Wbrew pozorom jest to możliwe. Trzeba tylko znaleźć się we właściwym czasie na właściwym miejscu. To miejsce wyznaczyli nam geografowie, którzy mniej więcej wzdłuż 180 południka wyznaczyli międzynarodową linię zmiany daty.
Nowy Rok pojawia się wtedy, gdy w noc sylwestrową na tym południku zaczyna się północ, potem Nowy Rok - a więc miejscowa północ - przesuwa się ze wschodu na zachód wraz z obrotem Ziemi, a wszechobecna telewizja co godzinę może pokazywać nam "na żywo" jego powitanie w coraz to innym kraju.
Ze względów praktycznych linia zmiany daty nie pokrywa się całkowicie z południkiem i biegnie tylko na Oceanie Spokojnym, nie przecinając lądów ani wysp. Chodzi o to, aby nie rozdzielać terenów będących pod zarządem jednego państwa. Na wschód od tej umownej linii jest zawsze data wcześniejsza o jeden dzień. Podczas przekraczania linii zmiany daty ze wschodu na zachód opuszcza się jeden dzień zaś przy przekraczaniu z zachodu na wschód dodaje się jeden dzień. Tak więc statek płynący z Kalifornii do Japonii, który znajdzie się na linii zmiany daty 31 grudnia, po jej przekroczeniu trafia od razu na 2 stycznia. Za to statek płynący w odwrotnym kierunku będzie dwukrotnie w dniu 31 grudnia - więc dwa bale sylwestrowe i dwukrotne powitanie Nowego Roku.
Jedynym państwem Oceanii, które przepoławia linia zmiany daty, jest składająca się z 33 wysp koralowych Republika Kiribati. Dwa międzynarodowe porty lotnicze zapewniają komunikację ze światem. Warto więc trafić w ostatnim dniu roku do Bairiki - stolicy na atolu Tarawa. Kiedy tam jest godzina 23.30, to zegary na leżącej we wschodniej części Kiribati wyspie Kiritimati (Christmas Island czyli Wyspie Bożego Narodzenia!) pokazują akurat godzinę 0.30 w nocy, oczywiście tego samego dnia. Wystarczy więc szampańsko spędzić równikowego sylwestra w Bairiki, by wczesnym świtem odlecieć na wschód i wszystko rozpocząć od nowa po drugiej stronie linii zmiany daty. Proste, prawda?
Dwa razy można też powitać następny rok na półkuli północnej. Taką szansę stwarza nam Półwysep Czukocki na samym końcu Azji. Po nocy sylwestrowej w zaśnieżonym i mroźnym Agadyrze, leżącym nad Cieśniną Beringa, wsiadamy w samolot i po dwóch godzinach lądujemy w Nome na Alasce, gdzie dopiero co przywieziono zwierzynę do przygotowania sylwestrowej uczty. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie ten polarny klimat...
jerg



Komentarze