Niedziela, 11 stycznia 2026, Imieniny: Feliksa, Honoraty, Marty

 

ARBUZPROZA
I miejsce
Aleksandra Maryniak (godło: Impresja) XXVI Liceum Ogólnokształcące im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego w Łodzi

Przy kości

Czuję zimną podłogę w łazience. Światło nad lustrem mruga niewyraźnie jakby jeszcze było zaspane, otulone obłoczkiem ciepłego snu, który miałam czelność zakłócić. Moja klatka piersiowa porusza się szybko to w górę, to w dół, znak mojego wysiłku, wiecznie za małego wysiłku.

Do kiedy serce bije, nie ma usprawiedliwienia dla nieróbstwa, leżenia, siedzenia. Muszę być w ciągłym ruchu, a im więcej się ruszam, im więcej kalorii spalę, tym poprzeczka staje się wyższa. Tylko pozornie nieosiągalna.

My ludzie przywiązujemy się do przedmiotów, gromadzimy je, by w trudnych chwilach jesiennej szarówki, zimowej ciemności rozjaśniły głowę. Zdjęcia z rodziną, na których każdy nosi prawdziwy uśmiech, naszyjniki z wakacyjnych podróży jeszcze pachnące słońcem i solą morską, nasz ulubiony pluszowy miś, zbyt cenny, by po prostu się go pozbyć. Jakkolwiek istotne dla nas są te rzeczy, jednak nie definiują nas, nie stanowią o naszej wartości. Stoję jednak przed urządzeniem znanym już od starożytności, krępujący chłód wagi, gdy na niej staję. Czy dzisiaj okażę się godna, by zjeść? Czy moje osiągnięcia dzisiaj będą warte wspomnienia, czy wyrzucę je w kąt, by razem z marzeniami stały się jednym z ciemnością i tylko parą jasno świecących oczu będę patrzeć przez góry kurzu? Bez względu na to, co pokaże moja domowa Pytia i tak nie będę godna.

Podnoszę wzrok na lustro i opieram ręce na wilgotnej umywalce. Przyglądam się nagiemu ciału. Wystające żebra i obojczyki. Stoję twarzą w twarz z czymś, co powinno być odbiciem. Co tak naprawdę widzę? Kości biodrowe niczym dwa kolce odstają, przywołują słowa mamy "aż smutno na ciebie patrzeć". Biorę w ręce skórę z brzucha, a niebieskoszare oczy wilgotnieją od piekących łez. Nadal jestem za gruba. Bezszelestnie kładę się na uprzednio przygotowanym ręczniku, tak aby nie zbudzić chrapiących w salonie rodziców. Mieliśmy w łazience dywanik, ale ojciec naiwnie usunął go, licząc, że powstrzyma mnie to przed robieniem brzuszków i krzywieniem sobie kręgosłupa. Nic bardziej mylnego! Jedyną rzeczą, która może powstrzymać anorektyczkę jest ona sama. Pod plecami twardość kafelków. Nie ma czasu do stracenia. Przyjmuję doskonale znaną pozycję i podnoszę górną część ciała, na chwilę zapominając, że należy ono do mnie. Zamykam oczy, by nie patrzeć na grube uda i falujące pod skórą mięśnie, które zamieniają się w tłuszcz. Na lewym udzie wydrapałam sobie napis definiujący mnie na całe życie "FAT". Nawet nie wiem, kiedy to zrobiłam. Rany wyglądają na świeże, więc musiało to być wczoraj po obiedzie, gdy dowiedziałam się, że mięso w mojej potrawie było smażone nie na jednej, lecz na półtorej łyżeczki oliwy.

Ból w mięśniach uwalnia spętaną głowę mogącą nareszcie odetchnąć. Świat dookoła nie istnieje, a jedynym rytmem jest ustawiczne uderzanie kości o ziemię i liczenie, chociaż nie wiem, po co liczę i odmierzam, zatrzymam się dopiero, gdy nie będę mogła wytrzymać. Jeszcze 20... jeszcze 30... jeszcze 100...

