Prawdopodobnie pierwszy raz w najnowszej historii Tomaszowa odbyło się święcenie pokarmów w obrządku prawosławnym. Jest ono ważnym elementem świąt wielkanocnych, które właśnie w ostatni weekend obchodzili prawosławni i grekokatolicy, wśród nich liczna ukraińska społeczność Tomaszowa.
Wielkanoc prawosławna to święto ruchome, które wypada w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca. Różnica w terminie prawosławnej, a katolickiej, wynika z odmiennego kalendarza liturgicznego. Prawosławnych obowiązuje kalendarz juliański, podczas gdy katolicy posługują się gregoriańskim. Istota święta pozostaje jednak ta sama - to przeżywanie męki, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa.
W tym roku prawosławna Wielkanoc odbyła się 24 kwietnia. Poprzedzały je, tak jak u nas, nabożeństwa Wielkiego Czwartku i Wielkiego Piątku, które Ukraińcy z okolic mogli celebrować w parafii prawosławnej w Piotrkowie Tryb. Tam też odbywały się święcenia pokarmów, ale wyznawcy prawosławia z Tomaszowa nie musieli tam jechać, ksiądz z piotrkowskiej parafii w sobotę, 23 kwietnia przyjechał bowiem do nich. Święcenie odbyło się na terenie byłego Przedszkola nr 3 na Niebrowie i na przystani przy ul. PCK, gdzie obecnie mieszkają Ukraińcy przybyli do Tomaszowa po 24 lutego br., kiedy w ich kraju wybuchła wojna. Lokatorzy to głównie kobiety z dziećmi. Już przed godz. 15 przed dawnym przedszkolem na ul. Kombatantów było widać ruch. Do świąt i przyjazdu księdza przygotowywano się, robiąc koszyczki wielkanocne i potrawy. Na podwórzu ustawiono stół, na którym układano pokarmy. Na święcenie przybyły też osoby mieszkające w innych częściach miasta, część z nich dowiedziała się o planowanym święceniu z naszej gazety.
Wśród osób, które mieszkają poza dawnym przedszkolem, a przybyły z koszykami, były młode kobiety z dziećmi, Tatiana i Marina. - Nasze święta są podobne do waszych, najważniejsze w roku. Też święci się pokarmy. Do koszyka wkładamy jajka, paschę, mięso, kiełbasę, sól, pieprz i chrzan - mówi Tatiana z Łucka w zachodniej Ukrainie, która do Polski przyjechała z synem. W Tomaszowie miała koleżankę. - Musi być też w środku świeczka, którą zapalamy i potem ten ogień niesiemy do domów, uważając, by nie zgasł - dodaje Marina z Kijowa, która jest w Polsce z dwoma synkami. Obie przyjechały do Tomaszowa po wybuchu wojny w swojej ojczyźnie. Ukraina jest różnorodna. Niektóre tradycje i obyczaje świąteczne różnią się od siebie w zależności od regionu, ale jednak, jak tłumaczą moje rozmówczynie, ogólnie są podobne. - W tym roku święta są bardzo trudne, to nie to samo, co zawsze - zasmuca się Tatiana i oczy zachodzą jej łzami. - Ważne jest jednak, że możemy tu się spotkać i chociaż poświęcić pokarmy, poczuć klimat świąt - dodaje, płacząc.
Ani ona, ani Marina nie wybierają się do cerkwi, bo nawet nie wiedzą, gdzie ona się znajduje. Myślami są z rodzinami, które zostały w Ukrainie. - Nie gotujemy nic specjalnego w te święta, choć oczywiście będzie kiełbasa, mięso i pascha. Po prostu razem się spotkamy, porozmawiamy - mówi Marina. Obie mówią, że na ukraińską Wielkanoc dużo się przygotowuje. - Jest mnóstwo jedzenia, zwłaszcza ryb. Święta są bogate, bo to najważniejsze święta - wspominają. Na stołach stawia się też sałatki, mięsa i inne smakołyki. Na zachodzie Ukrainy dzieci leją się wodą, tak jak u nas w śmigus-dyngus. - Takie tradycje są w okolicach Lwowa, gdzie indziej nie - powiedziała nam Tatiana. Dzieci mają też bitwy na jajka. Stukają skorupkami pokolorowanych wcześniej jajek. Osoba, której jajko nie pęknie, wygrywa. Teraz, w Polsce, sporą część Wielkanocy Tatiana i Marina spędzą na rozmowach telefonicznych z bliskimi pozostałymi w ojczyźnie. Widać, że obie bardzo przeżywają sytuację. - Nam jest ciężko, dzieci radzą sobie dobrze, chodzą do Szkoły Podstawowej nr 14, dogadują się, nie mają problemu - opowiadają Ukrainki, ciesząc się, że synowie są dzielni i łatwo się przystosowują. One zaś wspominają, że w ich kraju ludzie na Wielkanoc chodzą do cerkwi, odwiedzają się wzajemnie. W tym roku ze względu na wojnę tego wszystkiego albo się unika, albo nie jest to możliwe pod rosyjskim ostrzałem. Wyjście do cerkwi byłyby niebezpieczne. Święcenia pokarmów często odbywały się na szybko, na ulicach.
Przed dawnym Przedszkolem nr 3 na księdza prawosławnego czekało kilkadziesiąt osób, a dzieci z piankowych, przedszkolnych puzzli przygotowały ukraińską flagę. Z nią stanęły przed stołami z koszykami i przed księdzem Janem Jakimiukiem, który przyjechał z Piotrkowa. Pomodlił się i poświęcił pokarmy. Potem wierni całowali krzyż. Ks. Jan Jakimiuk rozdawał dzieciom cukierki i zapraszał wszystkich do cerkwi. Na święceniu pokarmów spotkałam też Lubę i jej synową Julię. Luba mieszka w Tomaszowie już od roku, jest szwaczką, synowa z dzieckiem przyjechała do niej, kiedy rozpoczęła się wojna. - To dla nas bardzo ciężkie święta, dwóch moich synów zostało w Ukrainie. Boję się o nich. Nie mogę nawet o tym mówić - płacze kobieta. O święceniu pokarmów w Tomaszowie dowiedziała się z gazety. - Dobrze, że coś takiego jest zorganizowane i piszecie o tym - dodaje. W jej mieście, Chmielnicki, w Ukrainie jest na razie spokojnie. - Nie wiadomo jednak, co będzie dalej.
Tymczasem Ukraińcy w Tomaszowie starali się świętować. Ich prezydent, Wołodymyr Zełenski, w niedzielnej odezwie do narodu z okazji świąt powiedział, że w Wielkanoc prosi Boga o wielką łaskę: by nastąpił wielki dzień, kiedy na Ukrainie zapanuje pokój, a wraz z nim wieczna zgoda i pomyślność.
Joanna Dębiec



Komentarze