tomaszowski informator tygodniowy
Ogłoszenia
Wyróżnione
UROLOG SPECJALISTA DR N. MED. K. DĄBROWSKI. USG. ...
czytaj dalej »

KARDIOLOG dziecięcy prof. doc. dr hab. med. JERZY ...
czytaj dalej »

DOCIEPLENIA tel ...
czytaj dalej »
 
Kultura

 Gawędy znad Modrych Wód

 



Wnętrze grot. Zdjęcie z lat 70. ub. wieku.


Historia piaskiem pisana
Nagórzyckie groty… Ileż to nostalgicznych wspomnień wzbudza ta nazwa wśród tomaszowian, zwłaszcza tych ze starszego i średniego pokolenia. Jednym ten rozległy labirynt tajemniczych czeluści, wydrążonych w piaskowcowej skale, kojarzy się z wycieczkami szkolnymi, innym - z samotnymi bądź klasowymi wagarami, a jeszcze innym - z ukradkowymi i jakże romantycznymi randkami. Także moje dzieciństwo, przypadające na lata 50. ubiegłego wieku, było mocno związane z tym niezwykłym miejscem.
Dobrze pamiętam ekscytujące wyprawy, na jakie często wybierałem się do nagórzyckich grot w gronie rówieśników z mojej rodzinnej Brzustówki. Dobrze pamiętam towarzyszący nam wtedy dreszczyk emocji, a także liczne guzy, które wtedy nabijaliśmy sobie na głowach podczas zabaw w chowanego w ciemnych i ciasnych pieczarach. Dysponując tylko wątłą pochodnią ze smolnych szczapek sosnowych, świetnie orientowaliśmy się w skomplikowanej plątaninie większych i mniejszych komnat i korytarzy. Tradycyjnym zwieńczeniem tych wypraw było dotarcie do położonego najdalej od wejścia ciasnego korytarzyka z legendarnym „łożem Madeja”, mającym tutaj kształt skalistej półki. Po latach dowiedziałem się, że oprócz tego legendarnego zbójnika w nagórzyckich grotach lokalne podanie umieściło jeszcze jednego lokatora…

Zbój Madej i diabeł
Dawno temu bogaty kupiec wracał do domu z towarami. Nocą zabłądził w lesie. Pomógł mu nieznajomy w zamian za coś, co kupiec miał w domu. Umowę podpisali krwią. Kupiec wiedział, że była to umowa z diabłem. W domu zastał żonę z nowo narodzonym synem, którego nierozsądnie obiecał diabłu.
Mijały lata. Gdy ojciec wyznał tajemnicę synowi, ten przyrzekł, że pójdzie do piekła i odbierze cyrograf. W drodze schronił się w jaskini zbója Madeja. Rozbójnik poprosił, aby chłopiec dowiedział się, jaką karę przygotowały dla niego diabły. Młodzieniec w piekle odebrał umowę i przyjrzał się czekającemu na zbója madejowemu łożu, najeżonemu szpikulcami. Po powrocie opowiedział o tym Madejowi, który postanowił zerwać ze zbójectwem. W ramach pokuty miał wetknąć w ziemię maczugę, która miała zakwitnąć i wydać owoce, gdy zbrodnie zostaną odpuszczone. Madej zaczął wypełniać pokutę.
Mijały lata, syn kupca został biskupem. Pewnego razu w lesie spotkał pod jabłonią klęczącego starca. Był to zbój Madej, który poprosił biskupa o spowiedź. Po każdej wyznanej zbrodni jabłka zamienione w białe gołębie odlatywały. Gdy starzec otrzymał rozgrzeszenie, jego ciało rozsypało się w proch. Pozostała tylko legenda o jaskini i przysłowie o madejowym łożu…
Ta legenda, zaczerpnięta z wydanego niedawno przewodnika „Podziemne trasy turystyczne”, dodaje nimbu tajemniczości nie tylko grotom nagórzyckim, ale także innym jaskiniom w różnych częściach kraju. Jak wynika z tej publikacji, Madej pełni rolę „dyżurnego zbója” na przykład w Jaskini Łagowskiej, znajdującej się w Górach Świętokrzyskich. Ale nagórzyckie groty wyróżnia spośród innych nie mniej pouczające podanie lokalne, zapisane jeszcze przed II wojną światową przez młodych entuzjastów krajoznawstwa i regionalnej historii - uczniów ówczesnego Seminarium Nauczycielskiego Męskiego w Tomaszowie Maz. Odkrywcze pasje, zaszczepione im przez wykładowcę tegoż seminarium, wybitnego etnografa, inicjatora utworzenia muzeum regionalnego w naszym mieście i późniejszego dyrektora Muzeum Etnograficznego w Krakowie - dr. Tadeusza Seweryna, odzwierciedlali oni m.in. w relacjach zamieszczanych na łamach popularnego przed wojną miesięcznika krajoznawczego „Orli lot”.
Opis nagórzyckich grot, skreślony przez ucznia tomaszowskiego seminarium - Stanisława Ślęzaka, a opublikowany w wydaniu tegoż periodyku z września 1926 roku, ubarwiło również podanie zasłyszane przez autora od okolicznych mieszkańców. Oto ono: „O grotach nagórzyckich krążą różne opowieści. Raz w nocy poszedł tam kopać piasek jeden chłop. Gdy zapalił latarnię i zaczął kopać, zobaczył, że zbliża się do niego jakiś pan, który miał ubranie w kratkę, czerwone pończochy, a na głowie czarny kapelusz, koło którego latały nietoperze. Był to diabeł.
- Co robisz? - zapytał. - A kopię. - A po co? - Żeby zarobić, bo nie mam pieniędzy - odparł chłop. - To ja ci je dam, ale przyrzeknij mi, że od dzisiaj będziesz spał w dzień powszedni, a w niedzielę pracował - powiedział nieznajomy. Po tych słowach poznał chłop, z kim ma do czynienia. Rzucił łopatę, uciekł z groty i odtąd nie chodził do Nagórzyc po piach.
Nie wiadomo, dlaczego tak urokliwa opowieść o diable nagórzyckim odeszła w zapomnienie, ustępując powtarzanej również dzisiaj legendzie o zbóju Madeju. A może w przepastnych czeluściach tych grot znajdzie się miejsce dla obydwóch?

