Niedziela, 11 stycznia 2026, Imieniny: Feliksa, Honoraty, Marty

 

ARBUZII miejsce
Neonowe nagrobki
Julia Sałuda (godło: Redivivatus) I Liceum Ogólnokształcące im. Józefa Chełmońskiego w Łowiczu

Lubię zamykać oczy i myśleć. W ciemności, która mnie wtedy otacza, jest coś intrygującego, co pobudza moją wyobraźnię. W przeciwieństwie do reszty ludzkich istot,

ja uważam nieprzenikniony mrok za ciekawszy przedmiot do refleksji niż otaczający nas "realny świat".

Bo co może być interesującego w wałęsaniu się po galeriach, robieniu zdjęć każdemu posiłkowi i czekaniu aż ktoś łaskawie je polajkuje? Według mnie, to kompletna strata czasu.

Niestety, z autopsji wiem, że istnieje niemałe grono osób, które bez głębszego zastanowienia wpisałyby moją opinię na "listę myśli zakazanych". Nie liczę już sytuacji, w których miałem do czynienia z klinicznym przypadkiem ignoranta. Pewnie taki myślał wtedy sobie: "Jak obraz mroku, towarzyszący nam za każdym razem, kiedy opuszczamy powieki, może mieć w sobie cokolwiek bardziej interesującego od najnowszego postu znanej influencerki? Zdążymy się oswoić z nieprzeniknioną czernią po śmierci". Pewnie innym dyletantom, zgadzającym się z tą przygnębiającą wizją, kres życia wydaje się tylko nieskończonym morzem ciemności, w którym każdemu z nas pisane jest w końcu utonąć. Ja jednak nie podzielam w żadnym stopniu ich zdania z prostego powodu, znam osobiście parę duchów czy szkieletów i mogę szczerze zapewnić, że nie narzekają na nudę w życiu pozagrobowym.

Otwieram oczy w momencie, kiedy budzik nastawiony w telefonie uświadamia mi, że jest dokładnie za dziesięć dwunasta. To znaczy, że na mnie już pora. Z lekkim ociąganiem wstaję z zimnych, marmurowych schodów, rosnących przed starą ruderą, zwaną niegdyś biblioteką. Siedziałem na nich przez ostatnią godzinę, dlatego moje kości strzykają niemiłosiernie, kiedy wprawiam je w ruch. Dzisiejsza noc jest cicha i zimna, można by się pokusić o stwierdzenie, że martwa. Jedynie ostatnie oznaki pogody nie pozwalają na nastanie całkowitego bezruchu. Chowam się głębiej w moim starym, znoszonym płaszczu, kiedy przez nagły podmuch jeżą mi się włosy na karku. Czuję jak mroźny wiatr przeszywa moje ubranie niczym lodowe miecze, pozostawiając po sobie chłód zamiast ran.

Robię zaledwie parę kroków i w jednej chwili znajduję się na brukowanym rynku,

w sercu miasta, które dawno przestało bić. Przechodzę żwawo przez zupełnie nieruchomy plac. Kostka, zapewne niegdyś równo ułożona, jest teraz w opłakanym stanie i wygląda jak brudny materiał przewleczony szarą nicią zwiędłych chwastów. Tak samo okropnie mają się budynki leżące najbliżej drewnianego kościoła; mają zawalone stropy lub brakuje im kilku ścian. Czas nie oszczędził tutaj niczego. Nawet wielki dzwon, który niegdyś musiał wisieć na kościelnej wieży, rdzewieje gdzieś, zdjęty ze sznura. W najlepszych latach swojego życia oznajmiał mieszkańcom miasteczka nadejście kolejnych godzin, co za ironia, że teraz niszczy go to, nad czym kiedyś miał symboliczną władzę.

