A może byśmy tak najmilszy, wpadli na dzień na... Teneryfę - w ich przypadku magia Tuwimowskiego wiersza nabrała nowego znaczenia. Krótkie wakacje zaowocowały zauroczeniem, tygodnie pobytu zmieniały się w miesiące, a chęć powrotu ustępuje pragnieniu, by zostać tu na stałe.
MICHAŁ I ASIA
Spotykamy się w ich mieszkaniu, w północnej części wyspy. Od Polski dzieli nas sześć godzin lotu samolotem i godzina jazdy samochodem z lotniska w Santa Cruz. Za szklanymi barierkami tarasu Atlantyk, a naszej rozmowie towarzyszy szum fal rozbijających się o podnóże 60-metrowego klifu. Asia zdejmuje z grilla queso asado - tutejszy biały ser, rozkłada miseczki z sosami mojo i miodem palmowym.
Michał nalewa do kieliszków afrutado - miejscowe, intensywnie pachnące owocami białe wino. Rozpoczynamy rozmowę.
Ich przygoda z Teneryfą zaczęła się prozaicznie. Ot, zwykły wakacyjny wyjazd do jednego z wielu rozsianych po wyspie ośrodków wypoczynkowych. Coś zaiskrzyło. - Przyjeżdżaliśmy coraz częściej - wspomina Michał. - Byliśmy zauroczeni przyrodą, klimatem, pejzażami. Praca nie pozwalała na dłuższy pobyt. - Michała absorbowała firma, mnie dzieci, ale kiedy tylko mogliśmy wpadaliśmy tu - wspomina ten czas Asia.
Na szczęście firma, którą założyli w Tomaszowie, rozwijała się, a dobra organizacja sprawiała, że nie trzeba było poświęcać jej tak dużo czasu jak na początku działalności. Dzieci dorosły, poszły w ślady ojca. - Kiedy powiedziałem mojej nauczycielce z liceum, że będę zdawał na Politechnikę Warszawską, potraktowała to jak żart - śmieje się Michał. Zdał, skończył z jedną z najlepszych lokat. - Na własnej skórze przekonałem się, co znaczy ukończenie dobrej uczelni, jak to ułatwia start. Może dlatego naciskałem, aby moje dzieci zrobiły tak samo - mówi.
Teraźniejszość pokazała, że był to wręcz "proroczy" sposób myślenia. Zarządzanie firmą coraz bardziej przechodzi w ręce latorośli, a Michał i Asia mają więcej wolnego czasu. - Nie pamiętam, kiedy doszliśmy do wniosku, że musimy tu zamieszkać. Pamiętam jednak, że postanowiliśmy się przekonać, jak tu się żyje, z dala od hoteli i wszystkich ułatwień, jakie ma zorganizowany turysta - wspomina Michał. Dwa tygodnie, które spędzili w wynajętym pokoju, przypieczętowały decyzję. Kupujemy mieszkanie na Teneryfie - postanowili. Zaczęły się poszukiwania. - Mieliśmy konkretne oczekiwania. Wiedzieliśmy, że musi to być północna część wyspy, nie tak gorąca jak południowa i dzięki temu nie tak oblegana przez tysiące turystów, koniecznie z widokiem na ocean, w miejscu, skąd blisko do sklepów, restauracji i w takim położeniu, by można było spokojnie podjechać samochodem i wypakować zakupy - wyjaśnia Asia. Nieobeznanym z realiami Teneryfy zwłaszcza to ostatnie może wydać się fanaberią, ale gdyby przyszło wam odbywać codzienną wspinaczkę po bułki stromymi uliczkami, nabiera to innego znaczenia.
