Już przed kilku laty żartobliwie "oburzała się" na odśpiewywanie "Sto lat". - Tyle mam projektów... No to przecież ja wszystkiego nie zrealizuję do setki... - śmiała się, niby nadąsana.
To właśnie "Sosenka" - Zofia Sosnowska, po mężu Czekalska, pochodząca z Tomaszowa Mazowieckiego uczestniczka powstania warszawskiego, która 6 lipca obchodziła setne urodziny.
- Musiałam walczyć o wszystko
Ojciec, Władysław, był robotnikiem w fabryce włókien sztucznych, później związał się ze strażą pożarną. Mama, Paulina, żyła z haftu. Był jeszcze młodszy o dwa lata brat Jerzy. - Rodzice byli bardzo biedni, żyliśmy w trudnych warunkach. Skończyłam tylko szkołę podstawową, bo choć o tym marzyłam, dalej nie mogłam się uczyć. Trzeba by było płacić, poza tym musiałam zająć się domem.
Jeszcze przed wojną, jako 13-latka została harcerką. - Jesteśmy już czwartym pokoleniem harcerzy. To miało wpływ na całe moje życie. W 2019 r., w spocie z okazji 75. rocznicy powstania ph. "Łączą nas wartości", o tym, co dla niej najważniejsze w życiu, powie: Nieść chętną pomoc bliźnim. Nie bać się mówić prawdy, tylko umiejętnie rozmawiać nawet z wrogiem. (Dla niezorientowanych - pierwsze zdanie to fragment Przyrzeczenia harcerskiego).
Z września 1939 r. pamięta napięcie towarzyszące przekonaniu, że "coś się wydarzy". I bombardowanie o świcie, jedno z pierwszych w Tomaszowie.
Szesnastoletnia Zofia trafiła do pracy na postrzygalni w fabryce włókienniczej (przy maszynach, których okropnie się bała). Nocami robiła na drutach sweterki, które później wymieniała na żywność. - Na wsi za ziemniaki, za kawałek jakiegoś tłuszczu. Później pani, która miała sklep z mięsem, zostawiała nam za nie jakieś odpady, podroby.
Wyjścia nie były bezpieczne przez notoryczne łapanki. - Nie można było iść do kina, a ja byłam ogromną wielbicielką filmów. Łapali, jak się wychodziło z kościoła. I ładowali do straży, która była obok. A tam mój ojciec - cichy, skromny, małomówny i bardzo, bardzo uczciwy, jak mógł, tak ludziom pomagał. Kogo się dało, wypuszczał przez kotłownię. Wielu ludziom uratował w ten sposób życie. Później był m.in. świadkiem, jak przywieziono Hubala. Wtedy nie wiedział, kto to jest. Tylko że na wozie przywieźli jakiegoś wielkiego Polaka, do którego nawet Niemcy - jak mi opowiadał - odnosili się z szacunkiem. Ale on już był prawie nieżywy. Nie wiedzieliśmy, co później Niemcy zrobili z jego zwłokami.
Wojenna rzeczywistość stawała się coraz trudniejsza także z innego powodu.- Mieszkaliśmy w dzielnicy (na Brzustówce - dop. red.), gdzie wcześniej wszyscy - Polacy, Niemcy - byliśmy razem. Byliśmy kolegami, przyjaciółmi. Nie było żadnych różnic. A teraz zrobiły się w naszym środowisku straszne podziały. Przyjaciel przyjaciela zastrzelił, dlatego, że ten był Niemiec, ten był Polak. Jedni koledzy szli do partyzantki, inni byli donosicielami. To było coś strasznego. W czerwcu 1944 r. podjęłam decyzję o opuszczeniu Tomaszowa i wyjeździe do Warszawy, do brata ojca, na Sienną 45. Tym bardziej, że w stolicy był już jej przyszły mąż. Także harcerz, działał w konspiracji, przenosił meldunki i rozkazy jako łącznik pomiędzy Warszawą i Tomaszowem oraz partyzantami znad Pilicy i lasów świętokrzyskich.
