Udany, pełen atrakcji piknik rodzinny z okazji stulecia TKSM "Biała Góra" odbył się w sobotę, 9 lipca w Skansenie Rzeki Pilicy.
I dla dzieci, i dla dorosłych
Na piknik zaproszeni zostali pracownicy TKSM "Biała Góra" wraz z rodzinami. Przygotowano szereg atrakcji dla dzieci, jak i ich rodziców czy dziadków, bo Biała Góra łączy kilka pokoleń. Nie brakowało zabaw z animatorami, piłkarzyków, malowania twarzy, pokazu baniek mydlanych, huśtawek i lodów. Ciekawe były warsztaty chemiczne i występ muzyczny z animacjami dla dzieci, który odbył się na specjalnie przygotowanej dużej scenie.
Najmłodszych bawił zespół Kosmokwaki, który zachęcił je do tańca, śpiewania i zabawy. Dzieci zostały też zaproszone na scenę. Wspólnie z bajkowymi postaciami mogły sobie zrobić zdjęcia. Przez całe spotkanie pracownicy biesiadowali przy ustawionych stołach i różnych daniach.
Tak to było na kopalni
Wśród gości pikniku nie zabrakło zaprzyjaźnionego z firmą franciszkanina, ojca Mariusza Kapczyńskiego, proboszcza parafii pw. św. Anny w Smardzewicach. Przybył też Jens-Uwe Klemens, przedstawiciel Grupy Quarzwerke GmbH oraz zarząd "Białej Góry". Na scenie wyróżniono też wieloletnich pracowników kopalni. Wśród nich był Henryk Wilczyński, który w "Białej Górze" przepracował ponad 40 lat. Można było posłuchać jego wspomnień, jak to był początkującym bhp-owcem w kopalni. Wówczas to na wyrobisku "Wesoła" były prowadzone prace, a skarpa, na której stała spycharka, zaczęła się osuwać. Niestety maszyna wraz z operatorem spadła w dół na półkę złożową. Operator został wyrzucony ze spycharki i upadł z trzymetrowej wysokości. Został zabrany do szpitala. - Kiedy dotarłem do szpitala, lekarz dyżurny poinformował mnie o ogólnym stanie pacjenta. Nie było żadnych złamań, ale pacjent był mocno potłuczony i potrzebował dalszych badań. Niestety nie dało się ich wykonać, gdyż pacjent samowolnie opuścił szpital - wspomina Henryk Wilczyński. Bhp-owiec wrócił na kopalnię, by przygotować dokumenty związane z wypadkiem, nie wiedział, co się stało z operatorem, gdzie on jest. Był wypadek, a nie było poszkodowanego. - W pewnym momencie osłupiałem, kiedy zobaczyłem w miejscu wypadku operatora spycharki, który krążył po terenie w całkiem dobrej kondycji. Co ty tu robisz? - spytałem. Na to on spokojnie odpowiedział: Szukam czapki, była całkiem nowa. Pierwszy raz ją dziś założyłem. Taki był właśnie debiut H. Wilczyńskiego jako sztygara BHP w kopalni "Biała Góra".
Swoimi wspomnieniami podzielił się też Stanisław Król. Opowiadał, jak był jednym z uczniów początkowych klas szkoły podstawowej w Smardzewicach. Pewnego dnia udał się ze swoim tatą, Franciszkiem, motocyklem do Tomaszowa. Jego ojciec pracował w kopalni jako maszynista lokomotywy spalinowej. Kiedy wracali, zbliżając się do przejazdu kolejowego przy "Białej Górze", pan Franciszek nie zatrzymał się przed stojącym znakiem STOP i przejechał przez tory, nie zmniejszając prędkości. - W tym momencie, jak spod ziemi, wyrósł milicjant, zatrzymał nas, sprawdził dokumenty i zaczął uświadamiać ojca, co by mogło się stać, gdyby w tym samym czasie przejeżdżał pociąg - mówi Stanisław Król. - Na co mój tata odpowiedział, że pokonał przejazd bez zatrzymywania się, bo wiedział, że w tym czasie żaden pociąg nie przyjedzie, bo wychodząc z pracy, osobiście zamknął lokomotywę i klucz od niej ma przy sobie. Milicjant nie wiedział, co powiedzieć, oddał Franciszkowi dokumenty i kazał jechać dalej. Oczywiście tego dnia i wieczoru wspomnień o kopalni i wspólnej zabawy było znacznie więcej, w końcu "Biała Góra" ma już sto lat i wiele się w niej wydarzyło.
Joanna Dębiec



Komentarze