Nagle, tuż przy moim uchu słyszę cichy szelest. Felis siada mi na ramieniu w momencie, kiedy przechodzę na drugą stronę wąskiej uliczki, oddalając się od rynku. Kościste pazury zaciskają się, a ja, mimo woli, odwracam głowę w jego stronę. Puste oczodoły w nieco pożółkłej czaszce natychmiast zwracają się ku mnie. Felis wlepia we mnie swoje krucze spojrzenie, jakby chciał mnie przed czymś ostrzec. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo przez brak gałek ocznych trudno stwierdzić, na co aktualnie patrzy i czy w ogóle cokolwiek widzi.

Mimo że nie zawsze jestem w stanie domyślić się, jakie myśli rodzą się w czaszce tego martwego ptaka, uwielbiam, gdy do mnie przylatuje. Dzięki niemu wydaje mi się, że może jest na świecie istota, którą obchodzi mój los. Nawet jeśli jest to niewielki szkielet kruka, który zwraca na mnie uwagę tylko dlatego, że kiedyś wyciągnąłem go z klatki w jakimś podrzędnym sklepie z talizmanami, szklanymi kulami i innym voodoo. Mam jednak wobec niego ogromny dług za to, że jeszcze mnie nie zostawił, wzorem pozostałych. Jestem prawie pewien, że wśród przedstawicieli swojego specyficznego gatunku on czuje się tak samo wyobcowany, jak ja w tym, pożal się Boże, otoczeniu nastoletnich abderytów.

Moim oczom ukazuje się całkiem rzeczywista wizja przyszłości w momencie, kiedy przekraczam żelazną furtkę cmentarza. Udaje mi się dotrzeć w ostatniej chwili na wydarzenie, które za niecałą minutę wstrząśnie tym miejscem. Felis wciąż zaciska szpony na moim ramieniu, jakby nie był tylko martwym ptakiem i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co za chwilę się wydarzy. Do godziny duchów zostały zaledwie sekundy. Nerwowo spoglądam na zegarek, którego wskazówki poruszają się o wiele za wolno.

Pięć... Powietrze zastyga w miejscu, a nad cmentarzem zbiera się gęsta jak mleko mgła, przez którą trudno mi dostrzec nawet czubki swoich butów. Cztery... Grunt pod nogami zaczyna drżeć, co zmusza mnie do przytrzymania się jednego z nagrobków. Mam cichą nadzieję, że jego właściciel nie będzie miał do mnie pretensji. Trzy... Księżyc wyłania się w końcu zza ciemnych chmur, żeby oświetlić nienaturalnym blaskiem pomniki grobowe, które po chwili zaczynają jarzyć się własnym światłem. Dwa... Czerwona błyskawica przeszywa niebo dokładnie w połowie, dzieląc wszystko, co znajduje się pod nim na dwa odrębne światy. Jeden...

Teraz najważniejszą rolę do odegrania mam ja. Z miną godną naukowca odbierającego Nagrodę Nobla, wyciągam z plecaka II cz."Dziadów" Adama Mickiewicza, czym zmuszam Felisa do przeskoczenia na moje drugie ramię. Wziąwszy wpierw głęboki wdech, zaczynam cytować fragment dramatu. Zanim komuś przyjdzie do głowy odstawiać to samo: najpierw trzeba mieć tytuł guślarza, a dopiero potem można przywoływać dusze z czyśćca. Ja swój odziedziczyłem po ojcu, więc robię to wszystko w pełni legalnie, zgodnie z odwiecznym prasłowiańskim prawem. Po wyrecytowaniu rytualnego wezwania duchów, atmosfera na cmentarzu dosłownie ożywa. Innymi słowy, impreza się zaczyna.

