ukraina mMały, skromny pokój, a w nim cała rodzina. Mama, nastoletni syn, niemowlak, babcia. Łóżko przy łóżku. Nie ma gdzie trzymać rzeczy, nie ma jak spokojnie się uczyć młodemu chłopakowi. Tak żyje część uchodźców z Ukrainy w Tomaszowie. Jedni ciężko pracują i radzą sobie jak umieją najlepiej, inni nie mogą pracować, a jeszcze inni wolą żyć z socjalu i marzyć o powrocie do ojczyzny.

Roman jest Ukraińcem, pochodzi ze Lwowa, ale od 8 lat mieszka w Tomaszowie, gdzie ma własną firmę, rodzinę i przyjaciół. Kiedy tylko wybuchła wojna w jego ojczyźnie, zaczął pomagać swoim rodakom. Przywoził ich z granicy polsko-ukraińskiej, pomagał załatwić pracę, nocleg, artykuły pierwszej potrzeby, sprawy urzędowe oraz szkolne. Były to dla niego obce osoby.

Część została w Tomaszowie, innych wysyłał do Łodzi, Gdańska i innych miast. Wraz z nim wielką pomoc uchodźcom zapewniały m.in. Monika Kucharczyk i Agata Kucharczyk-Chaber z naszej redakcji. Dla wszystkich to były trudne chwile. - Na początku moja żona denerwowała się, że o 1 w nocy zrywam się, wsiadam do auta i gaz do dechy, żeby jechać po ludzi, bo tam gdzieś na granicy stoi matka z dzieckiem i czeka, i nie może się z nikim dogadać. Miała żal, że ja więcej jestem tam, niż w domu. Potem jednak zrozumiała i sama zaczęła pomagać uchodźcom, np. jak załatwiać sprawy urzędowe, wypełnić dokumenty. Sama jest inspektorem ds. legalizacji pobytu obcokrajowców - opowiada mężczyzna.

Roman pomaga Ukraińcom do dziś, ale zależy mu, żeby chcieli pracować. Jego pracownicy mieszkają w dawnym hotelu Lechia. - Poza tym jest to tymczasowy dom dla uchodźców, których zakwaterowało tam miasto - mówi Roman. Kiedy spotykamy się tam w pewne niedzielne popołudnie, co chwilę ktoś do niego podchodzi, wita się, uśmiecha, mówi: dobryj deń i prywit. Po korytarzach biegają dzieci. Uśmiechają się i bawią. Rodzice podchodzą do Romana z prośbą o pomoc w wypełnieniu dokumentów do szkoły i przedszkola. - Jak wchodzę do Szkoły Podstawowej nr 13, 9 i 12 to ludzie żartują: Jak pan zdążył mieć tyle dzieci? - śmieje się Roman i dodaje, że w budynku Lechii ma taką swoją małą Ukrainę. - Tu jest jedna wielka rodzina, rodzice pracują, jeżdżą na zakupy, a dzieci zostają, razem się bawią, zawsze ma ich kto przypilnować, opiekują się jedni drugimi - opowiada mój rozmówca.

Ale nie zawsze jest tam kolorowo. Ludzie przyjechali z różnymi problemami, a w Polsce muszą zmierzyć się z nową rzeczywistością. Każdy ma swoje przyzwyczajenia i charakter. Trzeba umieć z nimi rozmawiać. Większość mieszkających tu Ukraińców chce zostać w Polsce na stałe. Ten hotel, a Roman nazywa go "kwadratem", to jest dla nich start. - Jak ja przyjechałem do Polski, to mieszkaliśmy na Borkach, w gorszych warunkach. Oni tu mają centrum miasta, wszędzie blisko, pokoje dwuosobowe, choć są też inne, np. czteroosobowe - mówi mężczyzna.

Jedni pracują, drudzy tylko oczekują pomocy

Ubolewa nad tym, że często sami Polacy, władze, zbyt ułatwiają uchodźcom życie, przez co przyjmują oni postawę roszczeniową. - Ludzie są różni. Jedni od razu pierwszego dnia po przyjeździe z Ukrainy chcieli pracować i pracują, bardzo się starają i znają wartość pieniądza, a inni chcą, żeby wszystko im dać i ciągle im za mało - zauważa Roman. - Zdarza się, że ludzie, słysząc ukraiński akcent, plują w tamtą stronę, bo niestety mają negatywne doświadczenia - dodaje.

