Kto nie przeżył remontu, ten nie wie, ile trzeba stracić pieniędzy i zdrowia, aby uzyskać (lub nie) pożądany efekt.
Pomijając permanentny bałagan, gruzowisko, jak schody do nieba mnożą się problemy z wykonawcami. Przerwy w pracy, spowodowane podobno wyższą koniecznością, są zjawiskiem nader normalnym. Bywa "niedyspozycja", inne zlecenie, piwko itp.
Po jednym panu z ekipy nazbierałam pod balkonem pół reklamówki petów, chociaż postawiłam mu na parapecie popielniczkę. Niedoróbki stwierdza się zazwyczaj po czasie. Rachunków nie uświadczysz, a pytanie o koszt, skwitowane odpowiedzią: - Trudno to oszacować, po robocie się dogadamy - kończy się przeważnie podwojeniem przewidywanej sumy. Fachowcy czują się bezkarni, bo najlepsi wyjechali za granicę, popyt przekracza podaż. Kto zlikwidował "budowlankę", ma na sumieniu traumę właścicieli mieszkań i domów, podejmujących się remontu, modernizacji swych gniazd.
Fala uchodźców, prócz zobowiązań, konieczności udzielania pomocy, niesie ze sobą szansę: przyjeżdżają murarze, nauczyciele, lekarze, pielęgniarki, psycholodzy... Potrzeba tylko mądrej organizacji. Nie wystarczy dać rybkę, którą wcześniej władza sama złowiła na wędkę. Dość już mamy tych, którzy wszelką pomoc przepijają "małpkami". Tym, którzy zostaną u nas, z całą pewnością należy pomóc w trudnym starcie, w nowej rzeczywistości, ale także umożliwić im samodzielny byt, zgodny z umiejętnościami i kwalifikacjami. I w tym upatruję naszą szansę, m.in.: poprawę funkcjonowania ochrony zdrowia, poprzez uzupełnienie kadr, zmniejszenie kolejek do usług, szczególnie remontowo-budowanych, a tym samym zwiększenie konkurencyjności.
Nasi pobratymcy z Ukrainy cieszą się darami płynącymi z serca, ale z całą pewnością nie chcą żyć "na łaskawym chlebie". Jeśli damy im wędkę, może i my będziemy jeść smaczne, świeże ryby?
Emilia Tesz



Komentarze