Wokół mnie pojawia się mnóstwo bladych postaci, bije od nich nieziemska aura. Równolegle zrywa się nagły podmuch wiatru, który omal mnie nie przewraca. Przyspiesza on przybywanie zmarłych, po chwili wypełniają już cały cmentarz. Ten widok zawsze przywodzi mi na myśl hucznie obchodzony meksykański Dzień Zmarłych "Día de Muertos", wrażenie to w szczególności potęguje upiorna orkiestra, która ustawiwszy się pod lipą wygrywa popularne w XXI wieku utwory, roznoszące się echem po całej okolicy. Prawdę mówiąc, wszystkie duchy są w radosnym nastroju, jakby to było przyjęcie urodzinowe, a nie godzina wskrzeszania zmarłych (chociaż rażące w oczy, wielobarwne, neonowe nagrobki faktycznie mogą być mylące). Kiedy impreza rozkręca się na dobre i ze wszystkich stron jestem w stanie usłyszeć rozmowy przeplatane śmiechem, bez zwracania na siebie zbędnej uwagi, ruszam cmentarną ścieżką, starannie wymijając unoszące się w powietrzu dusze. Felis wciąż mi towarzyszy, mimo że chwilę temu przybrał postać przezroczystego widma kruka i teraz nie czuję dotyku jego szponów.

– Horacy! Co słychać u babci? – słyszę, jak z drugiej strony przejścia między sąsiadującymi grobami woła mnie kredowobiała kobieta, ubrana w rozłożystą suknię, sięgającą jej do kostek.

– Dzięki, wciąż żyje! – rzucam w jej stronę i rozmawiamy, wymieniając uprzejmości. Po chwili unosi się do góry, a jej kształty zacierają się na tle listopadowego nieba.

Idę dalej, spotykając kolejne dusze pragnące zamienić ze mną choć parę zdań. Tytuł guślarza zobowiązuje mnie nie tylko do zakończenia obrzędu przed świtem, moim obowiązkiem jest również pomoc duszom, ale muszę przyznać, że lubię te luźne konwersacje. Do wschodu słońca zostało jeszcze ponad pięć godzin.

– Wygraliśmy? – niespodziewanie pyta mnie kolejny rozmówca – starszy jegomość, który pojawia się obok znikąd. Ten duch jest ubrany w wojskowy mundur, jednak moja okrojona wiedza historyczna nie pozwala mi na stwierdzenie, z jakiego dokładnie okresu pochodzi owo odzienie, z I, a może z II wojny światowej? Nie uśmiecha mi się streszczanie przebiegu kolejnych bitew, aby ustalić, który konkretnie rozlew krwi go interesuje, ale nie mogę też zignorować tego staruszka. Na pewno rzadko ma okazję na rozmowę.

– Co takiego? – dopytuję się.

– Czy wygraliśmy z Niemcami!? – wykrzykuje zjawa.

Wydaje mi się, że skądś go kojarzę. Tak, poznałem tego mężczyznę dwa lata temu, wtedy zadał mi to samo pytanie, wciąż pamiętam jak plątałem się z tłumaczeniem wydarzeń sprzed siedemdziesięciu pięciu lat. Teraz jednak dobrze wiem, że on wcale nie zakończył żywota w latach 1939-45, tylko w 2014, a jego typowe pytanie wcale nie dotyczy tej wojny.

– Chodzi panu o mecz piłki nożnej?

– Jak zwał, tak zwał – macha ręką, która przechodzi na wylot przez najbliższy nagrobek.

– 2:0 dla nas – mówię i patrzę jak uśmiechnięty staruszek rozmywa się w powietrzu. Wiem, że nigdy już go nie zobaczę, ale cieszę się, że te kilka słów dało mu ukojenie.

Kiedy wszyscy tu zgromadzeni zdążyli oswoić się z moją obecnością i przestali zasypywać mnie nieskończoną ilością pytań o drogę do zbawienia, ich krewnych czy moje życie prywatne, kieruję się na drugą stronę cmentarza. Sumienie nie pozwala mi przemilczeć faktu, że te zjawiska nadprzyrodzone, mające miejsce wyłącznie dzisiejszej nocy, nie są jedynym powodem, dla którego zjawiłem się na tej nekropolii. Przede wszystkim uwielbiam prowadzić konwersacje z postaciami z minionych stuleci i to właśnie na to czekam cały rok z utęsknieniem. W cichszej części cmentarza nagrobki również mienią się wszystkimi kolorami tęczy, jednak jest tu znacznie mniej duchów, niż w centrum imprezy. Niektórzy cenią sobie spokój nawet w życiu pośmiertnym i ja to rozumiem, też nie uchodzę za "duszę towarzystwa".