Cenomańskie skarby
Jak widać, intrygujące swoją wielkością i tajemniczością piaskowcowe wyrobisko od dawna pobudzało fantazję amatorów wszelkich osobliwości. A jaka jest rzeczywista geneza tego złoża? Życiorys tutejszych skał piaskowcowych jest niezwykle długi, bowiem sięgający prawie 100 milionów lat! Podczas trwającej wtedy na Ziemi epoki kredowej na obszary tzw. Niecki Tomaszowskiej wielokrotnie wkraczało i wycofywało się morze. Nader obrazowo opisał ten proces wytrawny badacz i miłośnik przyrody okolic Tomaszowa, nieżyjący już, niestety, Jerzy Sosnowski w wydanym w 1995 roku informatorze turystycznym „Niebieskie Źródła - Groty”.
Osadzały się tutaj zarówno skały pochodzenia morskiego, jak też lądowego. Przesuwała się linia brzegowa ówczesnego wypyłyconego zbiornika. W pewnym okresie z wypiętrzającego się masywu małopolskiego spływała potężna rzeka, która na obszarze niecki tomaszowskiej utworzyła deltę. Tu właśnie (…) osadzały się piaski kwarcowe transportowane z dalekich Gór Świętokrzyskich. W miarę jak malała siła nośna owej rzeki, osadzały się tu coraz drobniejsze frakcje piasków. Złoża piasków kwarcowych w rejonie niecki osiągają grubość 150 metrów - wyjaśniał J. Sosnowski, dodając, że groty nagórzyckie są efektem chwilowego wynurzenia się w tym miejscu dna morskiego na przełomie kredy dolnej i górnej w tzw. cenomanie.
Najstarszy przekaz pisany o śnieżnobiałych piaskach w okolicach Tomaszowa pochodzi z 1883 roku. Opisał je po raz pierwszy I. B. Pusch w opublikowanym wtedy „Pamiętniku fizjograficznym”. O „ciekawych pieczarach na krawędzi wyniosłego brzegu rzeki” wspominała znana tomaszowska pisarka, właścicielka księgarni i autorka pierwszej (niewydanej) monografii naszego miasta - Emilia Topas-Bernsztajnowa w szkicu „Tomaszów Rawski, miasto fabryczne” zamieszczonym na łamach pisma „Ateneum” w wydaniu ze stycznia 1898 roku.
Na szczególną urodę tego miejsca wskazywał znany polski regionalista, krajoznawca i historyk, twórca założonego już w 1909 Muzeum Krajoznawczego w Piotrkowie Trybunalskim - Michał Rawita-Witanowski na łamach wydawanego w naszym mieście w latach 20. ubiegłego wieku tygodnika „Kurjer Mazowiecki”. Z zamieszczonego w inauguracyjnym numerze tego pisma z 10 lipca 1926 roku opisu Tomaszowa Mazowieckiego można się było dowiedzieć m.in., że „Okolice Tomaszowa, zwłaszcza nad brzegami Pilicy, odznaczają się malowniczością swego położenia (…). Na wyniosłym brzegu doliny rzecznej znajdują się ciekawe a niezbadane pieczary w Nagórzycach, w których wyżłobione w wapniaku groty, ciągną się pod ziemią na znacznej przestrzeni. Przepiękne wzgórza, miejscami dochodzące do 50 stóp wysokości, a w dolinach rozwiane kwieciste łąki i bory nadpilickie - tworzą krajobraz wymarzony dla malarza i poety” - pisał z emfazą M. Rawita-Witanowski.
Nie ustrzegł się on jednak dwóch istotnych błędów. Po pierwsze: nagórzyckie groty są wyrobiskiem wydrążonym nie w skale wapiennej, lecz w złożu piaskowcowym. Wiązanie tego wyrobiska z pokładami wapienia, a nawet… kredy jest zresztą błędem powielanym nawet i dzisiaj w wielu innych publikacjach (w tym - popularnych przewodnikach turystycznych i kajakowych). A po drugie: do 1926 roku nagórzyckie groty już zostały zbadane oraz opisane i to w sposób jak najbardziej rzetelny.
Taki charakter ma opis tego niezwykłego okazu geologicznego, a zarazem dzieła rąk ludzkich, poczyniony w 1912 roku przez wybitnego polskiego geografa, profesora Uniwersytetu Warszawskiego - Stanisława Lencewicza. Jest on efektem badań fizjograficznych, przeprowadzonych wówczas przez niego nad Pilicą na zaproszenie i w towarzystwie innego, wybitnego naukowca, profesora botaniki - Seweryna Dziubałtowskiego, pochodzącego, zresztą, z nadpilickich Smardzewic. W relacji z ich wspólnej wędrówki brzegami Pilicy od Ciebłowic do Sulejowa, zamieszczonej na łamach cenionego tygodnika krajoznawczego „Ziemia” w wydaniu z 20 lipca 1912 roku, czytamy:
