W całej Polsce z powodu COVID-19 zmarło już ponad 90.000 ludzi. Mimo to wiele osób bagatelizuje zagrożenie, jakie niesie epidemia, i nie zamierza się zaszczepić. Niektórzy zmieniają zdanie dopiero po ciężkim przebiegu zakażenia koronawirusem. O tym, jak zmieniało się ich podejście do epidemii i szczepień, opowiadają pacjenci Tomaszowskiego Centrum Zdrowia, hospitalizowani z powodu zarażenia wirusem SARS-CoV-2.
Pan Sebastian ma 38 lat. Z wykształcenia jest technikiem ekonomistą. Na COVID-19 zachorował w lutym tego roku. W początkowej fazie chorobę przechodził łagodnie, mimo że nie był zaszczepiony. - Trzy pierwsze dni od wyniku pozytywnego miałem tylko katar, czułem się trochę osłabiony. Nigdy nie twierdziłem, że wirus nie istnieje i nie przeczyłem skuteczności szczepionek. Byłem jednak przekonany, że choroba może być niebezpieczna tylko dla ludzi starszych bądź przewlekle chorych - mówi tomaszowianin.
Mężczyzna dodaje, że negatywnie oceniał wszystkie restrykcje i ograniczenia w codziennym funkcjonowaniu, nie nosił maseczki. Sytuację w kraju nazywał epidemią strachu. Jeździł nawet na tzw. marsze wolności organizowane przez antyszczepionkowców. - Nie docierało do mnie, że zachorować może każdy. Nie miałem wśród znajomych osób, które ciężko przeszły COVID-19. Byłem przekonany, że to całe zamieszanie ze szczepionkami to jedna wielka propaganda - przyznaje.
Pan Sebastian zmienił zdanie, kiedy czwartego dnia choroby trafił na oddział intensywnej terapii. - Wstałem z łóżka i chciałem iść do toalety. Poczułem, że nie mogę złapać oddechu, kręciło mi się w głowie. Potem już nic nie pamiętam. Ocknąłem się w szpitalu. Dobę byłem na OIOM-ie, potem tydzień na zakaźnym. Czułem się fatalnie. Oddział pani doktor Borkowskiej zapewnił mi należytą opiekę. Pytali mnie, dlaczego się nie zaszczepiłem. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Było mi wstyd, chociaż nikt z personelu ze mnie nie drwił - mówi mężczyzna. Leczono go z powodu rozległego, obustronnego zapalenia płuc. Na szczęście obyło się bez powikłań. Pan Sebastian jest już zaszczepiony dwiema dawkami preparatu marki Pfizer. Oczekuje na termin podania dawki przypominającej.
Musiałem otrzeć się o śmierć, żeby zrozumieć
Pan Andrzej ma 59 lat. Z wykształcenia fryzjer, prowadzi gospodarstwo rolne. W październiku ub.r. stwierdzono u niego zakażenie koronawirusem. - Było ciężko. Duszność, osłabienie, uporczywy kaszel. Nie miałem siły, ale jakoś to przechorowałem w domu. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że to nie jest wcale taka straszna choroba.
Pan Andrzej choruje na nadciśnienie i cukrzycę. Kiedy ruszył program szczepień populacyjnych, rodzina namawiała go do przyjęcia szczepionki. - Nie chciałem o tym słyszeć. Nie widziałem takiej potrzeby, skoro choroba dawała u mnie tylko objawy przeziębienia. Poza tym wydawało mi się mało prawdopodobne, że drugi raz zachoruję - mówi mężczyzna.
Jego podejście zmieniło się, kiedy w stanie ciężkim trafił na oddział obserwacyjno-zakaźny. Jak mówi, miał stan zapalny widoczny na zdjęciu RTG na praktycznie całej powierzchni płuc. - Dawali mi tlen, ale nie pomagało. To straszne uczucie. Czułem się jakbym wpadł do głębokiej wody i się topił. Pielęgniarki i lekarka patrzyły na mnie tymi smutnymi, bezradnymi oczami. Nie były w stanie mi ulżyć. To była straszna głupota z tym negatywnym podejściem do szczepionki. Musiałem otrzeć się o śmierć, żeby to zrozumieć - mówi pan Andrzej. Obecnie mężczyzna jest już po trzeciej dawce przypominającej szczepionki.
Przez COVID dostała udaru
Pani Hanna ma 47 lat, jest kosmetyczką. Jej mąż jest ratownikiem medycznym. Kiedy tylko pojawiła się szczepionka, prosił ją, żeby się zaszczepiła. - Kpiłam z tego. Mówiłam mu, że skoro on jeździ karetką i do tej pory się nie zaraził, mając kontakt z tyloma pacjentami, to mi nic nie grozi. Mimo że tłumaczył mi na różne sposoby, czym jest COVID, do mnie niewiele docierało - mówi tomaszowianka.
