Ministerstwo Infrastruktury podjęło decyzję o utrzymaniu dofinansowania na przewozy na przyszły rok, a Urząd Marszałkowski w Łodzi już planuje umowy na dotację z przewoźnikami na następne dziesięć lat.
- Nie obchodzi ich, że z tych połączeń mało kto albo nikt nie korzysta - grzmią mali przedsiębiorcy, którzy są zdani tylko na siebie i nie mogą liczyć na żadną pomoc.
Tzw. ustawa PKS-owa spowodowała, że od września 2019 r. na terenie województwa łódzkiego uruchomiono 29 nowych linii pekaesów pomiędzy poszczególnymi powiatami. Wiele linii było nierentownych, ale władze wojewódzkie w 2020 r. zdecydowały się zwiększyć liczbę połączeń. Szybko okazało się, że w wielu miejscowościach pekaesy są zupełnie niepotrzebne.
Będą dalej dokładać
Zaczęła się pandemia. Zamknięto szkoły, ludzie nie wychodzili z domów, chętnych do podróżowania było jak na lekarstwo. Na niektórych liniach nikt nie jeździł, mimo to nie były zawieszone. Wręcz przeciwnie, nawet uruchomiono kolejne kursy. W ramach tarczy antykryzysowej zwiększono dofinansowanie do 4 złotych do każdego wozokilometra. Na początku 2021 r. na terenie regionu łódzkiego otwierano nowe linie gminne i powiatowe. Wydano na ten cel kolejne ponad 30 milionów złotych (najwięcej w kraju).
Niedawno Ministerstwo Infrastruktury poinformowało, że dofinansowanie do przewozów zostanie utrzymane. Wiceminister Rafał Weber podczas posiedzenia Komisji Infrastruktury i Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej zapowiedział, że stawka 3 zł (złotówkę do wozokilometra dokładają jeszcze Urzędy Marszałkowskie) została zapisana już w ustawie okołobudżetowej na przyszły rok.
Z dotacją mógłbym wozić za darmo
Decyzje rządu oburzyły przewoźników z branży przewozowej, którzy nie mogą liczyć na żadne dotacje. - Jakbym dostał 4 złote do wozokilometra, to woziłbym ludzi za darmo. Prosty rachunek. Za każde 400 km dostałbym 1,6 tys. zł. Starczyłoby na wszystkie opłaty, wypłaty, paliwo itd. Nie musiałbym sprzedawać biletów - mówi Adam Walczak, właściciel firmy organizującej przewozy pomiędzy Tomaszowem a Piotrkowem Tryb.
- Przecież to nie może funkcjonować w ten sposób w nieskończoność. Dobrze, że jest fundusz, który pomaga przewoźnikom. Tylko dlaczego nie wszystkim? Wszyscy powinni być traktowani jednakowo. Poza tym trzeba optymalizować koszty przewozów. My, mali przewoźnicy, tak robimy. Nie wysyłamy autokaru na 50 osób, gdy wiemy, że będzie tylko kilku pasażerów - dodaje Tomasz Rosiak, organizujący przewozy z Tomaszowa do Czerniewic (przez Lubochnię) oraz do Inowłodza (przez Królową Wolę).
Nie można wozić powietrza
Wielkie autobusy PKS-ów wożą po kilku pasażerów. - To nie jest problem tylko Tomaszowa. Również Opoczna, Piotrkowa Tryb. i wielu innych miast w naszym regionie i całym kraju. Pekaesy dojeżdżają nawet do najmniejszych miejscowości, gdzie mieszkańcy nie potrzebują takich przewozów. Czasy się zmieniły. Teraz nie chce się nawet pół kilometra wyjść na przystanek. Na wsiach ludzie mają po 2-3 samochody na placu. Nawet młodzież jeździ do szkół swoimi autami - mówi A. Walczak. - Mam kolegę pracującego w branży komunikacyjnej w Anglii. Tam ten system przewozów jest znacznie lepiej skonstruowany. Samorządy dokładają do połączeń, które rzeczywiście są potrzebne. A u nas urzędnicy patrzą na nas jak na intruzów. Twierdzą, że nie mają możliwości wsparcia. Mamy tylko płacić podatki, pensje, utrzymywać tabor, kupować paliwo i jeździć. Nie zdają sobie sprawy z tego, że my utrzymujemy ich posady - dodaje.
Właściciele PKS-ów, którzy mogą liczyć na dofinansowanie ze środków publicznych, twierdzą, że wykonują przewozy zgodnie z zapisami ustawy. - Realizujemy kursy użyteczności publicznej, które nie muszą przynosić zysku. Mieszkańcy nawet najmniejszych miejscowości muszą mieć możliwość dojazdu do miasta. A w warunkach pandemii duże autobusy są bezpieczniejsze. Jesteśmy w stanie stworzyć pasażerom dystans i większy komfort jazdy - mówi jeden z nich.
Sprawdźmy, które są potrzebne
Urząd Marszałkowski w Łodzi chce przygotowywać umowy z PKS-ami na kolejnych 10 lat. Zapowiada, że dotychczasowe trasy zostaną sprawdzone i zweryfikowane. - Dotychczas siatka połączeń była układana chyba zza biurka. Z kosztami nikt się nie liczył. Mogę osobiście zabrać pana marszałka na objazd po tych liniach. Na mój koszt. Niech zobaczy, ilu pasażerów jeździ autobusami na trasie Tomaszów - Opoczno czy innych. Jaki tabor i ile połączeń rzeczywiście jest tam potrzebnych - mówi A. Walczak.
- W godzinach szczytu może jeździć autokar większy, a poza tym wystarczy auto na dwadzieścia kilka osób. Tak robimy. Przez jakiś czas woziłem ludzi z Czerniewic i Lubochni do pracy w szpitalu w Tomaszowie na określone godziny na dyżury, ale przy pięciu pasażerach musiałem dokładać do tych kursów. Gdybym dostał jakąś pomoc, to mógłbym dalej świadczyć takie przewozy. Jednak mogę liczyć tylko na siebie - dodaje T. Rosiak.
ag



Komentarze