Łóżko lekko skrzypnęło, poniosło się plaskanie bosych stóp po panelach. Nadchodzi. Szybko podrywam się zła na niemożliwość dokończenia serii i pośpiesznie odwieszam ręcznik na drewniany haczyk. Staję przed lustrem i udaję, że wyciskam pryszcze. Drzwi otwierają się gwałtownie. Zaspana mama, wyraźnie zdziwiona tym widokiem, rzuca tylko uwagę, że będę miała czerwone czoło, po czym odchodzi do sypialni pogrążonej w ciszy czasem tylko przerywanej przez pochrapywanie, drzwi zostawia otwarte. Nieco jaśniejsze światło kładzie się na podłodze przedpokoju – nadszedł nowy dzień.

Zostałam mianowana domowym baristą. Zapach kawy roztapia lód mojego serca. Otwieranie nowej puszki maluje pomieszczenie i roztacza aurę relaksu i rozpieszczenia. Cierpliwie odmierzam trzy łyżeczki i wsypuję je do kolby. Wygładzam wierzchem i wsadzam do ekspresu. Zatrzymuję się i wącham. Wyobrażam sobie pola kawy gdzieś w Afryce. Widzę czarne kobiety noszące kosze na głowach tylko po to, by każdego ranka zrobić mi przyjemność. Skrzydła podcina mi świadomość niebycia wartą, by wykorzystać owoc ich ciężkiej pracy. Nie jestem wystarczająco wdzięczna za wszystko, co mam. Postanawiam w akcie wdzięczności sprezentować ten skarb rodzicom. "Jesteś okropną córką" - szepnęła Ona. Moja Pani. 0,5 kalorii na 100 ml! Nie stać mnie na takie szaleństwo. Wzrokiem chłonę dwa strumienie brązowej ambrozji i obserwuję, jak powoli wypełnia filiżanki do trzech czwartych wysokości. Resztę uzupełniam tłustym mlekiem. Sama kiedyś uwielbiałam cappuccino. Na samo słowo usta napełniają się śliną, a w mózgu wydzielają się hormony szczęścia powodujące ochotę, kusząc nas zachęcającą propozycją uczucia błogości i cudowności. Potrząsam jednak głową. Jestem silniejsza niż to! Moja moc kryje się w odmawianiu, poza tym wcale nie mam na to ochoty. Wstawiam zatem wodę na herbatę. Jeszcze raz dla pewności sprawdzam na opakowaniu, czy nie ma kalorii. Zanoszę rodzicom napój bogów. Widzę, jak cieniutkie ręce zakończone długimi, chudymi palcami oplatają naczynia. W myślach karcę się za powtórne pragnienie napicia się chociażby łyka. Moja miłość do kawy, tęsknota nie tyle za smakiem, co wspomnieniem smaku. Nie pamiętam, kiedy cappuccino zastąpiłam espresso z wodą, czyli americaną, a ją samym zapachem drobno zmielonych ziaren. Jedyną moją stycznością z kawą jest moment, w którym robię ją dla kogoś i zawsze pragnę, by chwila ta trwała jak najdłużej. W kuchni pośpiesznie wyciągam najmniejszą kromkę ze starej angielki mimo tego, że nowa leży nienapoczęta

