zatarta pamięć o nich, choć najczęściej byli oni zwykłymi rolnikami, którzy wykazywali się większą zaradnością w prowadzeniu swoich gospodarstw. (O Niemcach z Grünbachu nieco rozpisuje się Reymont w Chłopach, a podsumowuje go W.M. Wochna, Wyspa Rejmentów na Dnie Wolbórki).
Wojciech Wochna



Komentarze