...są już ponad 70 lat. Były momenty wielkich zwycięstw i chwały. Prawie pół wieku temu na najwyższym olimpijskim stopniu podium stanął bokser Jan Szczepański. Za kilka dni minie 45 lat od złotego medalu siatkarzy Edwarda Skorka i Wiesława Gawłowskiego.
W Tokio (igrzyska zaczęły się 23 lipca) do ich sukcesów będą chcieli nawiązać podopieczni Sebastiana Pawlika i Pawła Woickiego.
Pierwsza dama
Maria Ciach-Michalak była pierwszą reprezentantką naszego miasta na igrzyskach olimpijskich. W 1952 r. w Helsinkach zajęła 7. miejsce w rzucie oszczepem. Wtedy wynikiem 44,31 m ustanowiła rekord Polski. A zaczynała we Włókniarzu Tomaszów (późniejszej Lechii). Już jako 17-latka została powołana do kadry narodowej i rozpoczęła międzynarodową karierę. Znalazła się w słynnym lekkoatletycznym Wunderteamie. Była mistrzynią Polski w rzucie oszczepem i granatem, zdobywała też medale z innego kruszcu w pchnięciu kulą. Rekord Polski w oszczepie wyśrubowała do 48,99 m. W 1956 r. przeniosła się do stołecznej Legii. Ukończyła warszawską AWF i po zakończeniu kariery sportowej zajęła się pracą w szkole. Była znakomitą trenerką, stworzyła w Warszawie pierwszą szkołę podstawową o profilu sportowym. Sprawdziła się też jako działaczka i animatorka sportu. Zmarła w 2009 r.
Najpierw był Meksyk
W 1968 r. w polskiej reprezentacji siatkarzy byli dwaj tomaszowianie - Jerzy Szymczyk i Edward Skorek, którzy zajęli piąte miejsce. Trzy lata wcześniej zdobyli srebrne medale podczas Pucharu Świata, a w 1967 r. sięgnęli po brązowy medal mistrzostw Europy w Stambule.
J. Szymczyk zaczynał od lekkoatletyki, ale ostatecznie wybrał siatkówkę. Z Lechią Tomaszów zdobył mistrzostwo i wicemistrzostwo Polski juniorów. Następnie święcił triumfy z klubami: AZS AWF-em Warszawa i Hutnikiem Nowa Huta. Grał też w lidze włoskiej. W reprezentacji rozegrał 123 mecze. Po zakończeniu kariery sportowej został trenerem. Na początku lat 90. ub.w. prowadził młodzieżową reprezentację Polski. Szymczyk zmarł pięć lat temu.
Dla E. Skorka igrzyska w Meksyku były początkiem olimpijskiego szlaku. Już wtedy miał silną pozycję w drużynie. - Z wyjazdem do Meksyku wiązaliśmy duże nadzieje. Jak na tamte czasy to była dużo wyprawa. Na półkuli południowej graliśmy pierwszy raz. Byłem wtedy zawodnikiem pierwszej szóstki. Jurek wchodził jako drugi rozgrywający i stanowił duże wzmocnienie dla zespołu. Warto przypomnieć, że w tej drużynie występował późniejszy trener kadry Jerzy Hubert Wagner - wspominał w rozmowie z nami pan Edward. - To były radosne igrzyska. Meksykanie byli dla nas bardzo serdeczni. Entuzjastycznie reagowali na nasze występy. Podczas spacerów po ulicach byliśmy zaczepiani. Ludzie prosili o autografy, zdjęcia, pamiątki. To było bardzo sympatyczne. Wtedy byliśmy blisko medalu, ale ostatecznie się nie udało. Przegraliśmy decydujący mecz z Niemcami (NRD - przyp. red.) i wróciliśmy bez medalu.
Cztery lata później w Monachium w kadrze siatkarzy był już Wiesław Gawłowski (miał wówczas tylko 22 lata) i zdobywał doświadczenie, które zaprocentowało na kolejnych igrzyskach. - Wtedy w drużynie nastąpiła zmiana pokoleń. Sam start nie wyszedł nam najlepiej, zajęliśmy dopiero dziewiąte miejsce. Wydaje się, że szczyt formy przyszedł za wcześnie. Przed turniejem wygrywaliśmy z wszystkimi najmocniejszymi na świecie - mówi E. Skorek.