„Niezmiernie charakterystyczne piaskowce cenomańskie posiadają swoją osobliwość: pieczary, jedne z najpiękniejszych w kraju. Wiedzie do nich nizkie niepozorne wejście, ale dalej wązki korytarz rozszerza się i rozgałęzia, a wysokość dochodzi do kilku metrów. Długość pieczar wynosi 180 kroków, przedzielają je i podpierają liczne kolumny, niekiedy cienkie ścianki z małymi otworami w kształcie okienek, co nadaje im wygląd niezwykły. Pięknością swoją nie ustępują one grotom ojcowskim, bo choć są nieco niższe, a może i mniejsze, ale liczne kolumny nadają im wygląd odmienny od grot ojcowskich, zbliżając je poniekąd do słynnej groty w Adelsbergu. Mamy więc w kraju piękne groty…”
W tym miejscu godzi się wyjaśnić, że przywoływana tutaj krasowa jaskinia w słoweńskiej miejscowości Adelsberg (obecna nazwa: Postojna) była przed stu laty geologiczną osobliwością słynną w całej Europie. Również dzisiaj „Postojnska jama” jest wielką atrakcją turystyczną Słowenii. Porównywanie z nią nagórzyckich grot przez tak wybitnego geografa z pewnością oznaczało sporą nobilitację dla tych drugich. Warto jeszcze wrócić do jego relacji z wizyty w „naszych” grotach.
„…przypuszczam, że cały urok pryśnie, skoro wytłumaczę się, dlaczego zamiast stalagmity i stalaktyty pisałem kolumny. Otóż pieczary w Nagórzycach są dziełem rąk ludzkich. Miękki piaskowiec z łatwością daje się skrobać na piasek, to też eksploatowano go tu w ten sposób, pozostawiając ogromne pieczary. Ułatwiało to nawet pracę, bo jeżeli wóz wjechał do pieczar, to można było bezpośrednio ze stropu pieczary sypać piasek na wóz” - to wyjaśnienie profesora Lencewicza jest nader ważne dla oddania istoty tego tworu, dla którego trafniejsza i bardziej prawidłowa z naukowego punktu widzenia jest nazwa: „wyrobisko podziemne”, Jednakże, pomimo tego iż nie jest ono dziełem przyrody, przylgnęła do niego, chyba już nieodwracalnie, nazwa: groty nagórzyckie.
Z pewnością do jej utrwalenia przyczynił się także opis zamieszczony na łamach wspomnianego już pisma „Orli lot” z września 1926 roku. W relacji z wędrówki po skalnym labiryncie, skreślonej przez S. Ślęzaka, czuje się dreszczyk emocji: „Trzeba się odpowiednio nastroić, aby wejść w ciemny loch na ślepo. Po chwili prostujemy głowy i zapalamy łuczywa. Stoimy w dużej, ponurej sali. Dokoła czarne, owalne plamy otworów, prowadzących w głąb grot. Otaczają nas potężne kolumny dziwacznego kształtu u góry i dołu rozszerzone, a w środku zwężone. Na ostrołukowych sklepieniach wiszą czarne nietoperze i połyskują się krople wody, który w świetle łuczywa błyszczą, jak tysiące brylancików tem piękniej, że odbijają się od okopconych stropów.
Omijając szerokie bazy kolumn, wchodzimy do „komnaty królewskiej”, wysokiej na 3 m., długiej na 30 m., szerokiej na 25 m. Głos nasz brzmi jakoś grobowo, jakby skądś z daleka. Po błąkaniu się po licznych zaułkach dochodzimy do długiego korytarza, którego najdalej wysunięty język znajduje się w odległości 120 m. od wejścia do grot. Zauważyć tu można liczne jamki dzikich królików tzw. niebieskich, które tutaj znalazły bezpieczne schronienia przed myśliwymi. W powrotnej drodze zwiedzamy jeszcze najdłuższą, ale i najniższą salę „stołową” nazywaną tak dlatego, ponieważ na środku jej znajduje się zniszczona kolumna w postaci stołu”. Artykuł ten zilustrowano pierwszym, szczegółowym planem grot nagórzyckich, będącym efektem wprost benedyktyńskiej pracy Stanisława Ślęzaka i jego kolegi szkolnego - Bronisława Maleja.