Ci, co mają status uchodźcy, otrzymują bony na żywność, które mogą realizować w sklepach. Według Romana, Ukraińcy, którzy mają status uchodźcy, ale pracują, często odmawiają korzystania z bonów, bo się wstydzą. - Nie potrzebujemy tego, nas stać, żeby kupić - mówi. Często sami wyposażają sobie mieszkania w tym hotelu, kupują niezbędne sprzęty, telewizory, mają ładnie i przytulnie. Samodzielnie pozakładali sobie Internet. Radzą sobie.  Ocenia, że 90 proc. mieszkańców "kwadratu" nie chce wracać do Ukrainy. Cieszą się, że mają pracę, choć jest ona ciężka, na produkcji. - Do części uchodźców mówię: popracujcie, nie siedźcie tak, bo się tu kłócicie między sobą , denerwujecie, a trzeba wyjść do ludzi, robić coś. Nie może być tak, że jedni pracują, a drudzy dostają wszystko za darmo. To usłyszałem, że państwo im powinno zabezpieczyć wszystko. Jedna pani nawet powiedziała, że nie chce łóżek w pokoju, ale wersalkę i że musimy ją znaleźć dla niej - mówi Ukrainiec. Zauważa, że niektórzy nie chcą posłać dzieci do polskiej szkoły. Czekają tylko na to, żeby wojna się skończyła. Roman spotykał ludzi, którzy nic nie chcieli w Polsce za darmo, oraz takich, którzy wzięli z darów to, co najpotrzebniejsze, zanim staną za nogi. Byli też tacy, którzy brali więcej niż potrzebują, jak pewna matka, która ciągle chodziła do punktów pomocy i odebrała łącznie kilka wózków, wanienek czy innych rzeczy dla dziecka.

Luksusów nie ma

"Na kwadracie" poznajemy różne rodziny. Wchodzimy do jednego z pokoi. Jest niewielki, a stoją tam trzy pojedyncze łóżka oraz łóżeczko dziecięce. Widać, że lokatorom ciężko pomieścić tam rzeczy. Pokój zajmuje matka z dwójką dzieci i swoją matką. Obok mają skromną łazienkę.  Rodzina przyjechała 8 marca br. z Odessy. - Trochę pracowałam, ale mój synek, który ma 9 miesięcy, musiał mieć szczepienia i musiałam z nim zostać. Teraz ma problem z zębami, więc się nim opiekuję - mówi Galina, a mały Mark z ciekawością, jak to dziecko, mi się przygląda. Jej matka, Natalia, podkreśla, że tęsknią za domem i chcą wrócić do Ukrainy. Został tam ojciec i brat pani Galiny. Niestety, przez panującą tam sytuację boją się wracać. - Tam, gdzie mieszkali, stacjonują wojska rosyjskie - tłumaczy Roman. Naszej rozmowie nieśmiało przysłuchuje się drugi, 16-letni, syn Ukrainki, Nikita. Widać, że nie jest mu łatwo, choć ma kolegów i koleżanki. Uczęszcza do "mechanika".

Luda, Daria i Ulena

W innym pokoju mieszka młoda kobieta z dwiema córkami, Darią i Uleną. Mają 7 i 13 lat. Do Polski przyjechały w kwietniu z Charkowa. Mąż Ludy i ojciec dziewczynek musiał zostać. Pani Luda pracuje w zakładach drobiarskich na nocną zmianę, świetnie sobie radzi, podobnie jak dziewczynki, które uczęszczają do "trzynastki". Roman je chwali, mówi, że są takie grzeczne, jakby dzieci nie było. Luda tęskni za mężem, za domem. - Tęsknię każdego dnia - mówi mi. Jeszcze nie wie, co dalej - czy wrócą do ojczyzny, czy może cała rodzina zostanie w Polsce. Póki co, chce stworzyć dzieciom jak najlepsze warunki. Codziennie zakasuje rękawy i z nadzieją patrzy w przyszłość. I Ludzie, i Darii i Ulenie Tomaszów się podoba, bo - jak mówią - jest cichy i spokojny. Na Lechii mieszka też 17-latek, który do Tomaszowa przyjechał z mamą. Mieszkali w Charkowie. Mimo młodego wieku chłopak pracuje. - Niedługo będzie miał 18 lat. Mama zabrała go tu, żeby Rosjanie nie wzięli go do wojska - mówi Roman.

Robię to, co muszę

Roman stara się nie śledzić już tego, co dzieje się w Ukrainie. Ma tylko żal, że jako były żołnierz nie może tam pomóc rodakom. Ale pomaga w Polsce, jak umie, choć mówi skromnie, że to może nie jest wcale pomoc. - Robię to, co muszę - ocenia.

Jego rodaków jest w Tomaszowie wielu. Tylko miasto kwateruje w swoich lokalach 122 osoby. W budynku byłego przedszkola przy ul. Kombatantów jest 30 osób, na kręgielni - 18 osób, na przystani miejskiej - 24, a na sali bankietowej Malinowa - 50. Liczba ta każdego dnia może się zmieniać. A za każdą z nich stoją poszczególne osoby, poszczególne historie, dramaty i małe szczęścia.

Joanna Dębiec

Pin It
Dodaj komentarz
Komentarze do tego artykułu są moderowane. Oznacza to, że Twoja opinia pojawi się na stronie po zaakceptowaniu jej przez moderatora. Nie zostanie zaakceptowana żadna wypowiedź zawierająca wulgaryzmy wypowiedziane wprost, skrótami lub wygwiazdkowane. Prosimy używać języka polskiego z zachowaniem zasad pisowni. Nie tolerujemy TaKiEgO StYlU PiSaNiA. Zamieszczanie kilku kolejnych wypowiedzi pod jednym tematem uważamy za „zaśmiecanie” strony. Redakcja nie bierze odpowiedzialności za opinie wyrażane przez internautów.

Pogoda

Stan jakości powietrza według Airly
TOMASZÓW MAZOWIECKI

Giełda

Waluty