6 lutego rozpoczną się XXV Zimowe Igrzyska Olimpijskie Mediolan–Cortina d’Ampezzo. W 60-osobowej reprezentacji Polski jest trzech łyżwiarzy KS Pilica Tomaszów: Karolina Bosiek, Damian Żurek i Vladimir Semirunnii oraz trener Roland Cieślak. Jeszcze nigdy panczenista z naszego miasta nie stał na olimpijskim podium. Czy teraz się uda?
Dokładnie 50 lat temu, 6 lutego 1976 r. (to był dzień startu), pierwsze szlaki na zimowych igrzyskach przecierała Tomaszowianka Stanisława Pietruszczak-Wąchała, wychowanka Bogusława Drozdowskiego w KS Pilica. – Doskonale pamiętam mój udział w igrzyskach w Innsbrucku. Uroczystość otwarcia, przemarsz sportowców i euforię, jaka towarzyszyła temu wydarzeniu – wspomina pani Stanisława. – Sportowo mogłam ugrać nieco więcej. 14. miejsce w biegu na 500 m nie było szczytem moich marzeń. Tym bardziej, że byłam wymieniana w gronie faworytek. Musiałam zadowolić się pamiątkowym medalem i znaczkiem z numerem startowym. Trzeba pamiętać, że wtedy ścigaliśmy się w zupełnie innych warunkach niż dzisiaj. Obiekt był sztucznie mrożony, ale niezadaszony. Dużą rolę ogrywały warunki pogodowe, a sprzęt łyżwiarski znacznie odbiegał od współczesnego – dodaje.
Pani Stanisława pamięta atmosferę wioski olimpijskiej, doping miejscowej Polonii i koncert Andrzeja Rosiewicza dla polskich sportowców. – Można było wyjść do kawiarni czy kina, ale większość czasu spędzaliśmy w wiosce olimpijskiej, skupiając się na treningach i samym starcie – mówi.
Olimpijka jest absolwentką tomaszowskiego II Liceum Ogólnokształcącego i Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Po zakończeniu kariery sportowej była nauczycielką i przez wiele lat dyrektorką Szkoły Podstawowej nr 1 w Tomaszowie. Ciągle jest aktywna. Działa w zarządzie Polskiego Komitetu Olimpijskiego, Regionalnej Radzie Olimpijskiej w Łodzi i w Towarzystwie Olimpijczyków Polskich. – Czuję się spełnionym człowiekiem, ale staram się pomagać tym, którzy zakończyli karierę sportową– wyznaje pani Stanisława.
- Jeden z najlepszych sprinterów
Cztery lata później (w 1980 r.) na igrzyskach w Lake Placid wystąpił Jan Józwik. Pochodził z Luboszew, był absolwentem "mechanika" i krakowskiej AWF. W KS Pilica wyszedł spod skrzydeł B. Drozdowskiego i stał się jednym z najlepszych sprinterów w Polsce i na świecie. Jego olimpijskie wyniki – 9. miejsce na 500 m i 13. miejsce na 1000 m – nie odzwierciedlały jego potencjału i umiejętności. Ustanowiony przez niego rekord Polski na 500 m (37,5 s, obecny rekord Damiana Żurka to 33,85 s) przetrwał przez 17 lat. Po zakończeniu kariery sportowej osiadł w Zakopanem. Był taksówkarzem. Zmarł pod koniec 2021 r., miał 69 lat.
W 1984 r. na igrzyskach paraolimpijskich w Innsbrucku wystartował Czesław Kwiatkowski. Zdobył dwa brązowe medale w biegach narciarskich.
- Kosmiczna Francja
W latach 90. ub.w. trenerem polskiej kadry narodowej był Wiesław Kmiecik. Pochodził z Jasła na Podkarpaciu, studiował na stołecznej AWF, a w 1984 r. jako młody szkoleniowiec przyjechał do Tomaszowa i zaczął prowadzić łyżwiarzy KS Pilica, których szybko powołał do reprezentacji. – Jarka Radkego przejąłem od B. Drozdowskiego. Do naszej grupy szybko dołączył Paweł Abratkiewicz. Sukcesy z tomaszowskimi łyżwiarzami dały mi przepustkę do pracy z reprezentacją – wspomina W. Kmiecik.
W 1992 r. Radke i Abratkiewicz pojechali z nim na igrzyska do Albertville we Francji. Nie odnieśli wielkich sukcesów. Jaromir był czternasty na 10 000 m i szesnasty na 5000 m, a "Abraś" w biegach na 500 i 1000 m zajął bardzo odległe miejsca. Atmosfera igrzysk też ich nie urzekła. –Podczas ceremonii otwarcia pokazali futurystyczne przedstawienie. Takie nierealne, kosmiczne. Niby wszystko było dobrze przygotowane, ale zabrakło klimatu. Wtedy ostatni raz igrzyska rozgrywane były na odkrytym torze – mówi nam J. Radke.