Piasek za łupiny
Prawdopodobnie pierwszymi eksploratorami tych złóż byli okoliczni chłopi, wydobywający biały piasek do celów gospodarskich. Odsłonięta na stromym zboczu pradoliny Pilicy, przy drodze do Nagórzyc, skała piaskowcowa dawała się łatwo drążyć prostymi kopaczkami i kilofami. O osobliwej działalności „górniczej” w tej okolicy wspominają już XVIII-wieczne kroniki. Początkowe wnęki przekształciły się z czasem w obszerne pieczary. Do ich wnętrza wjeżdżano furmankami. Górę drążono w kilku punktach, pozostawiając wewnątrz filary i całe ściany dźwigające strop.
W ten sposób, jak napisał wielce zasłużony tomaszowski archiwista i historyk-regionalista - Włodzimierz Rudź w wydanym w 1974 roku przewodniku „Tomaszów Mazowiecki i okolice”, powstało kilka jaskiń, noszących na początku ubiegłego wieku nazwy: „niedźwiedzia”, „borsucza”, „taneczna”, „ciemna”, „jeziorna”, „szumna”, i „chowańcowa”. Inna, głębiej ukryta pieczara nosiła nazwy: „karkołomna” lub „złodziejska”, gdyż podobno chronili się w niej rabusie. Później nadano poszczególnym komorom inne nazwy, dyktowane podobną wyobraźnią i fantazją.
Początkowo piasek nagórzycki służył mieszkańcom okolicznych wsi do dosyć prozaicznych, można by rzec higieniczno-estetyzacyjnych, celów. Posypywano nim podłogi izb, a także obejścia gospodarskie czy chodniki przed domami. Często wysypywano go również w otoczeniu grobów na cmentarzu. Wbrew spotykanej dzisiaj często opinii piasek ten nie nadawał się do celów budowlanych. Jego specyficzna struktura z idealnie okrągłymi ziarenkami uniemożliwiała dostatecznie mocne związanie się zaprawy murarskiej.
Zaradni „górnicy” z Nagórzyc postarali się jednak o zarobkowanie na tym piasku, sprzedając go mieszkańcom pobliskiego Tomaszowa, gdzie używano go w taki sam sposób, jak wcześniej podany. Nagórzyczanie sprzedawali piasek na miarki, a czasem wymieniali go z tomaszowskimi klientami na ziemniaczane obierki (zwane tu gwarowo łupinami), którymi karmili swoją trzodę. Z takich transakcji wzięło się dosyć popularne kiedyś porzekadło: „nie ma piasku za łupiny”. Było ono synonimem mało opłacalnej transakcji i funkcjonowało w naszym mieście i jego okolicach jeszcze w okresie międzywojennym.
Dynamiczny rozwój krajowego przemysłu szklarskiego w II połowie XIX wieku sprawił, że nagórzycki piasek zaczęto eksploatować na szerszą skalę. Okazało się bowiem, że zawiera on ponad 80 procent przeźroczystego kwarcu. Znajdujące się w nim niewielkie domieszki skalenia, węglany wapnia, glinki i żelaza można łatwo usunąć. Dlatego piasek z Nagórzyc zyskał duże uznanie hutników szkła już w XIX wieku. Ceniono go na równi ze znanym wtedy w całej Europie piaskiem saksońskim.
