Zapach pomarańczy, światełka w lichtarzykach, karpie w wannie, po które stało się w kolejkach, śnieg po pas i gwiazdki z papieru, a choinka prostu z lasu. Pamiętasz jeszcze takie święta?
Przed wojną święta Bożego Narodzenia były biedne, ale kultywowało się rodzinne tradycje. Poprzedzający je adwent był czasem powagi, a robienie porządków przed Wigilią było obowiązkowe. Większość ozdób wykonywało się własnoręcznie. - W długie grudniowe wieczory po odrobieniu lekcji wraz z rodzeństwem robiłam łańcuchy i gwiazdki choinkowe z papieru.
W tym czasie babcia i mama przy tym samym stole dziergały na drutach szaliki, czapki i rękawiczki. Wspólnie śpiewaliśmy wówczas pieśni, takie jak "Spuśćcie nam na ziemskie niwy" - wspominała Jadwiga Dębiec z ul. Ujezdzkiej. Był to także czas wymiany słomy w siennikach łóżek. Na święta nie jadło się rarytasów. Piekło się na przykład placki drożdżowe z kruszonką i strucle z makiem. Gospodynie smażyły śledzie i grzyby w cieście, gotowały barszcz czerwony i lepiły pierogi z kapustą i grzybami. Na stołach pojawiały się również marynowane śledzie i dynie. Wszędzie pachniało cynamonem i goździkami. Do picia obowiązkowo przygotowywało się susz z wędzonych śliwek, jabłek i gruszek. Przed wojną w zakładowych przedszkolach, takich jak Tomaszowskiej Fabryki Sztucznego Jedwabiu, dzieci brały udział w jasełkach.
Mokre ciasta i zupa z suszu
Skromnie było też po wojnie, ale w Wigilię, tak jak dziś, wielu mieszkańców jadło karpia. - Pamiętam, jak dwa karpie pływały w wanience, takiej cebratce. Tak im się przyglądałem, że do niej wpadłem i cały byłem mokry. Zrobiło się zamieszanie, ale domownicy obrócili całą sytuację w żart. Było to na początku lat 50. XX w. - opowiada nam regionalista twórca i były dyrektor Skansenu Rzeki Pilicy Andrzej Kobalczyk. Działo to się w jego rodzinnym domu na Brzustówce, którego część jeszcze istnieje. Z dawnymi świętami kojarzy mu się choinka, po którą chodził z ojcem do lasu za Niebieskie Źródła. - Ozdoby robiliśmy sami z siostrą. Część powstawała też na lekcjach. Uczęszczałem do Szkoły Podstawowej nr 1, która znajdowała się przy ul. Stolarskiej. Czasem śniegu było tak dużo, że chodziło się wyżłobionymi w nim tunelami - wspomina A. Kobalczyk. W szkole robiło się łańcuchy z kolorowego papieru. Na choince wieszało się też tzw. włosie anielskie. Wiele lat później, w latach 70. i 80., jego dzieci robiły łańcuchy na choinkę z taśmy od dalekopisów, przy których on pracował jako dziennikarz. - Wybite przy pisaniu tekstu kropki, wpadały do małego pojemniczka. Były drobne jak kasza manna. Brało się je potem na sylwestra i używało jak dzisiejszego confetti. Panie były złe, gdy spadały im na sukienki. Ciężko było je też ściągnąć z dywanów, bo przecież wiele sylwestrów organizowało się w PRL-u w domach – wspomina nasz rozmówca.
Z dzieciństwa na Brzustówce w pamięć zapadły mu cukierki-sople wieszane na choince. Stała ona przy łóżku, rano ściągał je z siostrą w ten sposób, że na drzewku zostawały same puste sreberka. Na choince wieszało się też różne ciastka i pierniki. - Wówczas w domach nie było centralnego ogrzewania, więc robiła się wilgoć. Jak się wstawało rano, to w piecach kaflowych już wygasło i było zimno. Wilgoć robiła się na pierzynach. Ciastka na choinkach miękły od tej wilgoci i spadały z przywiązanych do nich nitek. Oczywiście też jadło się te rozmoczone ciastka spod choinki - wspomina Andrzej Kobalczyk. - Kiedyś, jak się obudziłem, pod choinką stał rower. Byłem tak szczęśliwy, że jeździłem nim potem po śniegu, nie czekałem do wiosny - dodaje.
Przed świętami jego babcia suszyła jabłka. Jadło się potem zupę z suszonych owoców z makaronem. Na stole pojawiły się też np. śledzie w cieście i smażone grzyby. - W święta dzieciaki bawiły się na dworze. Zimy były mroźne. Wiele razy skąpałem się w Pilicy czy na Niebieskich Źródłach. Babcia mi opowiadała, że gdy była mała, to dzieci, nie mając butów, ślizgały się nawet boso. Jak na kilkoro rodzeństwa była jedna para butów, to wymieniali się nimi - wspomina. W święta dzieci chodziły też z szopkami. Robiło się je z pudełek po butach, wykładało sreberkami czy papierem kolorowym, robiło figurki i żłóbek. Dzieci przedstawiały jasełka i dostawały za to słodkości. Frajdą były też kuligi. Sanie sunęły po bielutkim śniegu aż do żubrów w Smardzewicach. Późniejsze święta kojarzą mu się też z pomarańczami, które były rarytasem. - W prasie czytało się, że np. na redzie już jest statek z Kuby z pomarańczami. Czekało się na te statki - śmieje się regionalista.
