Ta wiadomość, jak każda zła, przyszła niespodziewanie. - Wiesz, że zmarł Marek Miziak? - usłyszałem w telefonie...
Marek pracował z nami przez lata. Pisał niezwykle barwnie. W każdym, na pozór nic nieznaczącym zdarzeniu, potrafił znaleźć coś wyjątkowego. Był wszechstronnym dziennikarzem, ale jego największą pasją był Inowłódz, w którym mieszkał. O jego historii, o ludziach z nim związanych, o plejadzie przewijających się przez to miejsce filmowców mógł opowiadać godzinami. Mówił z takim zaangażowaniem, że nie dziwiło, dlaczego on - absolwent polonistyki, świetny kierowca rajdowy i erudyta wybrał z szerokiego wachlarza możliwości właśnie ten kawałek Ziemi.
Marek był przedstawicielem odchodzącego w przeszłość odpowiedzialnego dziennikarstwa. Gdy uznał, że samo pisanie o rzeczach, które trzeba - jego zdaniem - zmienić, poprawić, nie wystarcza, zdecydował się kandydować do Rady Gminy. Zdobył mandat i w przeciwieństwie do wielu z tych, którzy pracę w dziennikarstwie traktują jak trampolinę do politycznej czy biznesowej kariery, oznajmił, że nie może dłużej pracować w redakcji. Pamiętam jego słowa: - Jeśli coś zganię, to powiedzą, że chcę kogoś wygryźć, jeśli pochwalę, to znaczy, że jestem w jakimś układzie. A problemy pozostaną.
Dla nas będzie kolegą, który odszedł, a o którym zawsze się będzie pamiętać. Dla tysięcy ludzi, których oprowadzał po Inowłodzu, pozostanie Białym Mnichem. Taką postać sobie wymyślił i w białym habicie snuł zasłuchanym ludziom swoje opowieści. Mało kto z nich wiedział, że ma przed sobą także kierowcę rajdowego, członka ekskluzywnej grupy Rally Legend Team Poland, uczestnika wielkiego finału prestiżowego teleturnieju "Jeden z dziesięciu"...
Zmarł, mając 70 lat.
Andrzej Kucharczyk



Komentarze