Kiedyś było jakoś prościej. Ktoś stawał przed sądem, odbywała się rozprawa, sąd ogłaszał wyrok, który należało wykonać.
Oczywiście – 50% klientów sądów nie była zadowolona – byli skazani. Mało tego, zdarzali się nawet niezadowoleni wśród tych, którzy wygrali. Ale zarówno jedni i drudzy mogli co najwyżej ponarzekać. Nikt nie twierdził, że wyrok wyrokiem nie jest. Aż do teraz.
Nagle okazało się, że żyjemy w kraju, w którym można oficjalnie stwierdzić, że wyrok sądu nie jest wyrokiem, sąd nie jest sądem, a same sądy nie są w stanie precyzyjnie określić, który jest prawdziwym sądem, a który tylko sobie miano sądu przywłaszczył. Jeszcze gorzej jest z sędziami. Też nie wiadomo, który jest prawdziwy, a który malowany. Jest nawet jeszcze gorzej – ci malowani – jak twierdzą ci prawdziwi – twierdzą, że ci niby prawdziwi są malowani. Najgorsze, że nie ma sądu, który by to rozsądził.
Na HBO można obejrzeć serial "Sprawa idealna". To karykaturalny obraz amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. W jednym z odcinków trafiamy na salę sądu "pozasystemowego". To taka instytucja, na której werdykt godzą się strony. Wyroki zapadają szybko i muszą być równie szybko wykonane, często pod groźbą łomotu ze strony "ławników". Ale to działa! Może więc i u nas należy stworzyć alternatywny system sądowniczy? Wojciech Młynarski, w jednym ze swoich przebojów śpiewał o mieście, w którym "na jednego mieszkańca jeden szeryf przypada". Może więc pora zaśpiewać o państwie, w którym na jednego Polaka jeden sędzia przypada – taki prywatny, wydający "odpowiednie" wyroki, żeby było sprawiedliwie.
Andrzej Kucharczyk




Komentarze