Ze szczytu wzgórza rozciąga się widok na rzędy winnych krzewów, niżej za granicą łąk połyskuje błękitna wstęga Pilicy. To rzeka przypomina, że nie znajdujemy się w Alzacji czy Toskanii, ale w Łęgu, kilka kilometrów od Rzeczycy.
Gdyby opisywać drogę, która Dagmarę i Michała Janiszewskich doprowadziła do tej wsi, jej początków należałoby szukać na Węgrzech. Tam się to wszystko zaczęło. – Dwadzieścia kilka lat temu studiowaliśmy przez rok na Węgrzech – wspomina Dagmara. – Spotkaliśmy w Tokaju młodych winiarzy i oni nam pokazali, że młodzi ludzie też mogą robić wino. Marzenie o własnej winnicy tliło się przez lata. Impulsem okazał się program Izy Kamińskiej, która przeprowadzała wywiad w Winnicy Jura. Powiedzieli sobie wtedy: "Patrzcie, w Polsce też można robić wino". Później Michał znalazł tu działkę wystawioną na sprzedaż. Zobaczył ją i powiedział: "Dobra, zaczynamy. To jest ten czas, to jest to miejsce. Stok jest południowy, jedenaście procent nachylenia – idealnie".
Cały czas oboje mieszkali i pracowali w Łodzi. Rok później wykonali pierwsze nasadzenia. Oko znawcy zauważy, że rzędy winorośli mają swój niepowtarzalny charakter. – Wszystkie nasadzenia, czyli dziesięć tysięcy sadzonek, robiliśmy ręcznie – informuje Dagmara. – Oczywiście nie tylko my we dwójkę. Przez dwa lata z rzędu, w maju, zwoływaliśmy wszystkich znajomych i rodzinę. Rozkładaliśmy namioty i od rana każdy miał swoją robotę. Dziury były zrobione wiertłem, potem jeden sadził sadzonkę, drugi zasypywał, trzeci przyklepywał, czwarty podlewał. I tak, w sumie własnymi rękoma, stworzyliśmy winnicę. Dlatego nie jest tak, jak przy sadzeniu maszynowym. I do tej pory robimy takie właśnie zjazdy w rocznicę tych nasadzeń.
- Szaleńcy, którzy posadzili winorośl
Podobnie jak ich winorośle, także i oni zaczynają wrastać w tę ziemię. Wprawdzie Michał, zajmujący się stroną biznesową przedsięwzięcia, nadal pracuje w Łodzi, ale coraz więcej czasu spędza w Łęgu. Dagmara poświęciła się winnicy całkowicie. – Tutaj sobie pomieszkujemy. Mamy takie mieszkanko na górze, jeszcze niewykończone, ale jest – mówi. Kiedy pytamy o to, jak na ich przedsięwzięcie zareagowali okoliczni mieszkańcy, oboje się uśmiechają: – Ludzie do dziś nam mówią: "Musieliśmy do was przyjść, żeby poznać tych szaleńców, którzy tutaj posadzili winorośl". Z tego, co wiemy, ta działka bardzo długo leżała odłogiem. Mieszkańcy chyba się ucieszyli, że w końcu coś zaczęło się tutaj dziać. Wiadomo, że ludzie są różni, ale większość jest do nas przyjaźnie nastawiona. Kobiety z okolicznych wiosek nam pomagają. Właśnie dzisiaj były na zbiorach. Tak że reakcje są ogólnie bardzo pozytywne.
- Biznes czy pasja?
– Przy takim areale, jaki mamy, czyli dwóch i pół hektara młodych winogron, nie da się jeszcze zarobić tyle, żeby utrzymać czteroosobową rodzinę – przyznaje Dagmara. – Michał sobie wszystko poukładał i wyliczył, ile hektarów potrzeba, żeby przedsięwzięcie zaczęło się opłacać. Podobno powyżej pięciu hektarów zaczyna być rentowne, więc musielibyśmy mieć jeszcze raz tyle. Mówi się również, że winnicę zakłada się dla wnuków. Dopiero w trzecim pokoleniu zaczyna ona przynosić wyraźne, pozytywne skutki finansowe. Traktujemy to więc raczej jako pasję – podsumowuje.
Ta pasja wymaga ogromnego nakładu pracy. Wszystko zaczyna się od przycinania. Zimowe przycinanie to pierwsza praca w sezonie. Odbywa się mniej więcej w lutym i marcu. Później trzeba co jakiś czas przejechać między rzędami i "ogłowić" rośliny, gdy za bardzo zarastają. Trzeba również odsłaniać winogrona, jeżeli są za mocno zasłonięte liśćmi, aby docierało do nich słońce. Trzeba też pielić.
Na wielu filmach, których akcja rozgrywa się w winnicach, kulminacyjną sceną jest wręcz nabożne smakowanie owoców i moment decyzji – rozpoczynamy zbiór! Michał wyjaśnia nam, o co w tym chodzi. A chodzi o to, by wybrać ten moment, kiedy balans między słodyczą a kwasowością gron jest najlepszy. Jeśli kwasowość spadnie poniżej pewnego poziomu, wino będzie mdłe i szybko się zepsuje. Z kolei, jeżeli udział cukru będzie za niski, nie otrzymamy pożądanego poziomu alkoholu.
Trwają tegoroczne zbiory. – Musieliśmy wstać przed szóstą, żeby wszystko przygotować – wyjaśnia Dagmara. – Pomagający nam mieszkańcy okolicznych wsi zbierali winogrona przez prawie cztery godziny. My później dalej pracujemy, a następnie rozpoczyna się proces mycia, który zajmuje kolejne trzy godziny. Tak będzie do końca września, ponieważ przez cały ten czas będziemy prowadzić zbiory.
Później zaczyna się praca przy tankach: sprawdzanie parametrów i dodawanie odpowiednich drożdży…
- Przyszłość pisana winem
Chcą się rozwijać, skończyć budowę domu, dokupić ziemi na kolejne nasadzenia. Zapewne coraz częściej będą ich odwiedzać turyści, a ich winnica stanie się atrakcją, do której obowiązkowo trzeba zajrzeć. Może dojdzie gastronomia, mały hotelik… Tak czy inaczej będzie to miejsce wyjątkowe. – A czy wasze wino jest w jakiś sposób wyjątkowe? – pytamy. – Jest wyjątkowe, ponieważ pochodzi z doliny Pilicy. Bardzo inspirujemy się Pilicą i tutejszą glebą, czyli wszechobecnymi piaskami. Najbardziej inspirujemy się jednak tym siedliskiem. Na razie jesteśmy jedyną winnicą w okolicy, w województwie łódzkim, położoną nad Pilicą. Bardzo chcemy podkreślać, że jesteśmy stąd i że nasze wina są produkowane tutaj. Wszystko odbywa się na miejscu. Nie przywozimy owoców z innych regionów ani nie korzystamy z podobnych rozwiązań – twierdzą zgodnie.
Czego więc życzyć? Zgodnie z tradycją – dobrego roku: obfitych i zdrowych plonów winogron; pogody bez kaprysów: ochrony przed wiosennymi przymrozkami, suszą i gradem; sukcesów w piwnicy: udanej fermentacji i doskonałego smaku każdego rocznika oraz uznania: satysfakcji z pracy, nagród na konkursach winiarskich oraz lojalnych klientów.
and



Komentarze