Działo się to w czasach schyłkowego PRL-u.
Pracowałem wówczas w dość poważnej instytucji. Jeden z moich kolegów miał w swoim samochodzie przyczepiony przyssawką bukiecik sztucznych plastikowych kwiatków. Była wtedy taka moda, a to siedzący na desce rozdzielczej piesek kiwający głową, a to małpka na tylnej szybie czy też laleczka z tworzywa.
W pewnej kwiaciarni w charakterze dekoracji stał duży dzban wypełniony sztucznymi słonecznikami, na których siedziały plastikowe pszczoły. Ukradłem jedną (piszę o tym otwarcie, bo sprawa już się przedawniła). Po jakimś czasie jechaliśmy samochodem kolegi (tym z kwiatkami) na naradę do centrali w Piotrkowie. Wyjąłem z kieszeni tę sztuczną pszczołę i posadziłem ją na tym sztucznym bukieciku, mówiąc do właściciela auta: Masz tu sztuczną pszczołę, będziesz miał teraz sztuczny miód. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Gdy wracaliśmy do Tomaszowa ani kwiatów, ani pszczoły już w samochodzie nie było.
Tu muszę dodać dygresję o sztucznym miodzie. Było dawniej coś takiego, co dzięki jakimś dodatkom przypominało smakiem i zapachem prawdziwy miód. Tak jak "wyrób czekoladopodobny" przypominał prawdziwą czekoladę z Peweksu (były takie sklepy, gdzie płaciło się twardą walutą, np. dolarami). Sztuczny miód nie miał wzięcia, zalegał na sklepowych półkach. Do czasu. Gdy ceny cukru poszły drastycznie w górę (mimo że był na kartki), odkryłem walory tego erzacu. Toż to przecież wyrób z cukru. Nada się na nastawienie zacieru na samogon. I tak zrobiłem, bimber wyszedł pierwsza klasa (przyznaję się, bo to też już się przedawniło). Przepędzony przez aparaturę made in "Wistom" z blachy kwasoodpornej przypominał popularną wtedy wódkę Soplica (też na kartki) z lekkim posmakiem miodu. Sztuczny miód szybko znikał ze sklepowych półek, mimo że był dawno przeterminowany. Ale ja byłem chyba pierwszy, który na to wpadł.
J. Pampuch
Fot. Wikimedia Commons



Komentarze