W całym kraju rośnie niezadowolenie i frustracja ratowników medycznych z powodu niekorzystnych dla nich zmian w płacach i ciężkich warunków pracy. 30 czerwca odbyły się strajki tej grupy zawodowej. Do protestu przyłączają się też ratownicy z Tomaszowa. Nie chcą podpisywać nowych umów, które spowodują obniżenie ich pensji. Mają też inne problemy.
Obniżeniem pensji jest utrata wywalczonego kilka lat temu dodatku ministerialnego w wysokości 1,6 tys. zł brutto, czyli 920 zł netto. Kością niezgody staje się też różnicowanie minimalnych zarobków w zależności od wykształcenia. Ratownicy sprzeciwiają się również kwalifikowaniu ich jako "inny zawód medyczny".
Chodzi o tzw. współczynnik pracy, według którego ustalane ma być najniższe wynagrodzenie. Według propozycji rządowej to 0,91-0,95 w zależności od uprawnień. To - zdaniem zainteresowanych - tylko niepotrzebnie różnicuje tę grupę zawodową. Żądają wyższych pensji, ale również powołania samorządu zawodowego, który będzie reprezentował ich interesy. Żal i złość mają też ratownicy z Tomaszowa. Ci, którzy pracują w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym (SOR) Tomaszowskiego Centrum Zdrowia, nie chcą podpisywać nowych umów.
28 zł za ratowanie człowieka
Dotarliśmy do ratownika medycznego z tomaszowskiego pogotowia, który choć boi się o pracę, tak jak inni koledzy i koleżanki, chciał z nami porozmawiać, bo jak twierdzi, atmosfera wśród ratowników jest coraz gorsza. Jest to związane m.in. z tym, że ich pensja leci w dół, a mają przecież ciężką i wymagającą pracę. - Godzina naszej pracy, godzina ratowania życia dziecka czy człowieka zmasakrowanego w wypadku została wyliczona na 28 zł brutto. 28 zł za ludzkie życie - powtarza rozgoryczony. - Lekarz w karetce ma czterokrotnie wyższą stawkę. A my mamy niemal takie same uprawnienia. Jednocześnie zaznacza, że ratownicy to ludzie z pasją, że już dawno by za tak małe pieniądze i w takim stresie nie pracowali, gdyby nie kochali tego, co robią, gdyby nie mieli poczucia misji. Ale mają, chcą ratować życie ludzi. Chcą też godnie żyć i mieć za co wyżywić rodzinę. - Jak mamy teraz 2100 zł na rękę, to co to jest? To już lepiej mają w markecie na kasie - dodaje rozżalony.
Ratownicy medyczni nie mogą pogodzić się z tym, że stracili właśnie wywalczony cztery lata temu dodatek w wysokości 1600 zł brutto. - To było ok. 920 zł na rękę. Dodatek nie był wliczony w podstawę pensji. Z tego co wiemy, teraz ministerstwo cofnęło pieniądze, ale dodatek od sierpnia jest w gestii pracodawcy. U nas mówi się, że mamy jednak mieć mniejszy, bo 1200 zł brutto, a przy tym zabiorą nam 30 proc. z dodatku wyjazdowego. Przecież to jest kpina. Traktuje się nas jak najgorszy sort - mówi ratownik. A życie jest coraz droższe.
Kiedyś bili nam brawa z balkonów, a teraz traktują jak najgorszy sort
Drogie są też szkolenia i kursy, które muszą robić ratownicy. - Od dwóch lat nie było u nas żadnych kursów. Za wszystko musimy płacić sami. Najgorsze, że według ratownika, jego kolegów i koleżanek, w TCZ nikt z nimi nie rozmawia na temat nowych warunków płacy, a przecież jest lipiec. - Może można by było coś wyjaśnić, ustalić, ale nikt nie chce z nami rozmawiać - mówią rozżaleni. Są przemęczeni, bo żeby zarobić, pracują w dwóch, trzech miejscach. Po 300 godzin miesięcznie.
- 30 czerwca, jak był strajk w całym kraju, to w naszym pogotowiu wciśnięty został guzik, że nie jesteśmy gotowi do pracy. Tak miały zrobić wszystkie karetki w Polsce. Usłyszeliśmy od kierownika Kuchty, że będą za to nagany. A przecież mamy prawo do strajku - opowiada nasz rozmówca. Dodaje, że ratownicy z pogotowia nie mają możliwości innego strajkowania. Nie mogą odmówić wyjazdu. - Moglibyśmy robić strajk włoski, przeciągać, jak się da, wizyty u pacjentów, ale tylko oni na tym stracą, a my tego nie chcemy - mówi tomaszowianin.
