Dobro wraca! Trzymam się tej zasady i staram się zawsze być dobrym człowiekiem - mówi tomaszowianin Rafał Chmielewski, znany jako Dobry Chmiel, który swoją hip-hopową muzyką trafia do młodzieży.
Z raperem o jego życiu, inspiracjach, trudnych doświadczeniach i sportowej pasji rozmawia Joanna Dębiec.
Joanna Dębiec:- Kiedy zaczęła się pana przygoda z muzyką?
Rafał Chmielewski: - Hip-hopem zainteresowałem się już w 1998 roku, czyli praktycznie na początku rozwoju tego nurtu w Polsce, a dwa lata później byłem już tym całkowicie pochłonięty. Natomiast pierwszy utwór nagrałem dopiero w 2015 roku w Ośrodku Leczenia, Terapii i Rehabilitacji Uzależnień "Monar" w Graczach. Potrzebowałem trochę uwierzyć w siebie. Wcześniej wolałem zostawać w sferze marzeń. Fantazjować o tym, że jestem dobrym raperem. Bałem się oceny i tego, że to marzenie może się nigdy nie spełnić, nawet w małym stopniu. Widocznie ten czas też był mi potrzebny, wszystko dzieje się w odpowiednim momencie.
J.D.: - Skąd pan czerpie inspiracje? Czego słucha na co dzień?
R.Ch.: - Mam bardzo szerokie spektrum muzyczne. Słucham wielu różnych gatunków, co zresztą przekłada się na różnorodność muzyki na moich albumach. W tym momencie, jeśli miałbym wymienić trzech artystów, to byliby to: Grubson za pozytywny przekaz i oryginalny styl, KęKę, którego cenię głównie za warstwę tekstową oraz Miły Atz, którego lubię za technikę, flow i nowe brzmienie.
J.D.: - Często odwołuje się pan w swojej muzyce do uzależnień, problemów młodych ludzi. Nie są to dla pana obce tematy. Jak zaczęły się problemy z używkami?
R.Ch.: - Niestety było to dosyć wcześnie. Alkoholu zacząłem nadużywać już w wieku 14 lat. W liceum paliłem marihuanę. W ostatnich latach tej szkoły zacząłem brać też mocniejsze narkotyki.
J.D.: - Kiedy przyszedł moment krytyczny, w którym poczuł pan, że trzeba z tym skończyć?
R.Ch.: - Moment krytyczny przyszedł dopiero 10 lat później. W wieku 28 lat byłem już zupełnie bezbronny w stosunku do używek. Straciłem zdrowie i zaufanie najbliższych osób. Nie widziałem już sensu istnienia i wyjścia z tej sytuacji. Zrujnowałem wszystkie swoje marzenia, plany i, co gorsze, straciłem zaufanie do samego siebie. To były ciężkie chwile. Na szczęście moja najbliższa rodzina i moja obecna żona pomogli mi w rozpoczęciu terapii. Pierwszą osobą, na którą trafiłem, był Janusz Dziubałtowski. To on umówił mnie na spotkanie z terapeutami i pomógł wybrać ośrodek "Monaru" w Graczach. Od tego momentu zaczęło się moje wychodzenie na prostą.
J.D.: - Pewnie pana doświadczenia lepiej oddziałują na młodzież. Gdyby pan śpiewał, występował, nie znając ich problemów, byłby pan po prostu niewiarygodny. Czy młodzi ludzie to panu mówią, czy dobrze się rozumiecie?
R.Ch.: - Z dzieciakami, które już wiedzą, że mają problem z dragami, dogaduję się bardzo dobrze i faktycznie wpływa to na wiarygodność. Reszta nie zawsze chce uwierzyć w moje doświadczenia, często wolą wierzyć w mity o "dobrej zabawie" związanej z narkotykami.