w szafce. Z lodówki wyciągam plasterek wędliny, śniadanie jest gotowe. Zjadam zanim mama zdąży wejść. W telefonie zapisuję 90 kcal za chleb i 50 za wędlinę. Wiem, że nie ma to pokrycia w rzeczywistości, ale wolę mieć parasol bezpieczeństwa na wypadek, gdybym źle policzyła któryś z posiłków, co jest mało prawdopodobne. Jeszcze niedawno wybieranie ubrania było moją ulubioną, zaraz po piciu kawy, poranną czynnością. Szafa pękająca w szwach od ubrań ledwo dała się otworzyć. Czułam się jak stylistka, układając na łóżku najróżniejsze kombinacje, po czym z trudem wybierałam tę najbardziej odpowiadającą mojemu nastrojowi. Niegdyś dominacja różu i krzykliwych barw czyniła mnie wyróżniającą się w tłumie. Teraz zadowalam się odcieniami czerni. Bluzka mająca przylegać do ciała lekko zwisa na ramionach, a dekolt, rażąco niewypełniony, formuje się w pokaźną dziurę, odsłaniając klatkę piersiową. Dużo za duże spodnie przepasam paskiem. Wzdycham głośno, gdy nie jestem w stanie dopiąć się w najdalszą dziurkę. Nadal jestem za gruba. Przechodząc obok swojego odbicia mimowolnie kątem oka utwierdzam się w przekonaniu o własnej brzydocie. Łapię urywki siebie, które wciąż chudną, by znów nabrać masy i objętości wraz ze zmianą perspektywy. Nie rozumiem, jak to się dzieje. Przed posiłkiem podziwiam wystające kości, które z każdym gryzem skracają się i poszerzają. To coś na podobieństwo szaleństwa. W stałości rzeczywistości jestem zmienną, nietrwałością. Ulegam wpływom, podszeptom choroby. "Gruba świnia" – coś rzuca hasło w próżnię głowy skupionej tylko na tych dwóch słowach. Pozwalam im wybrzmieć, wryć się w pamięć pośród mroku spowijającego umysł, niewypowiedzianego wstydu. Nie chcę wychodzić z domu, a jednocześnie nie chcę zostać. Staję przed drzwiami wyjściowymi, by znowu napełnić płuca głębokim oddechem.

- Wychodzisz? Jadłaś śniadanie? – pyta zaspany głos z sypialni

- Tak - odpowiadam cicho, czując ukłucie zażenowania. Jestem taka gruba, a jednak zjadłam. Nie zasługuję na pożywienie, miłość, szacunek. Karmię się kłamstwami, w które zaczynam wierzyć. Moje myśli oddalone są ode mnie tak, jakby przychodziły z zewnątrz, spoza mnie, a jednocześnie głos jest mną, jest moją integralną częścią. Głucho brzmią, roznosząc się echem. Nie myślę o szkole, o znajomych... i tak mnie pewnie nie lubią. Chce mi się płakać, gdy tylko słyszę słowa "Jesteś beznadziejna"... "Jesteś beznadziejna"... "Jesteś beznadziejna" i nie wiem już, czy to podszept choroby, czy nauczyłam się tak myśleć. Kiedyś potrafiłam rozróżnić, co myślę ja, a co próbuje mi wmówić choroba, lecz teraz symbioza zmieniła się w wykorzystanie i moja Pani jest rozpuszczona w materii, jej myśli są moimi myślami, jej słowa kierowane są do mnie. Przecież chce, żebym była lepsza, Ona chce mnie usprawnić, naprawić. Myślę i powtarzam potwierdzająco, lekko kiwając głową: "Jestem beznadziejna"... "Jestem beznadziejna"...

"Anorektyczki nie jedzą" - wiara skutecznie zamykająca drogę do zdrowia. Jesteś anorektyczką, więc nie wolno ci wziąć nic do ust. Ludzie mają nikłe pojęcie o anoreksji, nie wolno ich za to winić, gdyż choroba opiera się na absurdach i jest trudna do pojęcia. Myślą

