To będą wspomnienia. W początkach lat 50. XX w. miałem naście lat, mieszkałem z rodzicami w niewielkim domku przy ul. Wrzosowej. W sąsiedztwie takich chłopaków jak ja było kilku. Już przed świętami Bożego Narodzenia skrzykiwaliśmy się w 3–5-osobową grupkę na chodzenie z szopką.
Szykowaliśmy tekturowe pudło z wnętrzem ok. metra wysokości. Najlepiej nadawały się do tego amerykańskie opakowania po produktach spożywczych z UNRR-y (pomoc ONZ dla powojennych krajów Europy, a Polski w szczególności). Prawie w każdym domu takie pudła z grubej wielowarstwowej tektury można było znaleźć. Przerabiało się je na szopkę, co polegało na wyklejeniu wnętrza kolorową, najczęściej niebieską bibułą, na bibułę trafiały gwiazdki, aniołki, wizerunki Świętego Mikołaja i wycinanki w kształcie choinek, o co nie był trudno, bo wyciągało się je z pudełek z ozdobami choinkowymi z lat poprzednich. Problemem była stajenka ze świętą rodziną wokół Jezuska leżącego na sianku w żłóbku i zwierzętami dookoła.
Można było wykorzystać do tego świąteczne kartki. Przed żłóbkiem był lichtarzyk, w którym stawiało się choinkową świeczkę (o oświetleniu domowej choinki żaróweczkami jeszcze wtedy nie myślano). Dobrze było, by tak przygotowana szopka miała otwierane na boki wieczko. Gdy szopka już była, ruszało się w teren, ale nie w Wigilię i pierwszy dzień świąt, to były dni rodzinne. Ale już drugiego dnia świąt kolędnicy ruszali w teren, po bliższych i dalszych sąsiadach. Sąsiedzi przyjmowali chętnie kolędników. Świeczka płonęła, a odwiedzeni przez kolędników podziwiali jej wykonanie i słuchali kolędy, najczęściej "Wśród nocnej ciszy". Gospodarze przyłączali się do śpiewu, a dla kolędników były słodycze, pierniki, ciasto i gotówka w postaci drobniaków. Kasjerem był najbardziej zaufany z grupy. Słodycze po drodze zjadano, a gotówka była liczona na koniec obchodu i uczciwie dzielona. Chodzenie z szopką trwało każdego wieczoru do Trzech Króli, a takich kolędujących grupek było w dzielnicy kilka. Każda pilnowała, by nie pukać do tych samych domów. Bywało, że do niektórych mieszkań pukało kilka takich grup i wszystkie były obdarowywane. Zwyczaj zaczął niestety zanikać, i już w latach 60. zniknął zupełnie. Zostały tylko wspomnienia i może gdzieś na strychu unrowskie pudło robiące za szopkę.



Komentarze