J.D.: - Jakie jest, pana zdaniem, obecne pokolenie? Alkohol i narkotyki nadal są dużym problemem dla młodzieży, ale też samotność, uzależnienie od smartfonów, gier, mediów społecznościowych to bardzo niepokojące zjawiska...
R.Ch.: - Problem z narkomanią wśród młodzieży jest coraz większy. Wystarczy sprawdzić statystyki. To, o czym pani mówi, czyli samotność, sztuczny "świat idealnych instaludzi", którym dzieciaki nie są w stanie sprostać, izolacja społeczna są poważnymi problemami, które powodują coraz częstsze sięganie po substancje odurzające. Trzeba zwrócić też uwagę na to, że jakość tych substancji też jest coraz gorsza. Najbardziej powszechny mefedron powoduje straszne i nieodwracalne zmiany w psychice młodych ludzi. Poprzez swoją muzykę, teksty, chcę im przekazać, że to jest droga donikąd.
J.D.: - Ile pan nagrał utworów, co jest w pana muzycznych planach?
R.Ch.: - Mam wydane trzy płyty, na których jest blisko 50 utworów. Udzielam się również w "Teatrze do Spraw Ciężkich" w Miejskim Centrum Kultury "Tkacz", gdzie gram swoje utwory napisane specjalnie pod scenariusze przedstawienia. Kolejny "terapeutyczny" koncert gram razem z przyjaciółmi z "Monaru" 29 maja, właśnie w "Tkaczu" w ramach Tomaszowskiego Forum Trzeźwości.
J.D.: - Ale sztuka to nie jedyna pana pasja. Był pan kiedyś łyżwiarzem KS Pilica...
R.Ch.: - Tak, z łyżwiarstwem jestem nadal związany, choćby dlatego, że prowadzę wypożyczalnię i zajmuję się ostrzeniem łyżew. Na łyżwach jeżdżę już trochę mniej, ale sport w dalszym ciągu jest dla mnie bardzo ważny. Obecnie trenuję biegi z przeszkodami i może już niedługo będzie mnie można zobaczyć w Ninja Warrior Polska.
J.D.: - Ostatnio wystąpił pan też z koncertem dla młodych ludzi w Mieście Dzieci i Młodzieży przy ul. św. Antoniego. Była fajna atmosfera...
R.Ch.: - Tak, koncert w MDM okazał się świetnym pomysłem. Byłem pod wrażeniem tego miejsca na tyle, że chciałbym poprowadzić tam warsztaty hip-hopowe. Myślę, że może się to udać.
J.D.: - Co panu daje kontakt z młodzieżą?
R.Ch.: - Mam takie poczucie obowiązku dzielenia się moimi przeżyciami z młodymi ludźmi. Najlepiej człowiek uczy się na błędach, ale zdecydowanie wolałbym, żeby mogli uczyć się na moich. To działa zawsze w dwie strony, jeśli komuś pomożemy, to dostajemy też dużo dobrej energii do dalszego działania. Moje motto to: dobro wraca. Bycie dobrym człowiekiem i pomaganie innym sprawia, że w znacznym stopniu poprawia nam się samopoczucie, dzięki czemu mamy zdecydowanie więcej powera na rozwiązywanie własnych problemów. Wtedy wszystko w naszym życiu zaczyna się układać, a my czujemy, że to, co robimy, ma sens.
J.D.: - Co daje panu siłę?
R.Ch.: - Miłość do mojej rodziny i wiara w te słowa, że dobro wraca, daje mi moc do ciągłego działania. A jak dzieciaki ostro dają mi w kość, to mam także sport, który mnie motywuje, ale też resetuje psychicznie. Resztę emocji zapisuję, nagrywam i tak się toczy moje życie. A przecież mogło być inaczej, mogłem nie wyjść z tego bagna. Na szczęście w porę się opamiętałem i otrzymałem pomoc od innych. Teraz przekazuję, że każdy może pokonać to, co go niszczy.
J.D.: - Dziękuję za rozmowę.
Joannna Dębiec



Komentarze