Kąpiąc się przy dzikiej plaży, można nawet zostać ukaranym mandatem. Tym bardziej, jeśli jest tablica z ostrzeżeniem o zakazie kąpieli. Takie oznakowania mają obowiązek postawić administratorzy (lub właściciele) terenów nad rzekami czy jeziorami.
Po wejściu do Unii Europejskiej (w 2004 r.) w polskim prawie wprowadzono dwa pojęcia: kąpieliska i miejsca wykorzystywanego do kąpieli. Większość gmin tworzyła gównie te drugie. Wystarczyło na dwa tygodnie przed otwarciem przeprowadzić badania próbek wody, która musiała zostać sprawdzona jeszcze tylko raz w ciągu sezonu. Zbadać głębokość wody, założyć bojki – żółte, wyznaczające strefę dla nieumiejących pływać, i czerwone, gdzie woda jest nieco głębsza. Dyżury musiało pełnić dwóch ratowników. Stan wody sprawdzali (wizualnie) inspektorzy sanepidu. Na początku 2018 r. w prawie wodnym do "miejsca wykorzystywanego do kąpieli" dopisano słowo "okazjonalnie", czyli nie dłużej niż przez 30 dni w roku. Niektóre samorządy jeszcze przed wprowadzeniem nowych przepisów postarały się o status kąpieliska (tego z prawdziwego zdarzenia) na swoim terenie.
W naszym powiecie mamy dwa kąpieliska strzeżone przez ratowników i kontrolowane przez sanepid. W Tomaszowie przy ul. PCK na Pilicą i nad Zalewem Sulejowskim na przystani w Smardzewicach. Zwłaszcza w tym drugim przypadku jakość wody budzi duże zastrzeżenia. Dlatego turyści szukają innych miejsc do wypoczynku nad wodą. Jednak muszą mieć świadomość, że na dzikich plażach obowiązuje zakaz kąpieli. – To wynika z zapisów prawa wodnego. W takich miejscach wchodzimy do wody na własną odpowiedzialność – mówią nam ratownicy WOPR.
Kąpiący się na niestrzeżonych kąpieliskach łamią przepisy. Tak jest w wielu miejscach nad Pilicą, ale też nad zalewem. Administratorzy (lub właściciele) takich terenów mają obowiązek postawienia tam oznakowań z zakazem kąpieli. Dzikimi plażami zawiadują głównie samorządy i Wody Polskie. W niektórych miejscach są stosowne oznakowania (np. w Spale), ale w niektórych ich brakuje.
ag



Komentarze