Ratownicy stracili też dodatek COVID-owy. - A przecież wyjazdy do zakażonych pacjentów nadal są, choć oczywiście jest ich dużo mniej. Jesienią znów się zacznie. Teraz trzeba jeździć w kombinezonach, nawet jak jest wielki upał. Potem np. wejść na czwarte piętro i wrócić stamtąd z pacjentem. To ciężka fizycznie praca. A rząd wszystko poobcinał. Kiedyś bili nam brawo z balkonów, a teraz mówią: zrobiliście swoje, to jesteście niepotrzebni. My nawet o niezbędny sprzęt, o zwykłe rurki do intubacji musimy się prosić. Na wszystkim się oszczędza. Czy tak powinno być? - pyta nasz rozmówca. Uważa, że frustracja wśród ratowników jest coraz większa i że za kilka lat w ogóle będzie ich w Tomaszowie brakować. Tymczasem, jak powtarzają, karetka bez ratownika to tylko samochód...
Działanie SOR nie jest zagrożone
Ale praca ratownika to nie tylko wyzwanie fizyczne. Psychicznie też jest ciężko. - Nie mamy nawet psychologa w Tomaszowie. Tu nawet po najgorszym widoku, który zostanie w tobie do końca życia, za chwilę do karetki i znów jedziesz - opowiada nam pracownik pogotowia. Najcięższe wyjazdy dla ratowników to te, które dotyczą dzieci. To wielki stres i wielka odpowiedzialność. Czasem, jak akcja jest nieudana czy dziecku nie da się już pomóc, trauma na całe życie. Uważają, że wsparcie psychologa powinno być zapewnione, tak jak i lepsze warunki socjalne w tomaszowskim pogotowiu. - Dobrze, że dostaliśmy pralkę od grupy "Tomaszowianie pomagają!". Wcześniej swoje rzeczy, często z krwią czy wymiotami pacjentów, praliśmy sami w swoich domach - powiedzieli nam ratownicy.
O kwestie finansowe i inne, które tak frustrują tomaszowskich ratowników, zapytaliśmy Konrada Borowskiego, naczelnego pielęgniarza w TCZ. - W mieście były fake newsy, jakoby praca na SOR stanęła od 1ipca. Jest 5 lipca i nic się takiego nie dzieje. Działanie tego oddziału nie jest zagrożone, mamy personel - uspokaja Konrad Borowski. Przyznaje jednak, że sytuacja z niepodpisywaniem nowych umów (które akurat się teraz kończyły) przez ratowników z SOR ma miejsce. Uważa, że nie było rozmów z ratownikami nie ze złej woli, tylko z tego powodu, że spółka sama jeszcze nie wie, jak będzie z pieniędzmi dla ratowników. - Sprawa jest dwutorowa. Wiemy, ile wypłacić ratownikom, którzy są zatrudnieni na umowę o pracę, bo to wynika z ustawy. Jest to też uzależnione od wykształcenia - dodaje. Problem jest z drugą grupą pracowników, tych na umowach cywilnoprawnych, na zleceniu i na kontrakcie. Na razie nie doszło do porozumienia z nimi. Dodatek jest zlikwidowany przez ministerstwo. Władze spółki, jak tłumaczy K. Borowski, nie wie wiedzą, czy dołożą im z "góry" do ryczałtu, żeby mogli wypłacić ratownikom dodatki w tej wysokości. - Żaden szpital w Polsce nie wie, jestem po rozmowach z dyrektorami - mówi.
Do 12 lipca jest ostateczny czas na wydanie zarządzenia w tej sprawie. - Ja osobiście mogę powiedzieć, że zależy mi na utrzymaniu dodatku dla ratowników. Nie wiem, skąd pojawiają się jakieś głosy o konkretnych proponowanych kwotach, bo żadnych propozycji nie było. Na 98 proc. zostaną stare zasady - powiedział nam K. Borowski.
To nie jest fabryka śrubek
Podkreśla też, że szpital jako spółka musi brać pod uwagę kwestie finansowe. Zapytaliśmy też, czy to prawda, że ratownicy za udział w strajku (czyli włączenie na tablecie przycisku niegotowi do pracy) mają dostać nagany. Powiedział, że była taka rozmowa kierownika pogotowia z jednym z ratowników. - Ja jednak żadnej nagany nie podpisywałem. Trzeba też pamiętać, że ratownicy, owszem, mają prawo do strajku, ale muszą być też zachowane jakieś procedury akceptowalne dla wszystkich. To powinno być zgłoszone wcześniej, bo to nie jest fabryka śrubek, tylko szpital, pogotowie, miejsce, gdzie się ratuje ludzkie życie - powiedział K. Borowski.
A co z brakiem psychologa? - Nikt nie zgłaszał takiej potrzeby, ale w TCZ funkcjonuje Poradnia Zdrowia Psychicznego, więc jak ktoś będzie potrzebował takiego wsparcia, to je otrzyma - zapewnia naczelny pielęgniarz.
Joanna Dębiec



Komentarze