Wtorek, 15 listopada, godzina 14.00. Siadam do pisania tekstu. Temat - plagiat popełniony przez szefa tomaszowskiej PO Adriana Witczaka.
Wkleił do swojego internetowego posta fragment cudzej wypowiedzi i nie podał źródła. Banalne - zawłaszczanie cudzych tekstów, cudzych pomysłów, podpinanie się pod cudze inicjatywy i sukcesy jest powszechne.
Nie znaczy to, że powinno być akceptowane. Sam wkurzam się niemiłosiernie, gdy widzę i czytam teksty autorskie opracowane przez naszych dziennikarzy, publikowane i zrzynane bez podania źródła. Może jestem staroświecki, ale rozróżnienie między ogólnodostępnymi informacjami a autorskimi jest dla mnie istotne.
Dla jednych postępek Adriana Witczaka będzie niefortunnym przeoczeniem, dla innych karygodnym przestępstwem. Uśmiecham się do siebie, bo najcięższe działa wytoczył "autorytet moralny", wylewając w ramach walki z językiem nienawiści kubeł pomyj na sprawcę.
Nagle informacja - na terytorium Polski, przy granicy z Ukrainą, spadły rakiety. Dwie osoby nie żyją. Nerwowo szukam szczegółów. W tym rejonie mieszka moja córka, moje wnuki... Plagiaty, politykierskie przepychanki odchodzą, przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Uświadamiam sobie, że nagle ta wojna uderzyła mnie tak, jak w miliony Ukraińców drżących o los swój i swoich bliskich. I tylko jedno jest ważne - żeby nic im się nie stało, żeby byli bezpieczni.
Andrzej Kucharczyk



Komentarze