Nic przeto dziwnego, że urabianie piasku pod Nagórzycami nabrało dużego rozmachu. Transportowano go stąd wozami konnymi w coraz większych ilościach do znanych hut szkła w nieodległym Piotrkowie. Nagórzycki piasek przewożono również koleją do hut w Warszawie, Częstochowie i Rudnikach. Swoiste „chałupnicze” drążenie tych pieczar trwało aż do początków XX wieku. Któregoś dnia nagórzyccy „górnicy” nieostrożnie podcięli jedną z kolumn i spowodowali zawalenie się podtrzymywanej przez nią komory. Według miejscowych przekazów pod zwałami piaskowcowej skały miał wtedy zginąć jeden z mieszkańców Nagórzyc. Co ciekawe, tę wersję potwierdza Teresa Serwa (z d. Jabrzyk), pochodząca właśnie z Nagórzyc, a mieszkająca od kilkudziesięciu lat w tomaszowskiej dzielnicy Brzustówka. Według niej śmiertelną ofiarą opisanego wcześniej wypadku był jej dziadek - Jan Jabrzyk.
Na skutek tego tragicznego zdarzenia władze carskie zabroniły dalszego wydobywania piasku z podziemnych pieczar. Nie chcąc jednak tracić zarobku, mieszkańcy Nagórzyc kontynuowali eksploatację tego złoża metodą odkrywkową. Rychło obok grot wykopali długi i głęboki jar, usytuowany za grotami po prawej stronie stromego podjazdu do tej wsi. Działalność ta nie trwała jednak długo i ustała na początku lat 20. ub. wieku po uruchomieniu na drugim brzegu Pilicy dużej i nowoczesnej, jak na tamte czasy, kopalni piasków kwarcowych „Biała Góra”, eksploatującej to samo złoże już na o wiele większą, przemysłową skalę.
Mówiąc o historii grot nagórzyckich, nie sposób nie wspomnieć o ich osobliwej miniaturze w postaci tzw. małych grot, znajdujących się na przeciwległym brzegu Pilicy pod Smardzewicami. W odsłoniętej tutaj przez Pilicę stromej wychodni piaskowcowego złoża (ciągnącego się od Nagórzyc również po skalistym dnie rzeki) także próbowano fedrować cenny, śnieżnobiały piasek. Było to jednak trudniejsze zadanie niż pod Nagórzycami. Z uwagi na dużą wysokość i stromiznę skały, obmywanej w dodatku przez wody Pilicy, podpływano do niej drewnianymi krypami. Urabiany ze zbocza piasek odwożono nimi do położonego niżej brzegu, aby tam przeładować go na furmanki. Z czasem w stromym zboczu wydrążono dosyć pokaźną pieczarę, widoczną jeszcze na zdjęciach z okresu międzywojennego.
Dzisiaj o tym miejscu, nazywanym przez okoliczną ludność również „skałkami” lub „jamkami”, należałoby pisać już, niestety, w czasie przeszłym. Naturalna erozja, ale także niszczycielska działalność ludzi sprawiły, że z dawnych „małych grot” pozostało tylko niewielkie przęsło z piaskowcowej skały. Przylega ono do wysokiego zbocza, stromo wznoszącego się nad nadpilicką łąką.