Z Małcza na światowe ringi
Jan Szczepański był bohaterem igrzysk w Monachium w 1972 r. Pochodził ze wsi Małecz koło Lubochni. Bokserskiego fachu uczył się w KS Pilica od trenera Mariana Twardowskiego, nazywanego "tomaszowskim Papą Stammem". - Był dla mnie i dla moich kolegów jak ojciec. Trenowaliśmy w niezwykle skromnych warunkach, ale w dobrej atmosferze. Bez prysznica, łaźni, w budynku, w którym była tylko niewielka sala treningowa (była położona niedaleko przejazdu kolejowego przy ul. Spalskiej - przyp. red.) Nigdy wcześniej ani później nie było mi lepiej - wspominał J. Szczepański w rozmowie z nami.
Trenując w Tomaszowie pracował jako ślusarz w "Wistomie" i codziennie dojeżdżał do Małcza. W 1958 r., po zdobyciu wicemistrzostwa Polski, znalazło się dla niego miejsce w hotelu robotniczym. Później posypały się kolejne sukcesy. Na początku lat 60. ub.w. pięściarz z Tomaszowa był najlepszy w kraju w wadze lekkiej i miał pojechać na igrzyska w Tokio w 1964 r. Jednak badania lekarskie wykazały, że ma arytmię serca. - Wygrałem krajową rywalizację z Józkiem Grudniem (późniejszym mistrzem olimpijskim - przyp. red.). Wygrałem, ale wymyślili, że w Tokio wystąpię w wadze piórkowej. Zgodziłem się, zbijałem wagę. To też odbiło się na moim zdrowiu. Badania lekarskie wykluczyły mnie z igrzysk. W ogóle na pięć lat ze sportu - mówił J. Szczepański.
Jedną ręką po złoto
Przepadł też Meksyk, a tuż przed igrzyskami w Monachium (rok wcześniej został mistrzem Europy) znowu lekarze stwierdzili u niego niewydolność serca. Jednak ostatecznie pojechał i wygrał. Chociaż walczył nie tylko z rywalami, ale i z kontuzją - wrzodem na prawej dłoni. - Chciałem to rozbić o worek treningowy, jednak tylko sobie zaszkodziłem, bo wdało się zakażenie. Lekarze rozcięli ropiejącą ranę, a sędziowie nie widzieli, albo nie chcieli widzieć, spuchniętej ręki i mogłem boksować w turnieju. Miałem sporo szczęścia. Potrafiłem wygrywać walki lewą ręką, więc uraz prawie mi nie przeszkadzał - wspominał.
J. Szczepański był wtedy w znakomitej formie. Rywale niewiele mogli zrobić. Bez większych problemów wygrał cztery kolejne walki z reprezentantami: Sudanu, USA, Irlandii i Kenii. W finale zmierzył się ze znanym Węgrem Laszlo Orbanem. Walka była wyrównana, ale sędziowie orzekli, że Polak był lepszy. - Niespecjalnie się cieszyłem. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy z tego, co osiągnąłem - mówił.
W nagrodę dostał 100 marek, od władz państwowych Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Zresztą - w swoim stylu - osobiście go nie odebrał. J. Szczepański zmarł cztery lata temu.
Jego zwycięska walka finałowa odbywała się w przerwie meczu finałowego polskich piłkarzy. Złoty medal boksera dodał im skrzydeł. Wygrali z Węgrami 2:1. W kadrze Kazimierza Górskiego był wtedy Antoni Szymanowski (również wicemistrz olimpijski z Montrealu), który urodził się w Tomaszowie, ale jako małe dziecko wyjechał z naszego miasta i - jak sam przyznał - nie czuje się tomaszowianinem.
Podwójne złoto w Montrealu
Igrzyska w Montrealu w 1976 r. zapamiętaliśmy głównie dzięki świetnej grze siatkarzy, mistrzów świata z 1974 r. (w 1973 r. zdobyli srebrny medal Pucharu Świata). "Mózgiem" zespołu był wówczas W. Gawłowski, który "wygryzł" z pierwszego składu Stanisława Gościniaka. Trener Wagner nie bał się postawić na rozgrywającego z Tomaszowa, który był już wtedy doświadczonym i utytułowanym graczem. Z Lechii Tomaszów przeniósł się do AZS AWF Warszawa, a następnie do Płomienia Milowice, z którym zdobywał tytuły mistrza Polski, a w 1978 r. drużyna ze Śląska zdobyła Puchar Mistrzów Krajowych (dzisiejsza Liga Mistrzów).
Natomiast kapitanem naszej reprezentacji w Montrealu był E. Skorek. Przed igrzyskami siatkarze trenowali bardzo ciężko. - Pracowaliśmy głównie nad przygotowaniem kondycyjnym i skocznością. Z obciążnikami biegaliśmy po górach. Trener Wagner dodawał nam kilogramów. Dochodziło do 18 kilo - wspomina E. Skorek.
