Nasi czytelnicy informują nas o wielu sprawach. W wielu też tematach oczekują szybkiej pomocy i interwencji. Tak było w sprawie chorego kota przy ul. Dzieci Polskich.
O tym, że na ulicy Dzieci Polskich, w okolicach Lidla i Alabastro, znajduje się ranny kot, poinformowała nas w poniedziałek, 21 sierpnia seniorka mieszkająca w pobliskim bloku. - Kota potrąciło auto, ale przeżył. Był bardzo dzielny. Pilnowałam go, ile mogłam. Zadzwoniłam po pomoc do schroniska - mówi kobieta. - Potem trochę przesuwał się w cień, bo był wielki upał - dodaje. Przyjechały dwie panie ze schroniska. Według seniorki, ta interwencja nie była odpowiednio przeprowadzona.
- Jedna z pań rzeczywiście chciała kota złapać, druga się przyglądała. Ostatecznie kot im uciekł w krzaki - opowiada mieszkanka ul. Dzieci Polskich. Zadzwoniłam w tej sprawie do Joanny Budny, rzeczniczki prasowej UM i jednocześnie miłośniczki zwierząt. - To niemożliwie, by pracownicy schroniska zostawili rannego kota na ulicy. Nie mogą tak zrobić. W takich sytuacjach do leczenia zwierzęcia mamy klinikę oraz fundację - mówi J. Budny. Sprawdziła zgłoszenie. - Faktycznie była taka sytuacja na ul. Dzieci Polskich, ale kot nie został zostawiony na pastwę losu, tylko pracownice pojechały po klatkę i lepsze narzędzia do odłowienia kota. Nie dały rady go na początku złapać, kot schował się w dużych krzewach. Nie wiadomo też, czy jest ranny, czy to nie paraliż tylnej strony ciała - powiedziała rzeczniczka. Ostatecznie, jak udało nam się ustalić, kot został odłowiony i została mu udzielona pomoc.
Ogólnie jednak z powodu panującej infekcji wirusowej wśród kotów w schronisku, przywożenie tam zwierząt jest ostatecznością. - Wolno żyjące koty lepiej sobie poradzą na zewnątrz niż w siedlisku choroby - zauważa Joanna Budny.
J.D.



Komentarze