W dobie pandemii pracownicy ochrony zdrowia często spotykają się z nieuzasadnioną krytyką pacjentów. Zdarza się też, że stają się ofiarą publicznego napiętnowania. Jedną z takich spraw zajmuje się tomaszowska prokuratura.
W październiku ub.r. jeden z użytkowników Facebooka zamieścił film, w którym starał się udowodnić, że jego żonie nie udzielono pomocy na oddziale ginekologiczno-położniczym Tomaszowskiego Centrum Zdrowia. - Żonie odeszły wody, a pan doktor nie przyjmuje na oddział. Jak się później po około 15 minutach okazało na oddziale potwierdzono wirusa. Żona w medeorze miejmy nadzieję że będzie ok. Zaorać ten szpital !!! - napisał na swoim profilu (*zachowana oryginalna pisownia).
Nagranie ukazało się w czasie, kiedy cała Polska zmagała się z kompletnym paraliżem systemu opieki zdrowotnej. Wszelkie doniesienia dotyczące braku dostępności do publicznej służby zdrowia były traktowane przez użytkowników mediów społecznościowych bardzo emocjonalnie. To z pewnością sprawiło, że w ciągu kilku godzin film obejrzało ponad 300 tysięcy użytkowników Facebooka.
Lekarz, który stał się ofiarą internetowego ataku, jest powszechnie szanowany i uznawany za fachowca. Nic nie wskazuje, że zachował się nieprawidłowo. Tuż po zajściu całą sytuację wyjaśnił zarząd naszego szpitala. - Przyjmujemy każdą pacjentkę w przypadku zagrożenia życia lub zdrowia jej bądź jej dziecka. W tym przypadku takiego zagrożenia absolutnie nie było. Nagranie, które krąży w Internecie, nie odzwierciedla faktycznego przebiegu sytuacji - mówił dr n. med. Robert Szlachciński, pełnomocnik zarządu TCZ ds. medycznych.
Do sytuacji odniósł się też sam lekarz, na którego wylała się fala nienawiści. - Zaproponowałem pacjentce, że ją zbadam. Tak też zrobiłem, bo to mój obowiązek. W wyniku badania stwierdziłem, że nie ma podstaw medycznych do przeprowadzenia porodu w trybie pilnym, a pacjentka może udać się bez problemu do innego szpitala - tłumaczył. Jak wynika z jego relacji, sama pacjentka nie miała do niego roszczeń i pretensji. Stwierdziła, że nawet gdyby zaproponował jej przyjęcie na oddział w TCZ, to by się nie zgodziła. Poinformowała, że jest umówiona na cesarskie cięcie w Łodzi.
Wszystko skończyło się dobrze - kobieta urodziła zdrowe dziecko. Następnego dnia nagranie zniknęło z Internetu, ale - biorąc pod uwagę jego zasięg - o sprawie zaczęły pisać ogólnopolskie media. Artykuł ukazał się też na łamach jednego z lokalnych portali. Mimo że jego autor niczego nie zarzucał lekarzowi, pojawiła się kolejna fala komentarzy. Wypowiedzi bezmyślnie kierowanych w stronę medyka nie możemy jednak zacytować. Nie nadają się do druku ze względu na dużo wulgarnych epitetów.
Sprawcy internetowego hejtu zazwyczaj czują się bezkarni, jednak w tym przypadku - jak wiele wskazuje - będą musieli liczyć się z odpowiedzialnością karną. Organy ścigania nie udzielają oficjalnej informacji w sprawie, ale jak informuje właściciel jednego z serwisów informacyjnych, Prokuratura Rejonowa w Tomaszowie Maz. zwróciła się do niego z nakazem zabezpieczenia danych. - Zostałem zobowiązany do przekazania śledczym numerów IP komputerów i urządzeń, z których zamieszczano te komentarze. Użytkowników jest kilkudziesięciu - informuje dziennikarz portalu.
Internetowy hejt i mowa nienawiści nie zostały zdefiniowane w polskim prawie karnym. Jeżeli więc w tej sprawie zostaną postawione zarzuty, sprawcy mogą odpowiedzieć za przestępstwo zniewagi. Jest ono zagrożone karą grzywny bądź ograniczenia wolności. Niektórzy prawnicy wskazują jednak, że kara powinna zostać zaostrzona. Jak argumentują, mimo że lekarz nie ma statusu funkcjonariusza publicznego, korzysta z ochrony prawnej dla niego przewidzianej. - Ochrona przysługuje lekarzowi, który udziela świadczeń w ramach pomocy doraźnej oraz który wykonuje zawód w podmiocie wykonującym działalność leczniczą - mówi jeden z tomaszowskich adwokatów. Jeżeli sprawcy odpowiedzą jak za zniewagę funkcjonariusza publicznego, grozi im do roku pozbawienia wolności.
Poniżej link do poprzedniego naszego artykułu opisującego to wydarzenie.
K. Krasnodębski



Komentarze