Stek pomówień, półprawd i przekłamań, jakie pojawiły się w przestrzeni publicznej po ukazaniu się na łamach TIT tekstów na temat absurdów przy adopcji zwierząt z tomaszowskiego schroniska, świadczy o tym, że tzw. "obrońcy" albo nie rozumieją przyczyn problemu, albo wygodniej im ich nie rozumieć.
Smutne to, ale działania coraz liczniejszych fundacji mających bronić zwierzęta przed bezdomnością są skrajnie nieskuteczne. Świadczą o tym liczby, jakie odnaleźć można w raportach NIK. Mamy coraz więcej schronisk, gminy wydają na ich utrzymanie coraz więcej pieniędzy, a problem narasta. Jeżeli dodamy do tego zupełny brak logiki w przepisach i absurdalne wymagania adopcyjne obraz będzie jeszcze smutniejszy.
Rząd uparcie broni się przed wprowadzeniem obowiązkowego czipowania zwierząt. A to oznacza, że każdy może wziąć psa lub kota (nie wspominając o innych zwierzętach, takich jak: króliki, chomiki, świnki morskie itp.) i pozbyć się go, kiedy tylko przyjdzie mu na to ochota.
Polski rząd broni się też przed wprowadzeniem obowiązkowego kastrowania psów i kotów, które nie są przeznaczone do dalszej hodowli, a jest to jedyna droga do zmniejszenia populacji bezdomnych zwierząt. W Holandii, gdzie sterylizacja psów i kotów jest powszechna i finansowana z budżetu, a posiadanie zwierzaka jest prawnie regulowanym przywilejem, problem bezdomnych psów i kotów praktycznie przestał istnieć.
Przykładem, jak sterylizacja pomaga zmniejszać populację bezdomnych zwierząt, jest działanie jednej z organizacji prozwierzęcych w Bułgarii. Odkąd udało się przekonać władze Sofii, aby zamiast okresowego wyłapywania i zabijania bezdomnych psów, wyłapywać je, sterylizować i wypuszczać, ich populacja spadła wielokrotnie. Przez 10 lat, w latach 1995-2005, zabito w Sofii aż 100 tys. psów, a ich populacja spadła w tym okresie jedynie o 30%, z 30 tys. do 20 tys. Odkąd w 2007 r. zaczęto je sterylizować, przez kolejne 10 lat ich populacja spadła aż o 75% z 20 tys. do zaledwie 4,8 tys.!
W Niemczech natomiast ilość zwierząt domowych ograniczono za pomocą... podatków. Przede wszystkim nie ma możliwości, aby mieć w domu niezarejestrowanego psa - to jest przestępstwo. Poszczególne landy ustanawiają własne kwoty pobieranych opłat i są one uzależnione od wielkości psa, rasy i... liczby zwierząt, jakie posiada dana osoba. Im więcej pupili, tym wyższy podatek od każdego psa - ma to na celu ograniczenie właśnie ich liczby. Jednak niektóre landy zwalniają opiekunów z płacenia podatku przez rok, jeśli ten zdecyduje się na adopcję zwierzaka ze schroniska. Bardzo rygorystycznie podchodzi się też do właścicieli psów ras uznanych za niebezpieczne. Właściciel psa takiej rasy, nie dość, że musi zdawać okresowe egzaminy, to płaci podatek 10 razy wyższy niż w przypadku "normalnego" psa (dane za tekstem Magdaleny Buszko).
Dlaczego zatem fundacje (wg NIK w 2021 r. było ich około 400) nie podejmują wspólnych działań, aby wymusić na rządzących zmiany w prawie? Może lepiej, zamiast np. skupiać całą aktywność na budowaniu budek dla bezdomnych kotów, zebrać fundusze na ich sterylizację i podobnie postępować z bezdomnymi psami? Może wreszcie czas by infantylne myślenie o słodkich i biednych zwierzaczkach zastąpić pragmatyzmem i skutecznością. Chyba większą troskę o dobro zwierząt wykażą obrońcy, podejmując niekoniecznie popularne, ale o wiele skuteczniejsze działania, niż utwierdzanie wygodnego, patologicznego stanu, w którym się obecnie znajdujemy.
Andrzej Kucharczyk



Komentarze