To nie są zwykłe obrazy, lecz prace z tkaniny wykonane techniką haftu maszynowego i aplikacji, na które patrzysz i chłoniesz całymi zmysłami, zatapiając się nie tylko w kunszt artysty, ale też własne odnajdywane tam tęsknoty, pragnienia i rozterki. To są właśnie dzieła tomaszowianina Mirosława Bernackiego pokazane na wystawie pt. "I że cie nie opuszczę aż do..." w Miejskim Centrum Kultury "Tkacz". Jej wernisaż odbył się w piątek, 4 listopada.
Wystawa jest podsumowaniem działalności artystycznej Mirosława Bernackiego z lat 2019-2022. Podczas wernisażu towarzyszyła mu żona, Katarzyna Rutkowska-Bernacka. Na spotkanie przyszło wielu tomaszowian i gości, którzy w kuluarowych rozmowach wyrażali swój zachwyt nad pracami artysty.
On sam mówi, iż zależy mu na zatrzymaniu pewnych myśli, wrażeń, uczuć, które w danym momencie nim zawładnęły. - To ta chwila, która zaraz umknie. Myśli giną w poszczególnych fragmentach tkaniny. Nić żłobi w tkaninie bruzdy, tworzą się ściegi, czerwienie mieszają się z czernią, wtapiają się w nią. Pozostają trwałe ślady - mówi M. Bernacki. Wystawę można oglądać w MCK Tkacz w dniach 9-10 oraz 14-16 listopada br.
Prace aż zapierają dech, a sam wernisaż był okazją do porozmawiania z ich autorem, który jest również instruktorem w MCK.
Joanna Dębiec: - Od kiedy zajmuje się pan tkaniną artystyczną? Rozumiem, że ta pasja była ściśle związana z pana studiami...
Mirosław Bernacki: - Tak, ukończyłem Akademię Sztuk Pięknych im. Władysława Strzemińskiego w Łodzi z projektowania tkaniny i malarstwa na kierunku wzornictwo na Wydziale Tkaniny i Ubioru. Ale to nie był początek. Dwadzieścia kilka lat temu studiowałem w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Łodzi na Wydziale Malarstwa oraz Tkaniny Unikatowej. Tam przygotowywałem się do dyplomu i wtedy, na ostatnim roku, powstał pomysł wykonania dużych przestrzennych tkanin. Zakiełkowała myśl, żeby zacząć ją szyć. Może to było stąd, że mój tato był krawcem. Od dzieciństwa towarzyszył mi dźwięk maszyny do szycia, nitki i tkaniny.
- Pan zajął się tkaniną unikatową...
- Tak, na studiach wykonywaliśmy tkaniny z różnych materiałów, surowców, tworzyw sztucznych i to były właśnie moje początki. Wtedy jednak dyplomu nie zrobiłem, wróciłem do Tomaszowa i zająłem się pracą i rodziną. Pomysł powrotu na studia dzienne wrócił po 22 latach. Stało się to po namowach Moniki Olczyk, dawnej dyrektorki Tkacza oraz mojej żony Katarzyny. Pomysły sprzed lat wróciły i na ich podstawie zacząłem tworzyć tkaniny. Stwierdziłem, że właśnie szyjąc, mogę w najlepszy sposób wyrazić swoją sztukę.
- Można więc powiedzieć, że droga ta była dość długa...
- Tak, ja zresztą uważam, że sztuki nie można połączyć z życiem rodzinnym. Nie ma dobrych artystów, którzy mają świetne rodziny. Jeśli chcesz tworzyć coś fajnego i widzieć w tym wartość, to musisz poświęcić temu większość czasu. Ja wróciłem do sztuki, kiedy dzieci poszły w świat. Bardzo ważna była dla mnie też moja tkanina dyplomowa, która była prezentowana wśród najlepszych dyplomów 2009 r. To nakręciło mnie na dalszą działalność w tym kierunku.
- Tworzenie tkanin jest pewnie bardzo pracochłonne?
- Na tkaninę poświęcam głównie weekendy i urlopy. Ostatnia z nich pt. "I że cię nie opuszczę aż do..." powstała w 567,5 godziny. Na tkaninę "Nie idź w stronę światła" poświęciłem 263 godziny. Również pokazywany na wystawie "Niepokonany" powstawał 200 godzin. Czasem szyję dwie godziny, czasem osiem.
- Podczas pracy bardzo wspiera pana żona...