Wędzonka za karpie i pierniki z lukrem
Z PRL-em kojarzą się oczywiście kolejki. Po różne artykuły trzeba było się "wystać". - Moja mama pracowała w sklepie mięsnym i dzięki temu było łatwiej pozyskać niektóre rzeczy. Na przykład odłożyła komuś wędzonkę, a jej ktoś ryby. Oczywiście za wszystko się normalnie płaciło. Ja byłam taką łączniczką i chodziłam po te produkty - śmieje się Zofia Zielińska, archiwistka z tomaszowskiego oddziału Archiwum Państwowego w Piotrkowie Tryb. - Pamiętam, jak w stanie wojennym niosłam karpie w takiej siatce z żyłki i te mokre, zimne ryby obijały mi się o spodnie. Były to dżinsy, tzw. teksasy. Denerwowałam się potem w domu, że mi karpie tak zabrudziły te spodnie. Całe nimi śmierdziały - opowiada Zofia Zielińska.
Za mięso wymieniała też pomarańcze. To był właśnie zapach świąt. - Wigilię mieliśmy u babci, w kamienicy przy ul. Farbiarskiej. W kuchni mieszały się różne zapachy świątecznych potraw, a pokój pięknie pachniał świeżością. Na telewizorze, które nie były przecież płaskie jak teraz, stała choinka, ustrojona pięknymi bombkami. Do dziś mam po babci kilka tych bombek, jak również dawne światełka, choć nie działają w nich już żaróweczki - wspomina nasza rozmówczyni.
Jej babcia piekła na gwiazdkę pierniki, do których formy własnoręcznie zrobił dziadek. - Lubiłam robić te kształty, serduszka, gwiazdki, a babcia je piekła. Bardzo chciałam je od razu jeść, ale babcia mówiła, że muszą zrobić się miękkie. Czekało się więc na nie do świat. Wtedy też smarowało się je lukrem - dodaje. Zofia Zielińska wybrała się kiedyś na wigilię u babci z chomikiem w wełnianej torebce. - Nie chciałam, by został sam w domu - śmieje się. Jechali autobusem i wtedy zobaczyła, że chomik zrobił dziurę w torebce i już chciał z niej czmychnąć. Mama dała jej swoją skórzaną rękawiczkę i w niej trzymała zwierzątko przez resztę podróży. Chomik spędził wigilię ze wszystkimi. Święta kojarzą się jej także z migającymi lampkami na choince. - Mój tata był chyba ich prekursorem - żartuje. - Co mama kupiła światełka, to ojciec przecinał ich kabelki, łączył do startera od jarzeniówki i one mrugały. Mama się trochę denerwowała, bo nie było to takie zmienianie światełek, jak obecnie, ale irytujące mruganie - tłumaczy. U babci na wigilii używało się sztućców Gerlacha, które nie były wyjmowane na żadną inną okazję. Potraw nie było aż tak wiele, ale na pewno na stole pojawiały się ryby, pierogi i susz. - Potem moja teściowa podawała też zupę suszową z własnoręcznie robionym makaronem. On był zawsze krojony jak od linijki - mówi archiwistka.
Kolorowy opłatek i bombki z cyckiem
W Wigilię nie mogło zabraknąć opłatka. Jak w swojej książce "Wspominki" pisała Krystyna Anysz z domu Sil (ur. w 1941 r., a wychowana na Kulasie nad Pilicą), w tamtych latach opłatek schowany był w kolorowych okładkach. - Według staropolskiego zwyczaju ten kolorowy opłatek dawało się zwierzętom. U nas krowom. Legenda głosiła, że zwierzęta w wigilię Bożego Narodzenia po zjedzeniu opłatka mówią ludzkim głosem. Kto odważył się podsłuchiwać ich rozmowy, na tego mogło spaść nieszczęście lub nawet śmierć.
Ojciec Krystyny Anysz robił z opłatka tzw. światełko. Była to kula o średnicy około 10-12 centymetrów, zlepiona z półkul. Opłatek bardzo łatwo daje się kleić odrobiną wody. Tę kulę zawieszało się u sufitu. Wtedy nie było światła, tylko lampa naftowa, a to światełko było bożonarodzeniowym elementem dekoracyjnym.
Dekoracją była i jest choinka, która niegdyś musiała być żywa. - Przodkowie wierzyli, że kradziona choinka miała uchronić domostwo przed złem i zapewnić dobrobyt w nadchodzącym roku - wyjaśnia etnograf Michał Adam Pająk, który dba o zachowanie dawnych tradycji i ozdób. - Wyprowadzając się z domu rodzinnego, nadal kultywuję ubieranie żywej choinki w ozdoby pochodzące z różnych lat. Wiele bombek mam z domu moich dziadków, z lat powojennych oraz z okresu późniejszego PRL-u, kupowanych przez siostry mojego ojca. Mam nawet dwie bombki, o które niezwykle dbam, gdyż są to pierwsze bombki kupione przez moją babcię na początku lat 50. XX w., tzw. bombki z cyckiem z namalowanym narciarzem. Mam jeszcze oryginalny sych i włosy anielskie, które mają oryginalne opakowanie z lat powojennych oraz ozdoby robione przez twórczynie ludowe, takie jak gwiazdki, dzwonki ze słomy oraz zrobione na szydełku z bawełnianych nici. Tak niegdyś stroiło się choinki - dodaje.
Joanna Dębiec



Komentarze