Boom budowlany na Teneryfie wywołali niemieccy lekarze, którzy od lat siedemdziesiątych XX w. zalecali swym przebywającym na emeryturze pacjentom klimat wyspy jako remedium na wszelkiego rodzaju dolegliwości reumatyczne. Jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać nawiązujące do miejscowej architektury apartamentowce. Strome zbocza nadmorskich gór pocięto tarasami, na których jak w amfiteatrze powstawały kolejne piętra budynków. Na szczęście władze wyspy w porę się opamiętały. Dziś można stawiać nowe budynki w odległości nie mniejszej niż 500 metrów od brzegu oceanu. Ówcześni niemieccy rezydenci albo wrócili do Niemiec, albo po prostu zmarli. Ich dzieci nie za bardzo kwapiły się, by tu zamieszkać. Na rynku pojawiło się mnóstwo ofert.
Może się wydawać, że aby kupić na wyspie mieszkanie, trzeba być co najmniej milionerem. Nic bardziej błędnego. Ceny za metr są tu niższe niż w Tomaszowie (oczywiście z wyłączeniem najatrakcyjniejszych lokalizacji), a jeśli odejmiemy konieczność ogrzewania, okaże się, że i utrzymanie lokalu jest tańsze.
Przejrzeli setki ofert, odwiedzili dziesiątki mieszkań. Żadne nie spełniało ich oczekiwań. Wreszcie się udało. Podejrzewam, że poczuli to samo co ja, gdy z ich tarasu zobaczyłem bezmiar Atlantyku, poniżej klif porośnięty gdzieniegdzie kępkami kwitnących porostów, a w dole biel rozbijających się o skały fal - zauroczenie.
- Teraz jest tak, jakbyśmy mieli dwa życia - to polskie, i to tu. Przyjeżdżamy i wszystko się zmienia - jadłospis, rozkład dnia, nawet chyba sposób myślenia. Tu jest nasz kolejny świat - mówią zgodnie.
Dla wielu ludzi największą przeszkodą w przeprowadzce nie są pieniądze czy praca, ale ludzie - krąg znajomych, przyjaciół, rodzina, z którą nie chcą się rozstawać. - Coraz bardziej się wtapiamy, czujemy coraz większą więź z tym miejscem - podkreślają. Poznają nowych ludzi, nawiązują przyjaźnie z "tubylcami". Intensywnie uczą się hiszpańskiego. Asia szuka miejscowych smaków, zapachów, cudeniek niedostępnych turystom, a Michał... planuje kolejne ulepszenia i zmiany (czasem nie takie drobne) w ich prywatnym raju. Poza tym nie są tu jedynymi ludźmi, którym Karpaty kojarzą się nie tylko z górami, a Turbanów nie z fabryką tych nakryć głowy.
ROMAN I DOROTA
To była zwykła towarzyska impreza - imieniny czy urodziny... Traf chciał, że dwóch mężczyzn, którzy wcześniej się nie znali (o ile w Tomaszowie można kogoś zupełnie nie znać), gospodarze posadzili obok siebie. Panowie szybko znaleźli wspólny język. Obaj obarczeni prowadzeniem własnych firm, obaj myślący, jak przekazać je dzieciom i wreszcie znaleźć czas na zrobienie tego wszystkiego, co zawsze było odkładane "na potem". Obaj już dziś nie pamiętają, dlaczego w rozmowie znalazł się temat Teneryfy i życia tutaj. Być może Michał opowiedział o chęci zakupu mieszkania, pokazał zdjęcia, a Roman niezobowiązująco napomknął, że fajnie i że może on też się zastanowi nad kupnem... Być może nawet się zdziwił, gdy kilka tygodni później Michał przekazał mu informację o wystawionej na sprzedaż nieruchomości. - Gdy przyleciałem i obejrzałem to mieszkanie, wyszedłem na taras, wiedziałem, że to jest moje nowe miejsce na Ziemi. Nie chciałem nawet oglądać kolejnych - wspomina Roman. - Byłam przerażona - mówi Dorota - obcy świat, obcy ludzie, nieznany język. Po co kupować? Przecież zawsze można przyjechać na wczasy - tak początkowo myślałam.