Mordercze przygotowania siatkarzy (trenowali nawet po 10 godzin dziennie) przyniosły efekt. W półfinale Polacy wygrali po pięciosetowym boju z Japończykami, a w finale po wielkim meczu ograli Związek Radziecki. - To były zupełnie inne czasy. Pamiętam, że radość w kraju po tym sukcesie była ogromna. Jak spotykam kibiców, to nawet dzisiaj mi o tym opowiadają. Takie wspomnienia utwierdzają mnie w przekonaniu, że zrobiliśmy wtedy coś wielkiego, co dla Polaków było naprawdę ważne. W kraju (mimo godzin nocnych) mnóstwo kibiców wspierało nas przed telewizorami. W Kanadzie mogliśmy liczyć na wsparcie tamtejszej Polonii - mówi kapitan złotej drużyny z Montrealu. - Jurek (Hubert) Wagner stworzył wtedy znakomity zespół. Miał wizję budowania drużyny i obrał cel, który konsekwentnie realizował. Już dwa lata wcześniej niespodziewanie wygraliśmy w Meksyku mistrzostwo świata. Toczyliśmy pamiętne boje ze Związkiem Radzieckim. Znaliśmy się z nimi bardzo dobrze. Dużo czasu spędzaliśmy razem na turniejach i obozach. Podczas olimpijskiego finału, który przeszedł do historii polskiego sportu, stoczyliśmy z nimi niezapomniany bój. Pokazaliśmy dobre przygotowanie fizyczne.
Dwaj wielcy siatkarze
Po tych igrzyskach E. Skorek zakończył reprezentacyjną karierę. W biało-czerwonych barwach rozegrał 284 spotkania. Wychowanek Lechii Tomaszów zdobywał tytuły mistrzów Polski z AZS AWF Warszawa i Legią. Święcił też triumfy (jako zawodnik i trener) z klubami włoskimi. Trenował też wiele polskich drużyn, a nawet przez pewien czas (w latach 1990-91) kadrę narodową naszego kraju.
Cztery lata później w Moskwie w reprezentacji grał W. Gawłowski (po drodze zdobył jeszcze trzy medale mistrzostw Europy), który w biało-czerwonych barwach rozegrał aż 366 spotkań. Przez jakiś czas grał jeszcze w lidze włoskiej, a później trenował tamtejsze zespoły. Na początku lat 90. ub.w. wrócił do kraju. Zginął w wypadku samochodowym w 2000 r.
Na igrzyskach w 1980 r. startowała jeszcze jedna reprezentantka naszego miasta. Kajakarka Ewa Wojtaszek-Wisła w wyścigu K-2 (z Ewą Kamińską-Eichler) zajęła siódme miejsce w wyścigu na 500 metrów. Przygodę ze sportem zaczynała w sekcji kajakarskiej Młodzieżowego Domu Kultury.
Era Wandy Panfil
...zaczęła się w latach 70. ub.w. Wybitna biegaczka wychowała się w Kraśnicy (w pow. opoczyńskim). W Tomaszowie najpierw uczyła się w technikum włókienniczym, a następnie w mechaniku. Stamtąd trafiła do Lechii. Do końca kariery pozostała wierna barwom tomaszowskiego klubu.
W latach 80. i na początku 90. była niekwestionowaną królową polskiej lekkiej atletyki. 13-krotnie zdobywała tytuły mistrzyni Polski (od 1500 m do maratonu, również w biegach przełajowych), biła rekordy kraju. Największy sukces odniosła na mistrzostwach świata w Tokio w 1991 r., zdobywając złoty medal w maratonie. Zwyciężała również w prestiżowych maratonach w Londynie, Nowym Jorku, Nagoi (wszystkie w 1990 r.) i w Bostonie (1991).
Nie miała szczęścia do igrzysk olimpijskich. Starowała na nich dwukrotnie. Zarówno w Seulu (1988), jak i w Barcelonie (1992) zajęła 22. miejsca w biegu maratońskim.
Na igrzyskach w Atenach (2004 r.) nasze miasto reprezentował też inny lekkoatleta - Zbigniew Tulin (zawodnik Lechii), który zajął piąte miejsce w sztafecie 4x100 metrów. W tym samym roku zdobył srebrny medal na Pucharze Europy. A w 2007 r. również w sztafecie stanął na drugim stopniu podium podczas Światowych Igrzysk Wojskowych.
Pięć igrzysk Galińskiego
Na igrzyskach startowali też znakomici kolarze związani z naszym miastem. Marek Galiński był wychowankiem Startu Tomaszów. Na igrzyskach startował aż cztery razy. Zadebiutował na tej imprezie w 1996 r. w Atlancie. - Miałem wówczas tylko 22 lata. To były niesamowite emocje. Chociaż startowałem już wcześniej za granicą, to sama podróż do Stanów Zjednoczonych już była dużym przeżyciem. Pierwsze moje igrzyska zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. W wiosce olimpijskiej spotykałem mistrzów sportu, z którymi można było porozmawiać - wspominał w rozmowie z nami w 2012 r.