o anorektyczkach jak o osobach czujących wyższość nad innymi. Oskarżane o niespotykaną dumę płynącą z bycia silniejszym niż inni śmiertelnicy decydujący się na jedzenie. Brak wiary w siebie i nienawiść do własnej osoby jest rekompensowana poczuciem wyższości nad podstawowym instynktem człowieka, potrzeby sięgającej do naszych korzeni, budzącej gadzi mózg. Jest to najstarsza ewolucyjnie część mózgu odpowiedzialna za podstawowe funkcje życiowe i odruchowe reakcje związane z unikaniem niebezpieczeństwa. Odpowiada również za tak znienawidzone uczucie głodu, które usilnie tłumimy gumą lub wodą. To nieudana próba samodoskonalenia płynąca z usilnej potrzeby zbudowania własnej wartości. Jest efektem nieumiejętności zdobycia jej w inny sposób niż poprzez jedzenie, a raczej ograniczanie go. Jest to mocno związane z antyczną koncepcją harmonii rozwoju ciała i umysłu. Przekonanie o braku znaczenia i zupełnej porażce w sferze umysłu, którego potęga jest deprecjonowana i wyrzucana na margines. Najpierw przez pewność co do własnej niekompetencji, by spełniać własne lub cudze, wysokie ambicje. Później mózg ma zaburzone funkcje poznawcze przez brak pożywienia, co tylko potęguje poczucie beznadziei i nasila depresję. Jednakże bez względu na to, czy odniesiemy nad sobą zwycięstwo, odmawiając sobie przyjemności, czy nie, anorektyczka jest zawsze na przegranej pozycji. Nasza Pani sprawuje nad nami całkowicie despotyczną władzę. Nie znosi sprzeciwu i nie akceptuje pomyłek i błędów. Sama chęć zjedzenia czegokolwiek jest powodem do wstydu i restrykcji. Chory musi uświadomić sobie, że nigdy nie wygra niczego, bo jest to pogoń za własnym ogonem. Niekończący się wyścig bez mety, bez nagród, w ciemności i bólu. Głównym uczuciem w anoreksji jest nienawiść. Najpierw do samej siebie, potem do masła, czekolady, awokado, kuchni, ludzi, świata. Aby zagłuszyć prawdziwy, wydający się nie do rozwiązania problem. Nie umiem dokładnie powiedzieć, kiedy kształtuje się w tobie myśl, że tylko będąc chuda, zasłużysz wreszcie na godne miejsce między ludźmi, których podziwiasz. Ziarno takiej idei w swojej przebiegłości zakorzenia się w twoim mózgu niepostrzeżenie i po cichu, tak że zdaje ci się jakby było tam od zawsze. Jest to ziarno roztaczające woń zapomnienia. Kładzie się cieniem na wszystkie szczęśliwe chwile przed nadejściem choroby, pacyfikuje cię indoktrynacją, a ty jako nieświadoma owieczka lądujesz w jej szponach i mija tylko chwila, aż tracisz własną tożsamość. Nie jesteś już dawną sobą i nawet gdy starasz się wrócić lub udawać siebie, nie jesteś w stanie przywołać w pamięci czegokolwiek, co kiedyś miało twój kształt, twój głos, twoją twarz...