- W godzinie "W" i następnych
Pamięta entuzjazm przed powstaniem i po jego wybuchu. Nie podzielała go. - Pierwsze strzały widziałam przy Placu Grzybowskim. Powiedziałabym, że byłam zrozpaczona, bardzo: Boże, po co to, dlaczego? Musiała zdecydować, czy uciekać do Tomaszowa. Odchodził ostatni pociąg. Została. Był 6 sierpnia. Brat Zofii, Jerzy, brał w Tomaszowie ślub. Ona zaś stanęła przed dowództwem zgrupowania "Chrobry II". - Poszłam i mówię, że w czymś się przydam. "Jak, skoro nie znasz Warszawy?". Ale się przydałam. Skierowano ją na Sienną 41, gdzie była Centralna Składnica Apteczna odcinka zachodniego. - Robiliśmy leki, przygotowywaliśmy bandaże - z czego i jak się dało.
Od zgrupowania dostała zdecydowanie za duże ciemnoszare bluzę i spodnie, do tego beret, opaskę na rękę. Od swojego Cześka, który był szewcem, ogromne buty na gumie. - Dostawaliśmy jakieś zupy ze zgrupowania. Ludzie znosili nam soję, kaszę, które pitrasiłyśmy w kociołkach na ogniskach ze spalonych domów. Bywałam też głodna i to bardzo.
Wokół pełno było nagłych śmierci. Sama trzykrotnie cudem ocalała. Za pierwszym razem zdążyła wyjść z pokoju i zatrzymać się za drzwiami, gdy za jej plecami świsnęła bomba. Mieszkania zawaliły się do piętra, na którym była, ale na klatce schodowej nic się jej nie stało (poza raną przez odłamek szkła, który wpadł do jej ogromnego buta). Za drugim razem bomba spadła do pierwszego piętra, ją zaś pęd powietrza wrzucił do piwnicy. Był też nalot, gdy składała przysięgę.
Za najgorsze wspomnienie z powstania uważa jednak rozpacz po kapitulacji, choć nie była ona zaskoczeniem. - Tak jak czuło się, że będzie powstanie, tak samo czekało się, że będzie kapitulacja. I ta ulga, że można wyjść, nie trzeba siedzieć w piwnicy. Odczuwali ją chyba też ludzie z oddziału, i lęk: co teraz? Powstańcy, moi bliscy - mówię o swoich odczuciach i środowisku na Siennej - stawali się coraz mniej tacy... z entuzjazmem. Ale była też i postawa: "Nie damy się, idziemy prosto, z głową do góry, nie na kolanach". Czesiek do końca był entuzjastą. Nie widział rozpaczy ludzi. Widział tylko, że dostał broń i "walimy Niemców", bo na to czekali tyle lat. Podczas uroczystości z okazji 60-lecia powstania spotkałam się na placu Powstańców z przybyłym z Ameryki panem Arciszewskim z przedwojennego rządu. Później dostałam od niego list. Oni w Ameryce, w Waszyngtonie nie mogli zrozumieć, dlaczego doszło do tego zrywu. Dziękował, że po rozmowie ze mną to pojął, właśnie ten entuzjazm i to, że powstanie było, bo ci entuzjaści na nie czekali.
- W kolejce do Polski
Po kapitulacji do jej obowiązków należało organizowanie podróży dla chorych, zbieranie pościeli, jedzenia. - Wszystkie punkty szpitalne skoncentrowali na Zielnej, tu, gdzie teraz jest Pałac Kultury. Nie można było, ale chodziłam i wieszałam po domach kartki, by ludzie przynosili koło kapliczek co mają jeszcze z żywności. Biegałam po podwórkach, zbierałam to i gotowałam dla chorych. Niemcy, z nienawiścią, że mogą się odegrać, podpalali co się dało. Pamiętam, że podeszłam do siedzących na tobołkach staruszków i mówię im, żeby szli z cywilami. A oni, że niech ich Niemcy zabiją. "My stąd nie wyjdziemy, nasze dzieci tu zostały, nasz majątek". Mój wujo mówił tak samo. Został. Nigdy go już więcej nie spotkałam.