Po raz pierwszy zawędrowałem w te strony kilka lat temu. Podczas czytania jego epitafium, spotkałem młodo wyglądającego ducha. "Spotkałem" to za dużo powiedziane, prawie dołączyłem do grona zmarłych, kiedy nagle tuż za sobą usłyszałem tajemniczy szept i poczułem zimny dreszcz spływający po kręgosłupie. Wciąż nie wiem, z jakiego okresu historycznego pochodzi, czy zginął w bitwie, czy podczas epidemii (dla niego to chyba i tak nie ma większego znaczenia), ale na ten moment Lucjusz jest moim jedynym przyjacielem. Nie licząc oczywiście Felisa, który nie wiedzieć czemu mnie wybrał. Chociaż, będąc szczerym, większość duchów trudno jest zrozumieć. Niektóre w co drugie zdanie wplatają filozoficzne refleksje, inne – mówią przestarzałym językiem albo w ogóle nie mają języka. Tak, to też się zdarza, taka kara była kiedyś nader modna. Ale to wszystko nie oznacza, że rozmowa z widmami nie ma sensu, wręcz przeciwnie, nie znam sensowniejszej czynności niż przyjemna wymiana myśli, która jednocześnie może stanowić formę pomocy czyścowym duszą. Warto rozmawiać.

– Co słychać? – pyta mnie Lucjusz, który pojawia się nagle siedzący na swoim nagrobku.

– Aktualnie "Małomiasteczkowego" – odpowiadam zgodnie z prawdą, bo orkiestra widm właśnie zmieniła repertuar z disco polo na pop.

Lucjusz, odkąd go poznałem, ma wygląd nastolatka. Nie wiem, jaki był za życia, jednak jego blada, pośmiertna wersja przypadła mi do gustu. Jest spokojniejszy od większości duchów szalejących z okazji pobytu w świecie żywych. Na dodatek, on jako jedyny mnie rozumie. Od pięciu lat co roku rozmawiamy ze sobą o wszystkim i o niczym, prowadzimy dyskusje, wymieniamy się poglądami i żartujemy w tym krótkim czasie. Będzie mi przykro, kiedy w końcu znajdzie w rozmowie ze mną to, czego szuka i odejdzie.

– Jak żyjesz? – standardowo zaczyna Lucjusz.

– Z każdym rokiem coraz mniej – odpowiadam sfrustrowany, po czym dodaję: – Świat ludzi jest okropny. Dobija mnie, że muszę czekać cały rok, żeby normalnie z kimś porozmawiać.

– Wiesz, że nie musisz mieć tylko jednego przyjaciela.

– Tak, od pięciu lat powtarzasz, że powinienem znaleźć w sobie siłę i nie poddawać się w poszukiwaniu kogoś żywego, kto mnie zrozumie.

– Cieszę się, że mnie słuchasz – odpowiada Lucjusz z uśmiechem na kredowej twarzy.

– Może i wy wszyscy jesteście martwi – wskazuję na snujące się po cmentarzu niewyraźne postaci – ale to ludzie są prawdziwymi "żywymi trupami".

– Co masz na myśli?

– Współczesnego człowieka postrzegam jako pustkę intelektualną, nie potrafiącą współistnieć z innymi. Widzi on tylko czubek własnego nosa, nie dostrzega pozostałych. W skrócie, jest zadufanym w sobie materialistą, niezdolnym do koegzystencji.