Zajął tam 29. miejsce w konkurencji cross country. W Atlancie startował też inny wychowanek trenera Zbigniewa Dziurdzia - trzykrotny mistrz Polski w przełajach Sławomir Barul, który zajął 36. miejsce.
M. Galiński w 2000 r. w Sydney był 21. Cztery lata później w Atenach zajął 14. miejsce. Na igrzyskach w 2004 r. startowała też Magdalena Sadłecka, która była trenowana przez Z. Dziurdzia. M. Galiński najlepiej wypadł w 2008 r. w Pekinie, kiedy był 13. - Te igrzyska były znakomicie zorganizowane. Zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Również pod względem sportowym - mówił M. Galiński.
M. Galiński był kilkanaście razy mistrzem Polski w kolarstwie przełajowym i MTB. W 1995 r. zajął ósme miejsce w wyścigu Tour de France MTB. W 2001 r. zajął trzecie miejsce w wyścigu Paryż-Roubaix MTB, a rok później był piąty na mistrzostwach świata.
Po zakończeniu kariery sportowej zajął się pracą trenerską. W 2012 r. na igrzyska do Londynu pojechał jako trener kadry kolarzy górskich. Później pracował z reprezentacją Rosji. Zginął tragicznie w 2014 r. w wypadku samochodowym.
Robert - wielki sportowiec
Mieliśmy też dwóch paraolimpijczyków z Tomaszowa. W 2000 r. w Sydney wystartował pływak Szymon Przybylski. Natomiast w Londynie reprezentantem Polski w koszykówce na wózkach był zaledwie 20-letni Robert Wiśnik, najmłodszy w całej drużynie. Polacy zajęli w turnieju ósme miejsce. - Igrzyska były dla mnie najwspanialszą przygodą w życiu. A powitanie na lotnisku po powrocie do kraju ogromnym zaskoczeniem Nikt nie spodziewał się takiego przyjęcia. Przecież wcześniej o nas właściwie się nie mówiło - wspominał Robert w rozmowie z nami.
Pięć lat wcześniej stracił nogę. Mimo wielu przeszkód pozbierał się i został wielkim sportowcem. Dzięki świetnym występom w lidze (grał w drużynach z Łodzi i Konina) trafił do reprezentacji, z którą zajął czwarte miejsce na mistrzostwach Europy (2009 r.) i szóste na mistrzostwach świata (2010).
Robert był absolwentem samochodówki. Chciał wyjechać za granicę, żeby tam rozwijać swój sportowy talent. Myślał już o następnych igrzyskach w Rio de Janeiro. Niestety zmarł nagle pod koniec 2014 r.
45 lat czekania na medal
W 2008 r. w Pekinie w kadrze siatkarzy grał Paweł Woicki. Dotarł z kolegami do ćwierćfinału. - To niezapomniane przeżycie, które się później wspomina przez lata - mówi. W 2009 r. zdobył złoty medal mistrzostw Europy, a dwa lata później brąz Ligi Światowej. Grał też w wielu polskich klubach. Największe sukcesy odnosił ze Skrą Bełchatów: mistrzostwa Polski i Puchar Polski, srebrne medale Klubowych Mistrzostw Świata i Ligi Mistrzów. Ciągle gra w siatkówkę. Jest rozgrywającym Asseco Resovii. Wrócił do tego klubu po latach gry w Indykpolu AZS Olsztyn. Od trzech lat jest też jednym z asystentów trenera Vitala Heynena w kadrze siatkarzy.
W sztabie polskiej reprezentacji jest też inny tomaszowianin Sebastian Pawlik, pracujący również jako trener koordynator i dyrektor ds. siatkówki halowej w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Spale. Był już na wielu imprezach. Zdobywał złote medale mistrzostw świata i Europy z kadetami i juniorami. Wygrał mundial również z kadrą seniorów w 2018 r. - Na igrzyskach jeszcze nie byłem. Dla zawodnika, ale również dla trenera to najważniejsza impreza. Zawsze marzyłem, żeby wziąć udział w takiej imprezie. Nikt nie kryje, że naszym celem w Tokio jest medal - przyznaje S. Pawlik.
Mimo pierwszych niepowodzeń trzymajmy kciuki za Biało-Czerwonych. Nie tylko za siatkarzy.
ag
















Komentarze