Umieranie zawsze może być straszne, ale z powodu COVID-19 zyskuje dodatkowe posępne oblicze – odchodzi się w samotności, z daleka od bliskich, w strachu. A oni czekają na telefon, na dobre wieści, na nadzieję. Czasem zostaje tylko cisza. A ze zmarłym nawet nie można się pożegnać.
Pani Krystyna* jest po sześćdziesiątce i niejedno w życiu przeszła, ale takiej śmierci swojego męża się nie spodziewała. To przyszło nagle, przeziębienie, koronawirus, płuca "zajęte", karetka... - Nie myślałam, że męża już nie zobaczę - mówi załamana kobieta. Nie było pożegnań i wielkich słów. Mieli go wyleczyć i miał wrócić. W szpitalu odwiedzin nie ma, więc go nie widziała przez cały okres jego hospitalizacji. Dzwoniła jednak do niego, dzwoniła do lekarza, żeby się dowiedzieć, jaki jest jego stan. - Bywało nawet dobrze, miał już wrócić, na to się szykował, bo czuł się trochę lepiej - mówi tomaszowianka.
Rodzina mogła podać mu rzeczy przez szpitalną izbę przyjęć. Normalnie, jak to w szpitalu, bielizna, ubranie, artykuły kosmetyczne. Ale to nie to samo, co kogoś zobaczyć. - Nie mogłam nawet pogłaskać go po ręce. Nie mogłam dopilnować, czy ma wystarczającą opiekę, czy mu czegoś nie potrzeba. Kiedyś się do szpitala chodziło, czuło się, że jest się blisko, że jakoś można pomóc - płacze kobieta. Potem już rozmowa z mężem była krótka, żadnych pożegnań, bo miał przecież żyć. A potem cisza. Zmarł nazajutrz. Szok i niedowierzanie, chociaż wiadomo, że COVID-19 jest groźny, że tyle zgonów na świecie... Rodzina nie mogła nawet mężczyzny zobaczyć. Nawet się pożegnać. Trudniej taką żałobę przetrwać, ale większość rozumie, że otwieranie trumny jest niebezpieczne. Że zmarły może jeszcze zarażać. Także rodziny innych ludzi zmarłych na COVID-19 przeżywają dramaty.
Potwierdza to Daniel Gajek, właściciel zakładu pogrzebowego Hades. - Kiedy jedziemy do domu po ciało osoby zmarłej na koronawirusa, musimy zakładać specjalne kombinezony ochronne, takie jak lekarze. Kiedy jedziemy po takie zwłoki do szpitala, jest ono zapakowane w dwa worki, w innym przypadku w jeden. Mamy rękawiczki i maseczki. Nie widzimy ciała, nie możemy worków otworzyć, takie są przepisy - mówi D. Gajek. - Nie ma identyfikacji zwłok na żadnym etapie. Za identyfikację odpowiada szpital - dodaje. Auta firmy pogrzebowej są dezynfekowane. Tak samo trumny. Chodzi o to, by się nie zarazić i żeby nie zarażała się rodzina. - Krewni rozpaczają. To jest bardzo trudna sytuacja, każdy chce się pożegnać, a pożegnań nie ma. Nie otwiera się trumny krewnym, choć oni by tego bardzo chcieli - mówi Daniel Gajek. Zdarza się, że rodziny go proszą, by mogły zobaczyć ciało. Trudne dla rodzin jest także to, że nie można ubrać zwłok. Ciała powinny być chowane nago. - Dla nas to jest niezrozumiałe, dlaczego nie możemy ubierać zwłok. Skoro lekarz, który robi sekcję, może po czterech dniach dotykać ciała, to dlaczego my nie możemy? - pyta mężczyzna. Zakład prowadzi od 21 lat i tak trudnej sytuacji dla rodzin jeszcze według niego nie było. - Rzadko były pogrzeby osób zmarłych na jakąś chorobę zakaźną, pojedyncze przypadki raz na parę lat. Wtedy raczej same rodziny prosiły, by nie otwierać trumny - mówi Daniel Gajek. Teraz rodziny cierpią podwójnie. Czasem nie dowierzają, że w trumnie jest ich bliski zmarły. Mają strach w oczach. - A może to ktoś inny? Nie mój ojciec, matka? - pytają.