Kobieta zachorowała na COVID-19 w połowie marca br. W trzecim dniu choroby zemdlała w domu i trafiła do szpitala. - Nie miałam aż tak silnych dolegliwości ze strony układu oddechowego. Trochę mi było duszno, lekki katar. Niestety pojawiły się poważniejsze problemy. Miałam za gęstą krew. Byłam leczona silnymi lekami przeciwzakrzepowymi. Lekarze mówili, że to efekt zakażenia koronawirusem. Mimo leczenia dostałam udaru niedokrwiennego - opowiada pani Hanna.
Niestety w jej przypadku nie obyło się bez powikłań. Kobieta wyznaje, że leczy się teraz z powodu niewydolności nerek, w dalszym ciągu ma problemy z krzepliwością krwi. - Mam też problemy z koncentracją, pamięcią i utrzymaniem równowagi. Neurolog mówi, że to tzw. mgła covidowa i efekt udaru - mówi tomaszowianka. Jest już po trzech dawkach szczepionki. - Szkoda, że dopiero teraz. Co tu dużo mówić... Jest mi okropnie wstyd. Najbardziej przed mężem, który jest medykiem. No, ale czasu już nie cofnę - wyznaje pani Hanna.
Drwił z epidemii, teraz poleca szczepionki
Pan Marek ma 42 lata. Prowadzi własną firmę w branży budowlanej. Na COVID-19 zachorował w październiku. - Nie chciałem iść do lekarza ani na test. Przewracałem się, potykając o własne nogi. Żona płakała i prosiła, żebym zadzwonił do poradni. W końcu straciłem przytomność i zabrała mnie karetka - opowiada tomaszowianin.
Mężczyzna trafił na oddział intensywnej terapii z obustronnym zapaleniem płuc, wysoką gorączką i trudnościami w oddychaniu. Jak mówi, miał również poważne zaburzenia pracy serca, co potwierdziło badanie EKG. - Jeszcze wtedy nie chciałem nawet słyszeć o COVID-zie. Z trudem namówiono mnie na wykonanie testu. Po kilku godzinach były wyniki. Okazało się, że jestem zakażony, ale mimo tak ciężkiego stanu nadal ironizowałem - wyznaje mężczyzna.
W trakcie hospitalizacji jego stan pogarszał się z dnia na dzień. - W końcu przestałem rozróżniać, czy to, co się dzieje, jest prawdziwe czy to sen. Wszystko widziałem za mgłą - mówi pan Marek. Doszło u niego do niewydolności krążeniowo-oddechowej skutkującej zatrzymaniem akcji serca. Był reanimowany. Oddychał z pomocą respiratora, będąc nieprzytomnym dwie doby. - Cóż, głupota nie boli. Szpital opuściłem po trzech tygodniach. Miałem mnóstwo szczęścia, bo spod respiratora podobno rzadko kto wychodzi. Teraz jestem już po pierwszym szczepieniu. Druga dawka po świętach. Znajomi śmieją się ze mnie, że kpiłem z epidemii, a teraz każdemu polecam szczepionki. Cóż, może niektórzy potrzebują takich wrażeń jak ja, żeby zmądrzeć. Cieszę się że żyję.
Dusił się i przepraszał. Prosił, żebym opowiedziała...
Pani Emilia (61 lat) trafiła do szpitala wraz ze swoim mężem Adamem (67 lat). - Ja byłam zaszczepiona, mąż nie. Na początku listopada oboje dostaliśmy gorączki, kaszlu. Byliśmy bardzo słabi. Oboje dostaliśmy skierowanie do szpitala - opowiada tomaszowianka. - Jeden dzień oddychałam trochę tlenem, po czterech dniach mi się poprawiło. Wypisali mnie i izolację miałam w domu.
Kobieta codziennie kontaktowała się z mężem telefonicznie. - Zanim trafiliśmy do szpitala, mąż wyśmiewał wszystko, co związane z epidemią. Śmiał się z ludzi noszących maseczki. Mówił, że pozakładali im kagańce. Lekarz w poradni mówił mu, że po dwóch zawałach jest w grupie ryzyka i powinien się zaszczepić. Adam nie chciał jednak o tym słyszeć. Mówił, że nikt nie będzie na nim robił eksperymentów - mówi pani Emilia.
Podejście do epidemii zmieniło się u pana Adama wraz z postępem choroby. - Doszło do niewydolności wielu narządów. Pamiętam dokładnie naszą ostatnią rozmowę. Mąż dusił się i przepraszał mnie, że się nie zaszczepił. Mówił, że umiera i prosił, żebym wszystkim mówiła, że sam był sobie winien. Chciał, żeby jego śmierć była przestrogą dla innych. Następnego dnia po tej rozmowie dowiedziałam się, że Adam jest nieprzytomny i że podłączono go pod respirator. Kilka godzin później już nie żył - wyznaje rozżalona kobieta.
Krzysztof Krasnodębki
Komentarze