Jestem wdzięczny, że zostałem guślarzem i dzięki temu mam kontakt ze światem zmarłych. Gdyby nie Lucjusz, nie miałbym nikogo, z kim mógłbym porozmawiać. Dla niektórych pewnie zabrzmię dziwnie, ale prawdą jest, że czuję się o wiele swobodniej w towarzystwie duchów niż ludzi. Martwi wydają mi się o wiele bardziej wyrozumiali i przede wszystkim przyjemniejsi od wiecznie skłóconych, niezadowolonych i obojętnych"żywych". Może to dlatego, że rozumieją lepiej znaczenie życia i jego ulotność, w końcu na "własnej skórze" poznali, że nie warto marnować czasu na uprzedzenia i szerzenie nienawiści.

Wtem słyszę pianie koguta i pierwsze promyki listopadowego słońca padają na moją twarz. Duchy nie przerywają wesołych rozmów, ale każdy doskonale wie, co się święci. Lucjusz żegna się ze mną skinieniem głowy, na co ja odpowiadam tym samym. Zamykam oczy i cicho recytuję inkantację kończącą rytuał. Przed dokończeniem zaklęcia powstrzymuje mnie wizja powrotu do okrutnej rzeczywistości. Nie chcę przeżywać kolejnego roku w intelektualnej samotności. Duchy przychodzą i odchodzą, ja na razie nie mam wyboru, będę tęsknił za tą mądrą i jednocześnie niepozbawioną humoru konwersacją. Lucjusz kazał mi się nie poddawać, więc tak zrobię. Nie wyzbędę się nadziei na znalezienie ludzi chcących myśleć i rozmawiać oraz ceniących takie wartości jak: prawda, tolerancja, altruizm i szacunek.

Gdy otwieram oczy, cmentarz jest już całkiem pusty. Wracam do żywych.

Pin It

Komentarze





Naprawa sprzętu AGD

e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Materiały Urzędu Miasta

TIT - Tomaszowski Informator Tygodniowy
Agencja Wydawnicza PAJ-Press

ul. Długa 82
97-200 Tomaszów Mazowiecki,
tel. 44 724 24 00 wew. 28 (biuro ogłoszeń)
tel. kom. 609-827-357, 724-496-306

WYRÓŻNIONE

Z wizytą i upominkami u "Krasnoludków"

Uczniowie z I Liceum Ogólnokształcą...

Wycinka lasu w okolicach Białej Góry

– Ogromne obszary zostały całkowici...

Wciąż nie wybrano nowego starosty

Już w nadchodzący piątek radni znów...

W Tomaszowie dużo więcej osób umiera, niż się rodzi

Co roku sprawdzamy w Urzędzie Stanu...

W orszaku "popłynęli" łodziami

Wierni z parafii św. Rodziny przy u...

Urząd Skarbowy informuje

14 stycznia w godz. 11.00–14.0...

Tragiczny sylwester

31 stycznia około godz. 21.50 na dr...

Tłumy na wigilii u państwa Dębców

Setki Tomaszowian otrzymały świątec...

Światła i rogatki zamiast STOP-u

W ostatnich dniach starego roku zmi...

Przygotowania do wielkiego Finału WOŚP

"Zdrowe brzuszki naszych dzieci" to...

NAJNOWSZE

Mnóstwo chętnych do budowy bloków

Tuż przed świętami SIM KZN Łódzkie ...

Co dalej z przychodnią w Białobrzegach?

Część mieszkańców osiedla Białobrze...

Wciąż nie wybrano nowego starosty

Już w nadchodzący piątek radni znów...

Juniorzy kontra seniorzy

Siatkówka mężczyzn w III lidze Trw...

Czas na półfinały

Siatkówka młodzieżowa Trwają młodz...

Kiedy zapadnie wyrok?

W Sądzie Rejonowym w Tomaszowie trw...

O zieleń miejską zadba Pol-Trak

Choć w najlepsze trwa zima, to wład...

Pomoc i serce dla bezdomnych

Podopieczni Schroniska dla Bezdomny...

Tłumy na wigilii u państwa Dębców

Setki Tomaszowian otrzymały świątec...

Kolędy na góralską nutę

...wybrzmiały w minioną niedzielę, ...

 

Stan jakości powietrza według Airly
TOMASZÓW MAZOWIECKI
Instagram