- Bajkowe igrzyska w Norwegii
Dwa lata później w Lillehammer panowała zupełnie inna atmosfera. – Piękna zimowa sceneria, dookoła serdeczni, uśmiechnięci ludzie, mnóstwo kibiców. To były chyba najlepsze zimowe igrzyska – wspomina Jaromir. – Na ulicach spotykaliśmy się z życzliwością. Norwegowie to naród bardzo usportowiony, który swoją euforią potrafił zarazić gości – dodaje W. Kmiecik, który wówczas też prowadził J. Radkego, należącego do ścisłej światowej czołówki. Kilka tygodni przed igrzyskami zdobył srebrny i brązowy medal mistrzostw Europy w Hamar.
Zawody olimpijskie odbyły się w tej samej hali. – Podczas pierwszego treningu na tablicy świetlnej wyświetlił się napis: "Welcome Jaromir Radke". Byłem zaskoczony i wzruszony. W gazetach pisali o mnie "bomba z Polski". Namieszałem w światowej czołówce. Wtedy na długich dystansach liczyli się tylko Holendrzy i Norwegowie. Doceniali moje umiejętności, widzieli mnie w roli faworyta – mówi były łyżwiarz KS Pilica. Ostatecznie medalu olimpijskiego nie zdobył. Był piąty na 10 000 m i siódmy na 5000 m. –Wywiady, telefony, to nie pozwoliło mi zachować potrzebnej koncentracji. Chyba nie wytrzymałem presji. To był mój najlepszy sezon w karierze i szkoda, że nie stanąłem na olimpijskim podium. Do dzisiaj mam pewien niedosyt, ale z perspektywy czasu doceniam to, co osiągnąłem. W tamtych czasach w naszym kraju były zupełne inne warunki do uprawiania sportu. Brakowało pieniędzy na wszystko. Dla mnie wyjazdy na zawody za granicą były okazją do poznania innego świata – twierdzi J. Radke.
- Jako łyżwiarz i trener
P. Abratkiewicz nie pojechał do Lillehammer z powodu kontuzji. Wystartował w Nagano w 1998 r. i cztery lata później w Salt Lake City, gdzie zajął 16. miejsce w biegu na 500 m. To był jego najlepszy występ na igrzyskach. – Jakoś nie miałem szczęścia do olimpijskich startów albo inni byli po prostu ode mnie lepsi – przyznaje "Abraś". To, co nie udało mu się jako zawodnikowi, osiągnął w roli trenera. W 2010 r. w Vancouver był jednym ze szkoleniowców drużyny żeńskiej, która zdobyła brązowy medal. – Polskie łyżwiarstwo czekało na to 50 lat. Radość była ogromna – dodaje P. Abratkewicz.
Fizjoterapeutą polskiej reprezentacji był wtedy Arkadiusz Skoneczny. Były łyżwiarz KS Pilica (obecnie trener) cztery lata wcześniej był bliski zdobycia kwalifikacji olimpijskiej, ale ostatecznie do Turynu w 2006 r. nie pojechał (był tam za to "Abraś", już jako trener).
–W Albertville mieszkaliśmy w kilku rozrzuconych wioskach olimpijskich, podobnie w Nagano – tam panował dodatkowo chaos organizacyjny. Japończycy podczas ceremonii otwarcia pokazali swoją kulturę. W Salt Lake City była atmosfera wojenna. Impreza odbywała się kilka miesięcy po atakach terrorystycznych z 11 września 2001 r. Nie mogło być klimatu sportowego święta. Włosi w Turynie pokazali Pavarottiego i Ferrari. A w Vancouver, poza drobnymi wpadkami, wszystko było przygotowane optymalnie – wspomina swoje igrzyska P. Abratkiewicz, który w 2014 r. w Soczi święcił sukcesy z Rosjanami. A na igrzyska do Mediolanu pojedzie jako trener kadry Kazachstanu.
- Złote Soczi
Igrzyska w Soczi były najlepsze w historii startów Polaków (nasi zawodnicy zdobyli sześć medali, w tym cztery złote), w dużej mierze dzięki świetnym występom panczenistów. Złoto na 1500 m wywalczył Zbigniew Bródka, a wspólnie z Konradem Niedźwiedzkim i Janem Szymańskim zdobył też brąz w biegu drużynowym. Ówczesny trener kadry męskiej W. Kmiecik nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. – Przez lata marzyłem o tym, aż w końcu się udało. Zbyszek pobiegł tego dnia rewelacyjnie, to był bieg idealny pod względem technicznym – wspomniał w rozmowie z nami. – W drużynie chłopcy pojechali decydujący bieg wręcz koncertowo. Jestem szczęśliwy, czuję się spełniony – mówił szkoleniowiec z Tomaszowa.
Srebrny medal wywalczyła też drużyna żeńska w składzie: Natalia Czerwonka, Katarzyna Bachleda-Curuś, Luiza Złotkowska i Katarzyna Woźniak (Niedźwiedzka). Do tego sukcesu przyczynił się A. Skoneczny, który był fizjoterapeutą naszej reprezentacji.