- Tak, nie tylko wspiera, ale też uczestniczy w procesie twórczym poprzez dokumentowanie. Robi mnóstwo zdjęć i filmów. Tkanina to jest relief, to są różne bruzdy. Kaśka świetnie to umie wychwycić. Pokazuje też tkaninę od tyłu. Ma ona dwa oblicza. Z tyłu także dzieje się wiele rzeczy, widać ten trud, który trzeba włożyć w jej przygotowanie. Widać setki, a nawet tysiące metrów nici. Z przodu nie widać tych przeszyć. Na tej wystawie są też pokazywane zdjęcia żony, które stanowią dopełnienie wystawy i są jednocześnie małym hołdem dla niej.
- Tkanin na ekspozycji jest kilkanaście, a ta najbliższa pana sercu to?
- To ta pt. "I że cię nie opuszczę aż do...". To jedna z tych kilku najbardziej dojrzałych artystycznie, które powstały na podstawie moich własnych przeżyć. Dla mnie istotna jest wiarygodność emocji. Dobra sztuka to ta, które powstaje na podstawie emocji, a później czują je odbiorcy. Te emocje, które widziałem u odbiorców, były mocne. To dla mnie istotne, bo moja tkanina jest dla wszystkich i o wszystkich. Zawiera emocje radosne i tragiczne, które nam towarzyszą: to marzenia, miłość, którą chcielibyśmy jeszcze zrealizować, to odejścia, rozwody, choroby... Chcę to wszystko zrównoważyć, nie idę w kierunku smutku, ciemności.
- Szycie tkanin stanowiło też dla pana swojego rodzaju oczyszczenie po chorobie...
- Tak, poza tym wcześniejsze moje prace z cyklu "Blizny", które też eksponuję na wystawie, także mocno akcentują przeżycia związane z moim pobytem w szpitalu. Jest również praca pt. "Niepokonany", która pokazuje mężczyznę, który nie poddaje się. Ucieka z krzyża, który jest symbolem cierpienia. W tej pracy chciałem zawrzeć to, że powinniśmy walczyć do końca.
- Odbiór pana prac jest bardzo pozytywny. To artystę musi bardzo cieszyć...
- Jeśli te prace powodują, że się o nich rozmawia, dyskutuje, komentuje w Internecie, że się nie przechodzi obok nich obojętnie, to jest dla autora najważniejsze. Moje prace są naprawdę dobre, ponieważ są emocjonalne.
- Dla artysty bardzo ważna jest także pracownia...
- Tak, mam pracownię o powierzchni 60 metrów kwadratowych w domu. Tkaniny nie dałoby się robić w mieszkaniu w bloku, ta największa ma 3 na 2,5 metra, to jest wysokość w bloku. Dla artysty to niezwykle ważne, by miał swoje miejsce, by nie musiał wciąż prac składać i rozkładać. Mam gdzie tkaninę rozwiesić, mam gdzie ją zszywać.
- Jakie ma pan dalsze plany?
- Tę wystawę będę chciał robić poza Tomaszowem. Jesteśmy w trakcie rozmów z dwiema galeriami, w Warszawie i Krakowie. Poza tym mam plany na tkaninę przestrzenną, będzie ona miała formę trójwymiarową. Będzie można ją oglądać ze wszystkich stron.
- Miewa pan kryzysy podczas pracy twórczej?
- Są takie momenty, gdy coś nie wychodzi, gdy coś się zaczyna pętelkować mocno czy nie chce zszywać. Mam stare maszyny, Łuczniki. Pochodzą głównie z darowizn od znajomych. Czasem jestem znużony długością pracy nad tkaniną. Trudno np. malować obraz przez pół roku, malarze robią to szybciej, a ja szyję wiele miesięcy, chciałoby się już zacząć robić coś nowego. Kryzys jednak szybko mija, nigdy nie miałem takiej myśli, żeby tkaninę zostawić i kiedyś tam ją skończyć.
- Czy pana dzieci również mają zacięcie artystyczne?
- Tak, moja 30-letnia córka Dominika pracuje w dziale promocji w Łódzkim Domu Kultury. Syn Borys ma 23 lata i jest freelancerem, zajmuje się kręceniem filmów, począwszy od scenariusza, po montaż i podkład muzyczny. Zajmuje się głównie raperami i ma wielką, kilkumilionową oglądalność na kanale YouTube. On zrealizował także film o mojej twórczości, pokazany na początku wernisażu na podstawie materiałów, które zrobiła moja żona Kasia.
- Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Joanna Dębiec



Komentarze