Na tomaszowskiej okrąglicy
Już przed wojną zastanawiano się, jak uchronić nagórzyckie groty przed zniszczeniem i jak uczynić z nich atrakcję turystyczną. Ba, również niemieccy okupanci w latach II wojny światowej na swój sposób je promowali, umieszczając tę geologiczno-górniczą osobliwość w wydanym w 1943 roku w Lipsku… kieszonkowym przewodniku turystycznym po ówczesnej Generalnej Guberni. Nie zapomniano o nagórzyckiej atrakcji również w wydanym w 1952 roku przewodniku turystycznym „Spała. Tomaszów Mazowiecki” pióra wytrawnego etnografa i muzealnika - Jana Piotra Dekowskiego, W swoim opisie grot nagórzyckich dawał on zainteresowanym praktyczną radę: „ Osoby, odwiedzające groty oprowadzają chętnie pasterze pasący bydło na przyległym pastwisku. Używają oni łuczywa, lepiej jednak zabrać ze sobą latarki elektryczne lub świece”.
Jednakże dopiero w 1957 roku staraniem tomaszowskiego oddziału PTTK oczyszczono mocno zaśmiecone i zanieczyszczone komory. Pomyślano także o zabezpieczeniu ich przed dewastacją poprzez zamontowanie w głównym wejściu metalowej furtki, zamykanej na kłódkę oraz krat w bocznych wejściach. Początkowo zwiedzanie grot odbywało się pod nadzorem przewodnika. Jeszcze w wydanym w 1971 roku przewodniku turystycznym po woj. łódzkim zachęcano do zwiedzania grot nagórzyckich, informując iż „…są one uznane za pomnik przyrody, a dla ich ochrony wejście zostało zamknięte ozdobną kratą (klucz znajduje się u dozorcy grot we wsi)”. Potem jednak zaniechano tego; ozdobna furtka z PTTK-owskim emblematem została ukradziona, a groty na powrót stały się siedliskiem wandali.
Ponowny przypływ zainteresowania nagórzyckimi grotami nastąpił w 1976 roku. Wtedy to zwróciły na nie uwagę władze nowo powstałego województwa piotrkowskiego, postanawiając ulokować w ich wnętrzu… węgierską winiarnię. Rozważano przy okazji pomysł urządzenia w grotach czegoś w rodzaju skansenu dawnego szklarstwa. Z tymi planami wiązały się badania grot przeprowadzone na zlecenie ówczesnego Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Turystycznej „Trybunalskie” przez Warszawski Oddział Polskiego Towarzystwa Nauk o Ziemi. Ich efektem była pierwsza, pełna dokumentacja podziemnych wyrobisk w Nagórzycach, zawierająca m.in. analizę geologiczną, inwentarz wyrobisk oraz opis mikroklimatu i przekształceń antropogenicznych grot. Opracowanie uzupełniono bogatym serwisem fotograficznym.
Już wtedy naukowcy zwracali uwagę na szybko postępujące niszczenie grot, będące wynikiem zarówno przyczyn naturalnych, jak i bezmyślnej dewastacji ludzkiej. Wytruto zatem owady dymem z ognisk, skażono sterylność środowiska grot poprzez bakterie i grzyby rozwijające się na resztkach organicznych. Warszawscy naukowcy wskazywali także na postępującą erozję grot, grożącą ich zawaleniem i odrzucili pomysł umieszczenia w nich winiarni. Postulowali także wzmożenie opieki nad grotami, argumentując, że mniejszym złem będzie okratowanie wejść, niż dopuszczenie do tragedii.
