Poezja
I miejsce
Anna Maria Kobylińska (godło: Las) Uniwersytet Warszawski
Szuflady
Patrzę na nie przez przegrodę szyby.
W lekkiej, płynącej przestrzeni porannej
stoją masywne, ogromne szafki.
Z każdej z nich sterczą dziesiątki małych szufladek.
Widać dokładnie podział na poziomy, czyli półki,
można policzyć ich ilość, licząc rzędy okienek.
Małe, oddzielne światy,
przykryte prywatnością,
odkryte szukaniem więzi.
A w tych światach oni, tak jak my
w swoich. Tak przez szybki wyglądają,
trochę skuleni, schowani, ale wpatrzeni.
A nad najwyższą z półek
szara serwetka z papy.
Każdy, kto wdrapie się na nią
po drabinie,
zobaczy pejzaż wyżłobiony
tysiącami dróg.
I nad tym pejzażem
coś unosi się w powietrzu,
to wznoszenie do lotu
szarych, gołębich skrzydeł codzienności.
Moje zajęcia
Lubię wędrować po dobrej drodze, gdy fortuna słońcem się toczy.
Rozgryzam wtedy twarde orzechy, karmię ziarnami niezłapane
w żadną garść wróble i gołębie, które zlatują z dachów.
Nad stawem słucham razem z łabędziami śpiewu słowików.
Pytam o coś przepływające ryby albo przyglądające się im dzieci.
Na bezrybiu nigdy nie szukam raków. Za to często kąpię się w chłodnej wodzie.
Potem wędruję dalej, z przydrożnych mrowisk wyjmuję niepotrzebnie wsadzone kije.
Głaszczę przechadzające się dostojnie koty. Niczego nie drę, tylko w znalezionych
workach łatam dzielnie dziury. A myszy harcują wśród giętkich cieni kocich ogonów.
Chętnie odbywam przejażdżki na zaprzężonym w pstre konie wozie, który ma cztery drewniane koła. Chwalę wtedy dzień, choć dopiero poranek i w zamyśleniu spoglądam na malutkie chmury w oddali, z których na pewno pada intensywny deszcz.
Na skrzypiącym wozie znajduję ścięte kłosy i tworzę z zapałem słomiane rzeźby.
Jadę ostrożnie, unikam niedźwiedzi, ich szybkich, krępych ciał i porośniętej gęstą sierścią skóry. Cieszę się, gdy napotykam wzrokiem białe, szare i całkiem czarne owce.
Potem wracam tam, gdzie najlepiej. Pod spadzisty dach, między cztery ściany, które patrzą uważnymi oczami okien i słuchają każdego dźwięku. Z daleka już pachną darmowe kołacze.
Od razu nabieram apetytu, ale są tak słodkie, że już po chili chęć do jedzenia maleje. Wychodzę więc przed dom. Szybko odganiam białe kruki i energicznie porywam się
z motyką na własny ogródek.
Cicho
Ziemia pachnie jak co dzień,
jak pamięć - niepamięć
i trwanie.
Unosi się wilgoć gnijących liści,
błyska zieleń źdźbeł trawy
wciąż świeżych.
Zatarte pismo odcisków
stóp dawnych mieszkańców wsi,
zapiski całkiem siwe wiatr porwał.
Cicho.
Wyłazi zza niw chmura mgły
i oblepia ślimaczym śluzem ugory.
Które kiedyś oni orali,
gdzie swoje chwile siali,
jak krople dzisiejszej głuszy.
Śnią przesiąknięte liście
na grudach czarnej ziemi
kostrzewa kołysze się lekko jak płomień.
Szarością dnia ziemia oddycha,
obraca się wskazówka
przesłoniętego blado słońca.
Opadłe liście szeleszczą,
cienie naziemne drżą,
przybierają na chwilę kształty ludzi...
and



Komentarze