Jestem posiadaczką Unijnego Certyfikatu COVID (EU Digital COVID Certificate)! Jeszcze nie wiem, jaki z niego zrobię użytek. Otwiera się przede mną świat, to znaczy te jego części, które nie zostały zamknięte, lub nie będą zamknięte w dowolnej chwili.
Rzeczywistość przypomina rwącą rzekę, o zmiennym nurcie, i trudno przewidzieć, co się zdarzy jutro, jakie przepisy będą obowiązywały za tydzień w wymarzonym miejscu na ziemi. Tak zwany paszport covidowy pozwala jednak mieć nadzieję na wysokie loty i spełnienie marzeń. Patrząc na złożony arkusz A-4 z widokiem symbolu Polski - PL, otoczonego gwiazdkami, mam wrażenie, że odzyskałam wolność. W odróżnieniu od czasów stalinowskich, stanu wojennego, koronawirus zafundował nam zniewolenie niezależne od ustroju i miejsca, w który żyjemy.
Odzyskiwanie wolności odbywa się stopniowo - zdjęcie masek, obowiązkowo noszonych w przestrzeni otwartej, było jak zrzucenie kajdan. Potem już poszło: w Ciechocinku obserwowałam, jak ludzie tańczyli na chodniku przylegającym do kawiarni, skoro w lokalu ( na powietrzu) obowiązywał zakaz. W innej kawiarni, naprzeciwko muszli koncertowej, tańczyli przy krzesłach i wokół stołów - nie z powodu rygoru, lecz braku miejsca na szerszy gest. Pogoda sprzyjała, więc na koncertach pojawiały się nadkomplety słuchaczy. Dywany kwietne przyciągały na spacery, ale żeby wczasowiczom i kuracjuszom nie wydawało się, że to już przedsionek raju, małe, czarne, muszki przypuszczały na nich zmasowany atak w każdej części uzdrowiska.
W Darłówku nad morzem poczułam się całkiem wolna: cisza przerywana tylko szumem wiatraków, rozległe widoki, czyste powietrze. Na plaży nie było tłumów, słońce zachowywało się bardzo przyzwoicie, morze, jak zwykle, dawało nieograniczoną możliwość zadumy, refleksji. Na trawnik przed domkiem przylatywały ptaki, jakich nigdy nie widziałam w Tomaszowie i jego okolicy.
Tomaszów. Powitał mnie zgiełkiem miasta: syreny pogotowia, nocne rajdy wyścigowców, sznury samochodów. Ku wielkiemu zaskoczeniu odkryłam elektryczne hulajnogi - trzy stały na ulicy, zobaczyłam je z kuchennego okna. Na placu Kościuszki naliczyłam aż siedemnaście. Nie wspomnę o zapadającym w pamięć widoku pięknej kobiety, w długiej sukni, sunącej się niczym legendarna wróżka po chodniku ulicy Głowackiego. Dzieje się!
Plac Kościuszki jest piękny: zieleń, kwiaty, fontanny. W Ciechocinku jest jeszcze basen dla dzieci, także w centrum miasta. Miło popatrzeć, jak się pluskają w wodzie w czasie upałów. A gdyby tak u nas wykopać prostokątny dół w betonie i doprowadzić do niego wodę?
Zdjęcie masek wyzwoliło marzenia. Cóż z tego, że nie wszystkie mogą się spełnić?
Emilia Tesz



Komentarze