Pogrzebów jest teraz rzeczywiście sporo, na murach cmentarnych mnóstwo nekrologów. Ze zdjęć "spoglądają" na nas oczy młodych ludzi. Matek, żon, ojców, kawalerów, koleżanek z sąsiedztwa czy kolegów z pracy. - U nas pogrzebów jest mniej, niż na cmentarzu przy ul. Smutnej. Tam się chowają rodziny od pokoleń - ocenia pani Ewa, która handluje kwiatami i zniczami przy cmentarzu na ul. Dąbrowskiej. - W zeszłym tygodniu było tu około pięciu pogrzebów, tam cztery, pięć dziennie. Często to młodzi ludzie, ale nie zawsze umierają na koronawirusa. Teraz to strach chorować, w szpitalach ludzie często mają przesuwane planowe zabiegi, to jak tu nie umierać? - dodaje kobieta.
Daniel Gajek ocenia, że obecnie około 10-15 proc. pogrzebów stanowią te COVID-owe. - Trudno powiedzieć, czy zgonów jest więcej przez zakażenia koronawirusem, czy przez to, że w wyniku pandemii może nie być odpowiedniego leczenia - zastanawia się właściciel zakładu pogrzebowego. Zauważa, że część firm z branży wykorzystuje sytuację i na przykład za samo przewiezienie ze szpitala do zakładu pogrzebowego zwłok osób zmarłych na koronawirusa "wołają" 500 zł.
COVID-owy pogrzeb, oprócz tego, że trumna nie może być otwarta, niczym się właściwie nie różni od zwykłego. Pomimo pandemii w kościołach i kaplicach bywają tłumy. Czasem ludzie idą nawet bez maseczek. Czasem wchodzą do kościoła, mimo iż są wyraźne informacje, że liczba osób musi być ograniczona. Nie ma za to przepisu, że zmarłych na COVID-19 trzeba skremować. - Niektóre zakłady w województwie namawiają do kremowania, ale my tłumaczymy, że nie ma takiego obowiązku. Nie ma czegoś takiego w przepisach. Jak ktoś chce pochować zmarłego tradycyjnie, jak taka była jego wola, to tak się chowa - mówi Daniel Gajek. Oczywiście już przed pandemią było sporo osób zainteresowanych taką formą pochówku i tak jest do tej pory. - Nie potrzeba tyle miejsca, są niższe koszty, dlatego część osób się na to decyduje - mówi D. Gajek. Ściąga kombinezon ochronny, w którym właśnie przewoził zwłoki. W taką pogodę, jak obecnie, nie jest w nim tak źle. Gorzej w upał. Ciężko wytrzymać.
Grabarze z Tomaszowa, z którymi udało nam się porozmawiać, na początku nie chcą udzielać żadnych wywiadów. - Śmierć jak śmierć, pogrzeb jak pogrzeb - twierdzi jeden. Ale dopiero po chwili wychodzi, że jednak nie. - Nas nikt nie bierze pod uwagę, rząd ma nas gdzieś. Nasza grupa zawodowa została przy szczepieniach pominięta, a przecież najpierw kontakt z ciałem mają ratownicy medyczni, potem my. Dlaczego nie byliśmy w grupie do szybszych szczepień? - zauważa. - Jak zdejmujemy ten kombinezon, to on idzie do wyrzucenia. My też dezynfekujemy ręce, poza tym auto, trumnę - opowiada. Napatrzył się na ludzkie łzy, na rodziny, które są w szoku, na ciała osób młodych, które gdyby nie COVID-19, mogłyby jeszcze żyć. On sam raczej nie zastanawia się, czy się zarazi czy nie. Wykonuje swoją robotę. Podobnie jego kolega, inny grabarz. - Zarazić mogę się też w markecie - ocenia. I znów telefon. Jadą po kogoś...
*imię zostało zmienione
Joanna Dębiec



Komentarze