Bardzo często odbieram telefony od Was - Naszych Czytelników. Każda rozmowa to potwierdzenie, że nas czytacie, że ufacie nam i wierzycie, że możemy pomóc. Bardzo za to dziękuję. Dziękuję równie serdecznie tym, którzy wytykają nam potknięcia i przeoczenia. To dla nas cenne uwagi.
Czasem jednak mam do czynienia z sytuacjami, które wystawiają moją wyobraźnię na wielką próbę. - Panie redaktorze, na Ludwikowskiej migają lampy. A wie pan, że one migają Morsem? I jaki tekst przekazują - pytam zaciekawiony. Marcin Witko najlepszy! - ujawnia rozmówca. Musicie sprawdzić czy na innych ulicach jest tak samo.
Niewątpliwie najwspanialszym wydarzeniem minionego roku była nasza solidarność i niewyobrażalne zaangażowanie w zbiórkę pieniędzy dla Zosi Bigos. Dzwoni starsza pani. - Pięknie to zrobiliście. Ta Zosia się do mnie cały czas z gazety uśmiecha i tak cudowanie rusza główką.
Gorącym tematem w mijającym roku był oczywiście Covid. - Ta wylęgarnia w Lubochni to wcale nie wylęgarnia. Jeżdżę tamtędy codziennie rowerem i żadnej kwoczki nie widziałem. Za to jacyś ludzie w kombinezonach chodzą. Oni tam ten kowid robią.
Są też telefony, których nie lubię. Rozmowa, zwykle w agresywnym i napastliwym tonie zaczyna się od słów: Nie kupuję was, nie czytam, bo jesteście nieobiektywni. Po takim wstępie dalsza konwersacja jest raczej bezcelowa. Pewnego dnia, gdy w ten sposób rozpoczęła swoją wypowiedź młoda, sądząc z głosu, kobieta, nie wytrzymałem. - To pani jest tą afroamerykanką z monstrualną nadwagą? Wprawdzie pani nie znam i nie widzę, ale tak sądzę - odpowiedziałem. Serdecznie tę nieznaną mi rozmówczynię przepraszam. Nie powinienem się tak odezwać, bo jak zaznaczyłem na wstępie - wszystkie Wasze telefony są dla nas bardzo ważne.
and



Komentarze