Chorych wozami i samochodami przewieziono na Dworzec Zachodni. Wysłano ich w trzydniową podróż bez leków, opatrunków, jedzenia. Podopieczni pani Zofii, jak wspomniała, jedli. Jeszcze w Warszawie... nasmażyła dla nich racuchów. To ich ratowało. Ona ich nimi ratowała.
Po trzech dniach dotarli do Saksonii, obozu jenieckiego Zeithain pomiędzy Dreznem a Lipskiem. Jak mówi, warunki były znośne, bo obóz był pod ochroną Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. - Wyzwolenie u nas było wcześniej niż ogólne. Była ogromna umieralność, bo Rosjanie, jak wkroczyli, dali dużo jedzenia, a ludzie się na nie rzucili. Inni, z podobnym skutkiem, szli do magazynów z wódką. My z koleżanką marzyłyśmy zza drutów, że jak przyjdzie wyzwolenie, to pójdziemy do ogródka na rabarbar. I tak zrobiłyśmy. Pocięłyśmy go, posypałyśmy cukrem - to było coś najwspanialszego!
Obóz jednoczył. Nie wiadomo było, kto jest kto. Wszyscy byli razem. Wyzwolenie to zmieniło. - Decydowało się na zebraniu. Wtedy się okazało, kto jakie ma zapatrywania. Kto chce wracać do Polski, kto chce się do Londynu zabrać... Ja stanęłam w kolejce do Polski.
Gdy wraz z innymi dotarli na Dworzec Kaliski w Łodzi, "przywitała" ich polska policja. - W drodze było wiele przeżyć, ale to było największe. Czekali na nas z bronią w ręku, bo "bandyci z powstania jadą". Dzięki mojemu sprytowi udało mi się ocalić wiele osób. Byłam mała, niepozorna i widziałam, co się dzieje. Przedostałam się do ubikacji, a stamtąd do dorożkarza, który stał po drugiej stronie. Pokazał mi, którędy trzeba iść i za rowery zobowiązał się nas zawieźć na Dworzec Fabryczny. Stamtąd Czesiek od razu uciekł do Warszawy, ja po kilku dniach też wróciłam. W listopadzie 1945 r. wzięli ślub.
- Nie umiem odpoczywać
Ostatecznie Czesław jednak wyemigrował. Zofia skupiła się na nowej pasji. Biuro Projektów Zabawkarskich w Cepelii zaangażowało ją jako projektantkę. - Nie miałam żadnego wykształcenia. Ale za to ręce sprawne od haftu, dziergania, no i główkę, która myślała... Spod jej rąk wyszły misie, liczne w zbiorach Muzeum Powstania Warszawskiego (gdzie również prowadziła warsztaty zabawkarskie), a także m.in. dywany, poduszki, kapelusze, szaliki, czapki czy sukienki. Wykonywała też stroje na zamówienie teatrów. Sama siebie nazwała w końcu żartobliwie pracoholiczką. - Co trochę coś wymyślam, coś wykombinuję. Nie umiem odpoczywać. Ciągle coś robię, ciągle coś tworzę. No, ale te misie na przykład: dziecko bierze w rączki i tak bardzo się cieszy - to mnie też aż skręca z radości. No, co zrobię, jak taki mam charakter, że radość dawania jest większa niż radość brania? Ot, cała "Sosenka"...
PS Objętość TIT nie pozwala na zaprezentowanie wszystkich wspomnień "Sosenki". Zaciekawionym polecamy wizytę w serwisie internetowym Muzeum Powstania Warszawskiego (1944.pl), gdzie w Archiwum Historii Mówionej znaleźć można wywiad-rzekę z naszą bohaterką. Serdecznie dziękujemy wolontariatowi MPW za pomoc w nawiązaniu kontaktu z panią Zofią.
wk



Komentarze