Tyle lalek, jak u tomaszowianki Marty Młynarczyk, nie zobaczy się nawet w sklepie z zabawkami. Siedzą i stoją wszędzie - na kanapach, stolikach, na podłodze, parapecie, maszynie do szycia, a nawet na fotelu bujanym. Każda jest piękna i każda ma swoje imię. Pani Marta ma ich 138!
Dom z zewnątrz jakich wiele, ale w środku - stare zdjęcia, romantyczne obrazy, zdobione filiżanki i figurki. Idealnie komponują się z tym, co jest tam najbardziej oryginalne - z porcelanowymi lalkami różnej wielkości, o różnej historii i o różnym wyrazie twarzy. Są lalki wesołe i uśmiechnięte, są smutne, pełne melancholii, a może nawet rozpaczy, inne słodkie i miłe, niektóre też zadziorne i krnąbrne niczym dzieci. I tak, jak dzieci, z miłością i uwagą traktuje je też ich właścicielka, Marta Młynarczyk, która zbiera je od 2007 roku.
- Tu jest Wacław, tu Anielka, a tu Jaś i Małgosia, Isadora Duncan, Elizka ze łzami na policzku, Agnieszka, Śpiąca Królewna, Jacek i Agatka, Wanda Wiłkomirska ze skrzypcami, Carmen, pani Walewska, Beata Tyszkiewicz... - wymienia M. Młynarczyk, pokazując lalki mieszkające w kilku pokojach, w kuchni, w przedpokoju. Można też u niej zobaczyć m.in. Łucję z Opowieści z Narnii, Matę Hari, Małgorzatę Braunek, Pocahontas, Anię z Zielonego Wzgórza i lalki hrabianki, wśród których jest np. uwodzicielska markiza de Pompadour. Ciekawe są też te z blond lokami, dwie z nich to... Magdy Gessler. Wiele lalek ma imiona zaczerpnięte z literatury, bo Marta Młynarczyk jest polonistką. Przez wiele lat uczyła języka polskiego w szkołach, np. w Przesiadłowie i Ujeździe. Była też dyrektorką szkoły w Proszeniu.
Jej pasja zaczęła się od lalki Kasi, którą zakupiła w Spale. Od tej pory wiele lalek nabyła na tamtejszych jarmarkach, jak również w Piotrkowie. Kupowała je też w innych miejscach, np. na targach w Kazimierzu Dolnym, dokąd co roku jeździ z mężem Mirosławem na festiwal filmowy, oraz w rodzinnym Lublinie. Teraz ma ich 138. - Myślę, że gdy byłam małym dzieckiem, miałam za mało lalek i może stąd to moje zamiłowanie. Podobno miałam jakąś lalkę, ale ja żadnej nie pamiętam. Powróciłam do czasów dzieciństwa - opowiada kobieta.
Czasem z "łowów" wracała z kilkoma zakupionymi lalkami naraz, innym razem nie udało się zdobyć żadnej. Wiele lalek dostała także od przyjaciół i znajomych. Koleżanki często przynosiły je na imieniny. Wśród tylu lalek pani Marta nie ma swojej jednej ulubionej. - Każda jest ważna, nie chciałabym żadnej faworyzować. Lubię nawet te smutne, nawet te, które nie mają aż tak pięknej, jak inne, sukienki - wyznaje pasjonatka, choć wśród tych niezwykłych okazów, ma nawet kilka z asygnatą, z prawdziwych kolekcji. Innych historia nie jest znana, niektóre jednak są stare i zapewne "bywały" w ciekawych miejscach. Czasem którejś psuje się ubranko, więc ich właścicielka je naprawia lub sama je szyje. Co jakiś czas myje swoje lalki i pierze im garderobę. Oczywiście ręcznie, aby niczego nie zniszczyć. Ubranka są przecież delikatne, koronkowe, pełne zdobień i kolorowych motywów. Poprawia również lalkom fryzury. Niektóre się ze starości mechacą. Innym trzeba dodać jakiś akcent, np. wpiąć kwiat we włosy. Czasem uszkodziły się same lalki. - Musiałam sklejać Izabelę Łęcką - wspomina tomaszowianka i zaznacza, że jej lalki nie są do zabawy, bo porcelana łatwo się tłucze.
Mąż akceptuje i wspiera pasję pani Marty, choć czasem - jak śmieją się oboje - lalki trzeba sprzątać z kanapy, żeby zrobić miejsce dla gości. Tomaszowianka chce je jednak eksponować, bo przecież nie po to je zbiera, żeby chować w skrzyniach na strychu. Na razie nie kupuje nowych lalek, za to chciałaby, by cieszyły oko nie tylko jej i jej najbliższych, ale też innych osób. Dobre byłoby pokazanie ich np. na wystawie w tomaszowskim muzeum. - Dzieci zobaczyłyby lalki, a lalki dzieci - śmieje się M. Młynarczyk.
Ciekawe są u niej też zdjęcia przodków znad Buga, o których chce napisać książkę, i wszystkie dekoracje z różą, które ma w domu. Są filiżanki, anioły, obrazy, lustra, a nawet tapeta w róże. Na zewnątrz latem też pełno róż i innych kwiatów. - W jednej części domu miała być herbaciarnia "Pod Różami". Byłam zafascynowana herbaciarnią "U Dziwisza" w Kazimierzu - wspomina kobieta, która maluje również deski z różnymi kwiatami, cytatami i motywami. Najważniejsze jest jednak jej 138 lalek. Każda z inną miną, każda z "duszą", każda z inną historią.
Joanna Dębiec



Komentarze