- 18 lat skończyła na igrzyskach
W 2018 r. na igrzyska do Pjongczangu w Korei Południowej poleciała Karolina Bosiek. Najmłodsza w polskiej reprezentacji, jeszcze juniorka. – Koreańczycy byli bardzo gościnni i uprzejmi, ale tamtejszy klimat mi nie służył. Podczas treningów nie miałam się do kogo odezwać. Brakowało mi na miejscu mojego trenera (prowadził ją W. Kmiecik – przyp. red.). Kontaktowaliśmy się tylko e-mailowo i telefoniczne, ale to nie to samo, co wspólne zajęcia – mówiła w rozmowie z nami Karolina. W debiucie olimpijskim zajęła 16. lokatę w biegu na 3000 m. Wysokie miejsce powinno dać jej prawo startu w biegu drużynowym, ale trenerzy zdecydowali inaczej. Karolina wskoczyła do składu dopiero w wyścigu o siódme miejsce i spisała się bardzo dobrze.
Podczas igrzysk świętowała "osiemnastkę". – To miało być zebranie organizacyjne. Wchodzę do sali, a tam wielkie zaskoczenie. Sto lat i tort w kształcie łyżwy, balony, czapeczki – wspominała.
Cztery lata później w Pekinie (igrzyska były rozgrywane w reżimie covidowym) Karolina Bosiek zajęła 8. miejsce w biegu drużynowym i 17. w biegu na 1000 m.
W 2022 r. na igrzyskach zadebiutował Damian Żurek. Zajął 11. miejsce w biegu na 500 m i 13. na 1000 m. – Jestem dumny, że mogłem reprezentować moje miasto i mój klub. (...) Nie mogę doczekać się następnego olimpijskiego startu. Będę ciężko pracował przez cztery kolejne lata, żeby we Włoszech walczyć o najwyższe cele – mówił wtedy łyżwiarz KS Pilica.
W Pekinie w sztabie polskiej reprezentacji był też Roland Cieślak (jako serwismen). Kiedyś świetny łyżwiarz KS Pilica i reprezentacji, szósty zawodnik mistrzostw świata, był bliski kwalifikacji olimpijskiej. Do Mediolanu pojedzie jako trener kadry biegów średnich i długich.
- Medalowe szanse
Zimowe igrzyska mają ponad 100 lat. Pierwsze odbyły się w 1924 r. we francuskim Chamonix. Polacy na pierwszy medal czekali do 1956 r. (wtedy zawody też były rozgrywane w Cortina d’Ampezzo). Przez 70 lat startów Biało-Czerwoni zdobyli na tej imprezie 23 medale (w tym siedem złotych). Miejmy nadzieję, że w najbliższych dniach sięgną po kolejne. – Szanse są ogromne, szczególnie w łyżwiarstwie szybkim, i to dla nas, dla Tomaszowa. Damian jest w świetnej formie. Ma silną psychikę i mam nadzieję, że poradzi sobie z tą całą olimpijską otoczką. Igrzyska to specyficzna impreza. Sam się o tym przekonałem. Chciałbym, żeby Damian osiągnął to, co mi się nie udało, i stanął na olimpijskim podium. Mamy podobną sytuację jak 12 lat temu ze Zbyszkiem Bródką, tak że powinno być dobrze – mówi J. Radke.
– Sprint jest również w głowie. W jednej chwili musi wszystko zagrać. Ważny jest nawet oddech. Każdy, kto przyjeżdża na igrzyska, chce walczyć o jak najwyższe cele, ale nie dla wszystkich wystarczy miejsc na podium. Jednak myślę, że tym razem się uda i tomaszowscy olimpijczycy odniosą sukces, na który tak długo czekamy. Z całego serca im tego życzę – dodaje pani Stanisława.
O medal na 10 000 m powalczy Vladimir Semirunnii (również KS Pilica). – Jest mocny, chciałbym żeby mu się udało, ale lekko nie będzie. Norwegowie, Holendrzy, Czech i Włosi, którzy startują u siebie. Trzeba na nich uważać. Tor w Mediolanie stworzony w hali Expo na potrzeby igrzysk jest wielką niewiadomą. Na pewno nie będzie za szybki. Nie można się na początku podpalać, żeby później starczyło sił na cały dystans – ostrzega Jaromir.
Już w pierwszym tygodniu igrzysk mocniej zabiją serca tomaszowskich kibiców. Na niedzielę, 8 lutego na godz. 16.00 zaplanowano start na 5000 m mężczyzn. V. Semirunii jest pierwszym rezerwowym w tej konkurencji i w ostatniej chwili może się okazać, że jednak stanie na starcie. W poniedziałek, 9 lutego o godz. 17.00 na 1000 m pobiegnie K. Bosiek. W środę, 11 lutego o godz. 18.30 w tej samej konkurencji będzie rywalizował D. Żurek, który w sobotę, 14 lutego o godz. 17.00 będzie się ścigał na dystansie 500 m. Na piątek, 13 lutego o godz. 16.00 zaplanowano bieg na 10 000 m z udziałem Władka, który wystartuje też 19 lutego na 1500 m.
(fot.główne Getty)
ag



Komentarze