Gdy na początku naszego życia poznajemy nowych ludzi i zawieramy pierwsze przyjaźnie, zawsze obecny jest moment wywiadu. Coś, co zostaje rodzicom aż do śmierci. Odpowiadamy cierpliwie na wszystkie pytania dotyczące naszej nowej koleżanki, kolegi, chłopaka... Gdzie mieszka? Kim są jego rodzice? Czy dobrze się uczy? Co lubi robić? Na podstawie zaledwie paru zdań w magiczny sposób są w stanie oszacować, zaskakująco trafnie, czy ta osoba warta jest naszego czasu i czy nie czeka nas z jej powodu zawód. Mamo, poznaj zatem moją nową przyjaciółkę. Nazywa się Anoreksja, ale ja i inne dziewczyny nazywamy ją Ana... Ona skrzywdzi cię na pewno. Jest fałszywą przyjaciółką, która nie daje się łatwo zdemaskować, żyje w ukryciu, by zapędzić cię w syndrom sztokholmski. Kochasz swojego oprawcę, nie zdając sobie sprawy z własnego uciemiężenia... Diabeł ubiera się u Prady. Ona nosi się dostojnie, elegancko, jest wszystkim, czym kiedykolwiek chciałaś być i powoli uświadamiasz sobie, że nie będziesz. Jesteś jej całkowitym przeciwieństwem. Stanowi ucieleśnienie twoich ideałów, obiecując zachęcająco, że tylko dzięki niej nareszcie będziesz godna uwagi. Jestem mądra po szkodzie. Teraz już, mając za sobą arsenał wiedzy i doświadczeń, nie połknęłabym haczyka dla ambitnych ludzi, którzy tylko chcą, by ktoś był z nich dumny. Jedna obietnica i już cię ma. Wtedy kończą się słodkie słówka, babcia zdejmuje okulary, odsłaniając pysk wilka, a ty nie chcesz uciekać, bo już nie pamiętasz, jak było, zanim przestałaś smarować kanapki masłem. Obrzuca cię obelgami, podkreślać każdą z twoich licznych wad, a ty nie potrafisz odmówić jej racji. Przecież zna cię tak dobrze. To sprytna manipulatorka o wielu twarzach, każdej w prezencie dla chorej dziewczyny, by najskuteczniej wedrzeć się do mózgu i wgrać spersonalizowanego wirusa. Stosuje makiaweliczną technikę lisa i lwa. To nie jest tylko powierzchowna chęć bycia chudym, to choroba relacji. W koncepcji świata Platona ciało właśnie jest więzieniem dla duszy. Tu jest podobnie, z tą tylko różnicą, że to nie rzeczy materialne, a jedzenie jest czarnym rumakiem. Życie staje się sztampowym, pozbawionym smaku filmem, zbiorem bezsensownych klatek. Jesteś jedynym aktorem w tym godnym pożałowania przedstawieniu, a nawet już nie identyfikujesz się z sobą, jesteś tylko marionetką niemogącą spojrzeć w stronę gwiazd, by dostrzec sznurki. Fabuła nie jest jasna, a obiektyw pobrudzony niezdarnym i otumanionym palcem głodu, niedożywienia, stanu satysfakcjonującego i zawstydzającego zarazem. Nie zdajesz sobie sprawy, że wbiegając po schodach w szkole z ciężkim plecakiem, skupiasz na sobie wzrok wszystkich, a droga do upragnionego zejścia ze sceny, eksodosu, kieruje światła reflektorów. Sprzedajesz godność, robiąc przysiady w toalecie. Kłamiesz. Władca nie musi być uczciwy. We wrogim świecie, gdzie każdy usiłuje zrobić z ciebie grubasa, nie opłaca się być dobrym, grać uczciwie i przestrzegać reguł. Przypomina tym nieco szaleństwo, albo jest jego mniej lub bardziej zaawansowanym stadium, zwłaszcza gdy gromadzą się w tobie emocje i nie możesz sobie z nimi poradzić. Gdy dochodzi do wysokiego napięcia i już nie możesz wytrzymać, należy przecierpieć, poczekać jeszcze chwilę. Emocje, kurz opadną, a rany zostaną.

Wbrew pozorom bycie chorą nie jest tak trudne, jak się większości wydaje. Musisz stosować się do zaledwie kilku reguł, których liczba wzrasta w miarę nieświadomego wchodzenia w ruchomy piasek. Nigdy nie jedz więcej niż trzydzieści kalorii dziennie, zawsze wbiegaj po schodach, wysoko unosząc kolana, nie wolno ci zjeść więcej niż 20 widelców posiłku. Żyjesz w świecie iluzji, w którym im mniej ważysz, tym grubszą się widzisz. To próba zrzucenia kajdan jest najtrudniejsza. Kajdaniarze przekonani są, że cienie to prawdziwy świat, jedyny właściwy i istniejący. Wyjście na powierzchnię jest tak nieprzyjemne, że łatwiej i bezpieczniej jest wczołgać się spokojnie do jaskini, gdzie czeka kat biczujący cię za próbę oddechu świeżym powietrzem. Punk kulminacyjny to coś, na co czekają wszyscy twoi bliscy, moment, gdy wszyscy niepiśmienni chłopi, górnicy postanowią raz na zawsze zmienić bieg historii. Mają dość upodlenia. Wybuchnie protest. Tylko tym razem nie będzie to strajk głodowy jak u Zoli, a coś odwrotnego. Na samym początku niejedzenie daje siłę, wznoszenie się ponad potrzebę tak naturalną. Zmuszanie się do jedzenia to walka na ringu z 200- kilogramowym zapaśnikiem. Najwątlejsza trzcina w przyrodzie, ale trzcina myśląca. Roślinka mająca cel lub chęć uniknięcia czegoś za wszelką cenę. Powód jest bardzo indywidualny, inny dla każdej z nas i zazwyczaj każe na siebie długo czekać. Wąski, lekko szemrzący strumyk woli, by wyzdrowieć, wyruszyć w rejs dookoła świata w nieznane krainy, musi wypływać z osoby chorej i przejść próbę niebycia zatamowanym, brutalnie zdeptanym przez wstyd przy samym źródle. Gdy zaczyna ci zależeć, by opuścić norę, bo okazuje się, że pałac, w którym byłaś, zarósł dawno kurtyną winobluszczu, ściany popękały, a w kątach zalęgły się pająki i myszy, gdy myślisz, że już bardziej nienawidzić się nie możesz, nadchodzi miażdżące ukłucie, knock down – wstyd.

