Sprawdził się najczarniejszy scenariusz - Hania Terlecka, mała kielczanka, córka tomaszowianki Aleksandry Bukowskiej, nie żyje. Dziewczynka od końca 2019 r. walczyła z nowotworem głowy. Pieniądze na jej leczenie w Stanach Zjednoczonych zbierało tysiące osób, z Polski i świata. Niestety rak okazał się silniejszy.
Hania Terlecka poruszyła tyle serc, że aż trudno w to uwierzyć. Każdy, kto słyszał jej historię, chciał się dołączyć do jej ratowania, wpłacając choć złotówkę.
Czasami kwoty z licytacji czy koncertów były bardzo duże - liczył się każdy grosz, bo mająca wówczas ponad półtora roku dziewczynka potrzebowała aż kilku milionów złotych na chemioterapię i rehabilitację. W Polsce zdiagnozowano u niej nowotwór splotu naczyniowego prawej komory bocznej w najgorszej postaci. Po leczeniu w Polsce, które nie dawało już żadnej nadziei, rodzicie z pomocą przyjaciół znaleźli w Stanach Zjednoczonych klinikę, gdzie było możliwe dalsze leczenie małej Hani. Zebrano ponad 5 milionów zł w trzy tygodnie, z czego 3 miliony w ciągu kilkudziesięciu godzin! Potem kwota jeszcze wzrosła do ponad 6 mln.
28 stycznia 2020 r. Hania poleciała z rodzicami do Nationwide Childrens` Hospital w Ohio specjalną podniebną karetką. Tam miała chemioterapię celowaną, autoprzeszczep komórek macierzystych i inne potrzebne zabiegi. Bywały momenty, że lekarze musieli walczyć o jej kruche życie. Trafiała na OIOM, a jej mama i tata umierali ze strachu o jej życie. Hania była bardzo dzielna. I jej rodzice, którzy w Polsce zostawili z dziadkami starszą córkę, też. Wszyscy wykazali się heroizmem. Nie mieli łatwo także dlatego, że w trakcie pobytu w USA na świecie wybuchła pandemia koronawirusa. Przetrwali nawet izolację. Niestety terapia za oceanem nie przyniosła oczekiwanych rezultatów i kielczanka wróciła do Polski, gdzie dalej trwało jej leczenie. Dalszego leczenia podjęła się Onkologia Dziecięca w Kielcach. Były gorsze i lepsze chwile, ale rodzina cieszyła się, że jest znów razem, i że razem pokonają potwora mieszkającego w ciele Hani. Niestety okazało się, że dziewczynka ma przerzuty do wątroby. W ostatnich tygodniach przed śmiercią mała Hania, jak napisali w mediach społecznościowych jej rodzice, miała dobre chwile. Ten ostatni czas był taki piękny, wrócił do mnie śmiech dziecka, usiadłam sama na moim fotelu księżniczki i już nawet o mały włos pożegnałam tę okropną sondę do karmienia, bo tak zaczęłam pięknie jeść, ale on znowu mnie zaskoczył i powrócił. Jestem w domu, z najbliższymi, i teraz to jest najważniejsze (...). Dodali też, by wszyscy, którzy tak pomagali w walce z chorobą dziewczynki i trzymali za nią kciuki, obiecali małej Hani, że nie będą się przejmować głupotami i że będą doceniać każdy dzień, a każdą porażkę będą umieli przyjąć z uśmiechem. Pamiętajcie, liczą się tylko rodzina i zdrowie - pisali rodzice Hani. I nagle te słowa stały się też jakąś nadzieją na przeżycie dla nich strasznych chwil, bo dzielna dziewczynka zmarła. Stało się to w niedzielę, 19 września. Miała tylko trzy lata, w tym prawie połowę zajęła jej walka z brodawczakiem. Ale jaka walka. Pełna łez, ale i uśmiechu, nadziei i rozpaczy, bólu i radości z najdrobniejszych sukcesów.
Rodzice na stronie "Wielka walka małej Hani" napisali: Jeśli ktoś nawet przez chwilkę pomyśli "i po co to wszystko było", to ja dziś mówię - warto było. Dzięki Wam byłam dłużej z moją siostrą, z rodzicami, rodziną. Naprawdę bardzo się starałam pokonać chorobę, ale ona okazała się silniejsza, i mimo iż byłam taka dzielna, to przegrałam tę walkę.
Pogrzeb małej wojowniczki odbył się w środę, 22 września w kościele bł. Jerzego Matulewicza w Kielcach i na cmentarzu w Cedzynie w pow. kieleckim, mszę można było oglądać online. W niebo poleciało setki balonów dla Hani. Jej rodzicom, siostrze, dziadkom i całej rodzinie składamy najszczersze wyrazy współczucia. Wasza walka i determinacja były niezwykłe.
Joanna Dębiec



Komentarze