Dla Romana nie istnieją bariery językowe. Ma unikalny talent do dogadywania się z każdym na wszystkich kontynentach. Ma też niebywałą umiejętność nawiązywania kontaktów i zawiązywania znajomości. Przekonuję się o tym w trakcie spaceru. - Tu mieszka Zbyszek, który prowadzi na wyspie firmę turystyczną, tu Jadzia... - padają dziesiątki imion. "Cesc Romano" - pozdrawia nas łamaną polszczyzną pasujący bardziej do Jamajki niż Teneryfy ciemnoskóry Kubańczyk. - To muzyk - wyjaśnia Roman.
Od kupna mieszkania minęły trzy lata. Był to czas remontów. - Miejscowi fachowcy są mili, ale dają sobie zbyt duży margines swobody w przestrzeganiu ustalonych parametrów - mówiąc grzecznie - do tego przysłowiowa maniana... W pewnym momencie musiałem zaprosić znajomych z Polski by skończyć prace tak jak chciałem - wspomina.
- Co posiadanie drugiego domu na Teneryfie zmieniło w twoim życiu - pytam Romana. - Praktycznie wszystko. Zmienił się mój stosunek do pracy - odpowiada ze śmiechem. - Przyjeżdżam, chodzę po górach, idę na plażę, poznaję nowych ludzi. Żyję w zupełnie innym rytmie. Także Dorota szybko odnalazła tu swoje miejsce. Ma swoje ulubione sklepy, smaki. Jest typową domatorką. - Tu jest prawie cały czas ciepło, słonecznie. Biorę książkę, czytam, opalam się, wypoczywam - mówi. Budują swój świat, w którym Polska miesza się z Hiszpanią. Mają nawet "swój" kościół. - Czasem po mszy bolą mnie dłonie. Tutaj nabożeństwa są rozśpiewane, radosne. Wszyscy klaszczą w rytm muzyki i nie chcę odstawać - mówi z uśmiechem Roman.
W Wielki Piątek idziemy obejrzeć tradycyjną procesję milczenia. Wąskie uliczki centrum wypełniają korowody ludzi w tradycyjnych strojach, w długich na ponad metr szpiczastych czapkach zakrywających twarze. Dostojnie przesuwają się wielkie platformy z figurami świętych. Ubrani na czarno ludzie trzymają zapalone świece... Wracamy do domu. Wszystkie stoliki mijanych restauracji, barów, kawiarni zajęte. Mimo późnej pory na skwerach gromady roześmianych dzieciaków. Z dala od centrum, w bocznej uliczce znajdujemy małą knajpkę i wolny stolik. Siadamy, nikt do nas nie podchodzi. Postanawiam znaleźć jadłospis. Drogę zastępuje mi niski, mocarnie zbudowany właściciel. - Wy Polacy - bardziej stwierdza niż pyta. Dlaczego wam się tak wiecznie śpieszy? Dlaczego tak ciągle gonicie... Usiądź, pogadaj ze znajomymi. Ja przyjdę, podam... Mamy czas. - Teraz już rozumiesz na czym polega największa różnica - śmieje się Roman.
Dorota coraz bardziej wydłuża swoje pobyty na wyspie. Mówi, że gdyby nie tęsknota za dziećmi, mogłaby tu mieszkać na stałe. Roman coraz poważniej myśli o "emeryturze", chociaż gdy rozmowę co chwila przerywa ważny telefon z firmy, trudno w to uwierzyć.
POZOSTALI
To jest jak malutka lawina. Znajomi, którzy odwiedzają ich na wyspie, którzy poznają tutejszy sposób życia, zaczynają zastanawiać się, czy nie pójść w ich ślady. Pierwsze efekty już są. Niedawno powstała kolejna tomaszowska enklawa.
Siedzimy z Romanem przy stoliku malutkiej kafejki niedaleko słynnego Loro Parku. Pytam o tutejszych Polaków, o to, ilu ich może być. - Dobry wieczór - mówi przechodząca kobieta. Tak poznajemy Halinę. - Przyjdźcie w czwartek. Tu, w tej knajpce, wieczorem spotykają się Polacy, ale tylko chłopy - śmieje się i macha na odchodne. Kolejna twarz, kolejne imię w mozaice, która wplata nitkę Pilicy w bezmiar Atlantyku.
Andrzej Kucharczyk



Komentarze