Wstyd za to, że jesz i co gorsze, sprawia ci to przyjemność. Tylko łamiąc zamknięte koło, działając wbrew sobie i zmuszając się do jedzenia, możesz na horyzoncie pośród otwartego morza znaleźć wyspę nadziei, słodką obietnicę normalności.

 

Pin It

Komentarze





Naprawa sprzętu AGD

e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Materiały Urzędu Miasta

TIT - Tomaszowski Informator Tygodniowy
Agencja Wydawnicza PAJ-Press

ul. Długa 82
97-200 Tomaszów Mazowiecki,
tel. 44 724 24 00 wew. 28 (biuro ogłoszeń)
tel. kom. 609-827-357, 724-496-306

WYRÓŻNIONE

Z wizytą i upominkami u "Krasnoludków"

Uczniowie z I Liceum Ogólnokształcą...

Wycinka lasu w okolicach Białej Góry

– Ogromne obszary zostały całkowici...

Wciąż nie wybrano nowego starosty

Już w nadchodzący piątek radni znów...

W Tomaszowie dużo więcej osób umiera, niż się rodzi

Co roku sprawdzamy w Urzędzie Stanu...

W orszaku "popłynęli" łodziami

Wierni z parafii św. Rodziny przy u...

Urząd Skarbowy informuje

14 stycznia w godz. 11.00–14.0...

Tragiczny sylwester

31 stycznia około godz. 21.50 na dr...

Tłumy na wigilii u państwa Dębców

Setki Tomaszowian otrzymały świątec...

Światła i rogatki zamiast STOP-u

W ostatnich dniach starego roku zmi...

Przygotowania do wielkiego Finału WOŚP

"Zdrowe brzuszki naszych dzieci" to...

NAJNOWSZE

Mnóstwo chętnych do budowy bloków

Tuż przed świętami SIM KZN Łódzkie ...

Co dalej z przychodnią w Białobrzegach?

Część mieszkańców osiedla Białobrze...

Wciąż nie wybrano nowego starosty

Już w nadchodzący piątek radni znów...

Juniorzy kontra seniorzy

Siatkówka mężczyzn w III lidze Trw...

Czas na półfinały

Siatkówka młodzieżowa Trwają młodz...

Kiedy zapadnie wyrok?

W Sądzie Rejonowym w Tomaszowie trw...

O zieleń miejską zadba Pol-Trak

Choć w najlepsze trwa zima, to wład...

Pomoc i serce dla bezdomnych

Podopieczni Schroniska dla Bezdomny...

Tłumy na wigilii u państwa Dębców

Setki Tomaszowian otrzymały świątec...

Kolędy na góralską nutę

...wybrzmiały w minioną niedzielę, ...

 

Stan jakości powietrza według Airly
TOMASZÓW MAZOWIECKI
Instagram