Do takich samych wniosków doprowadziły specjalistyczne badania naukowe grot nagórzyckich, przeprowadzone w połowie lat 80. ub. wieku z inicjatywy ówczesnego dyrektora naczelnego Tomaszowskich Kopalni Surowców Mineralnych „Biała Góra” Stanisława Warchoła. Za badania, wykonane przez zespół naukowców z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie pod kierunkiem znanego w kraju specjalisty od zabezpieczania obiektów poeksploatacyjnych prof. dr. Zbigniewa Strzeleckiego, kopalnia zapłaciła 3,7 mln ówczesnych złotych. Ich celem była ocena przydatności nagórzyckich wyrobisk do celów turystycznych. Przemyśliwano m.in. o urządzeniu w nich ekspozycji… historycznych podpór i obudów kopalnianych. Krakowscy naukowcy zalecili wykonanie wielu bardzo kosztownych prac ratowniczych w nagórzyckich wyrobiskach. Niestety, nie było na nie stać „Białej Góry”, a władze woj. piotrkowskiego nie przejawiły tą sprawą większego zainteresowania. Odłożono ją więc ad acta.
Jednakże wycieczkowicze i spacerowicze ciągle zapuszczali się w te przepastne i ciemne czeluście. Pomimo braku jakiegokolwiek zabezpieczenia groty nagórzyckie nadal były żelaznym punktem na trasach licznych wycieczek autokarowych przyjeżdżających tutaj z różnych części kraju, a nawet z zagranicy. Na tej fali w latach 80. i 90. pojawiła się grupa samozwańczych przewodników-wyrostków z pobliskiego Tomaszowa, którzy przez kolejne sezony raczyli zwiedzających niezwykłymi, najczęściej zmyślonymi opowieściami o grotach i zamieszkujących je duchach. Dla ubarwienia swoich historii ci bywalcy grot rysowali bądź rzeźbili w ich wnętrzu postacie diabłów i różnych maszkaronów. Trzeba przyznać, że niektórzy z nich przejawiali niemało fantazji i polotu w tych podziemnych spektaklach, inkasując za nie drobne datki.
A tymczasem pozbawione jakiejkolwiek ochrony rozdeptywane i rozdrapywane wyrobiska ulegały coraz bardziej postępującej degradacji. W rezultacie o mało nie doszło tutaj do tragedii. Którejś nocy zarwał się strop jednej z komnat, usypując na jej dnie spore zwałowisko skalne. Przez dosyć długi czas w suficie komnaty czerniał wysoki piaszczysty „komin”. Wreszcie, w 2002 roku, uległ on zarwaniu; do groty wsypały się ogromne ilości żółtego piachu. Na powierzchni zwałowiska powstał duży lej, w którym pogrążyło się kilka rosnących tutaj sosen. Dopiero to wydarzenie skłoniło ówczesne władze Tomaszowa do zamknięcia wszystkich wejść do grot poprzez zamurowanie bądź okratowanie.
Pomimo tego nadal były one magnesem przyciągającym liczne rzesze krajowych i zagranicznych turystów. Ciągle zatrzymywały się przed nimi liczne autokary wycieczkowe zdążające nad Zalew Sulejowski, aby ich pasażerowie mogli chociaż z zewnątrz podziwiać ten unikat geologiczny, odsłonięty w niezwykły sposób zarówno przez Pilicę, jak i przez ludzi. Przybysze, jak i liczni mieszkańcy Tomaszowa wciąż dopytywali się o to, kiedy wreszcie owe, jedyne w skali kraju i jedne z rzadszych w Europie, wyrobiska zostaną należycie wzmocnione i wykorzystane dla szerokiej promocji turystycznej naszego miasta.
Także i ja zadawałem to pytanie już przed 12 laty w książkowym wydaniu moich „Gawęd znad Modrych Wód”. Frapujące, w większości dotychczas nieznane dzieje nagórzyckiego fenomenu przyrodniczo-historycznego zawarłem w trzech kolejnych rozdziałach: „Niczym grota w Adelsbergu”, „Wycieczka do „małych grot” oraz „Wizjoner z Białej Góry”. Przypomina je także niniejsza gawęda, uaktualniona o szereg nowych wiadomości i faktów z odnalezionych w międzyczasie dodatkowych źródeł historycznych.

