Anna Zenl, słynna Zaklinaczka koni, mistrzyni świata w jeździe bez ogłowia, która w niewyjaśnionych okolicznościach straciła konia wartego pół miliona złotych, pomimo przeciwności losu i choroby wraca do formy i jazdy.
Historia Anny Zenl, jest tak nieprawdopodobna, że aż czasem ciężko uwierzyć, że prawdziwa. Młoda, piękna, utalentowana łodzianka, która mieszkała niedawno na terenie gminy Ujazd, kocha konie i swoją pasję przekuła na wielki sukces. Wraz ze swoim ukochanym Arabem, Egistem, którego nazywała pieszczotliwie Gumisiem, sięgnęła po najwyższe trofea w mało popularnej, ale imponującej dziedzinie jeździeckiej. Dwukrotnie zdobyli złoty medal Mistrzostw Świata w Jeździe Konnej bez Ogłowia (w latach 2017 i 2019). Mieli też na swoim koncie srebrne medale mistrzostw Polski, jeden w trailu, dyscyplinie zręcznościowej na czas, a drugi w ujeżdżeniu.
W ujeżdżeniu Egist wyszkolony został do poziomu Grand Prix. Zachwycające popisy Egista i pani Ani można było oglądać też podczas imprez w naszym powiecie, np. na Hubertusach jeździeckich w Spale. Wiele razy doprowadzały one widzów do łez. Nazywano ją Zaklinaczką koni. A potem były łzy rozpaczy. 16 sierpnia 2020 r. na Dolnym Śląsku, gdzie Anna Zenl przygotowywała się z Egistem do pokazu w Karpaczu i Wrocławiu, ktoś zastrzelił jej konia. Stało się to, kiedy przebywał na padoku. Sprawą zajęła się policja i prokuratura, a także ogólnopolskie media i detektyw Krzysztof Rutkowski. O prawdę długo walczyła też sama Anna. Niestety, jak się okazało, stres negatywnie wpłyną na jej stan zdrowia i choroba nowotworowa rozsiała się po organizmie. Nie było nawet wiadomo, czy dalej będzie jeździć i czy będzie to w stanie robić bez swojego czworonożnego przyjaciela Gumisia. Jako że nasi czytelnicy często dopytają o losy Zaklinaczki koni, skontaktowaliśmy się z nią w ostatnich dniach po raz kolejny. Okazało się, że Anna Zenl działa i wraca do formy. Można było oglądać jej występ podczas niedawnych uroczystości poświęconych Hubalowi w Poświętnem w powiecie opoczyńskim. Pokazała się z dwoma kucykami, z którymi na co dzień trenuje do pokazów. Jest też duży koń, Esido, którego nazywa Siduś i z którym też ćwiczy, ale nie są to oczywiście treningi na poziomie tamtych z Egistem, ponieważ wciąż boryka się z kłopotami ze zdrowiem. - Są takie dni, że chwieję się na nogach, słabo się czuję. Czekają mnie kolejne badania. Nie rezygnuję jednak ze swoich pasji, bo ja bez koni nie mogłabym żyć. Treningi, jazda konna to ciężka fizyczna praca – mówi nam kobieta. Ostatnio była też zaproszona na pokaz w Rawie Mazowieckiej. Na co dzień swoją pasję realizuje teraz w Akademii Małego Konika w Zaborowie przy Puszczy Kampinoskiej. Piękno jazdy konnej pokazuje dzieciom w sekcji kucykowej i wkłada serce w rozwój tej szkółki jeździeckiej. Szykuje się do kolejnych pokazów z kucykami.
Wciąż nie może jednak zapomnieć i trudno się temu dziwić, o tragedii z Egistem, którą ją spotkała. Najgorsze, że śledztwo zostało umorzone. Pani Anna uważa, że nie wszystko zostało zrobione i sprawdzone tak jak należy. - Obecnie nie było już czego się chwytać, nawet adwokaci nie mieli pomysłu, co dalej można zrobić – opowiada nam. Boli ją to, że sprawca zabójstwa jej konia nie został ukarany. - Wiem, że folwark, na którym się to stało, ma zostać sprzedany – mówi. W Polsce doszło też do zastrzelenia kolejnego konia, źrebaka. Też szukany jest sprawca. A złotych medali, przyjaźni i piękna Gumisia i Zaklinaczki koni, nie odda już nic.
Joanna Dębiec



Komentarze