***
Realne szanse na spełnienie się tych nadziei daje realizowany obecnie „Projekt technicznego zabezpieczenia i adaptacji wyrobisk grot nagórzyckich na podziemną trasę turystyczną”. Został on opracowany pod kierunkiem mgr. inż. Janusza Chmury z Fundacji „Nauka i Tradycje Górnicze”, istniejącej przy Wydziale Górnictwa i Geoinżynierii krakowskiej AGH. Dzięki staraniom władz miejskich udało się na niego pozyskać kwotę ponad 3 mln zł ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. Unijne pieniądze posłużą zarówno do powstrzymania procesu degradacji samych podziemi, jak też do urządzenia unikatowej w skali kraju podziemnej, ponad 150-metrowej trasy w labiryncie tajemniczych jaskiń i korytarzy. Powiedzie ona amatorów niezwykłych wrażeń po drewnianym chodniku, zabezpieczonym i wzmocnionym specjalnym oszalowaniem.
Atrakcyjność tej wyprawy z pewnością podniesie przewidziany w projekcie nieszablonowy, żywy sposób prezentacji wyrobiska, opierający się w znacznej mierze na nowoczesnych efektach wizualnych i dźwiękowych. Geologiczna metryka nagórzyckiego złoża oraz jego eksploatacja zostanie ukazana m.in. za pośrednictwem projekcji filmowych oraz ruchomych dioram w kolejnych komnatach i wnękach. Można będzie tu spotkać nie tylko dawnych górników, ale także legendarnego zbójnika Madeja i nagórzyckiego diabła. Znajdzie się również miejsce na wizualizację legendy o królewnie poskramiającej groźnego niedźwiedzia w czeluściach jego pieczary, a zobrazowanej w znanym powszechnie herbie Tomaszowa Mazowieckiego.
Takie i inne, równie oryginalne, formy prezentacji historii grot nagórzyckich, jak też praktycznego wykorzystywania piasków z tego złoża przewiduje się również w usytuowanej przed grotami części dydaktyczno-administracyjnej. Zostanie ona stworzona kosztem ponad 1 mln zł, pochodzących z budżetu miasta. Nagórzycka atrakcja miałaby wtedy szansę stać się kolejną „perełką” w tworzonym na obrzeżach naszego miasta kompleksowym, markowym produkcie turystycznym „Tomaszowska okrąglica”, nawiązującym do używanej tu niegdyś gwarowej nazwy pilickich serpentyn.
Na trasie, opasującej obydwa brzegi Pilicy w granicach Tomaszowa, znajdą się niespotykane gdzie indziej atrakcje turystyczne, łączące w sobie zarówno osobliwości o charakterze przyrodniczym, jak też historycznym. Oprócz grot nagórzyckich do tej „okrąglicy” wejdzie rezerwat Niebieskie Źródła, a także Skansen Rzeki Pilicy. Ten ostatni, w zamyśle władz miejskich, zajmie się udostępnianiem nagórzyckiej trasy podziemnej, prowadząc tutaj swoją filię. Pozostaje zatem mieć nadzieję, że prace przy realizacji nagórzyckiego projektu, rozpoczęte w czerwcu tego roku przez wyspecjalizowany zakład robót górniczych z Krakowa, potoczą się sprawnie i zostaną zakończone zgodnie z planem, tj. na przyszłoroczny sezon turystyczny.


Andrzej Kobalczyk   

Artykuł ukazał się w wydaniu nr 52 (1067) z dnia 23 Grudnia 2010r.
 
Kontakt z TIT
Tomaszów Mazowiecki - baza wiedzy Biuro ogłoszeń
ogloszenia@pajpress.com.pl

Tomaszów Mazowiecki - baza wiedzy Dział reklamy
tel: (44) 724 64 17 wew. 28

Tomaszów Mazowiecki - baza wiedzy Redakcja
tel: (44) 724 24 00
redakcja@tomaszow-tit.pl
Artykuły
Informator