Ośrodek Wypoczynkowy "Niewiadów" w Ustce to popularne miejsce, w którym przez lata organizowano kolonie letnie oraz wczasy pracownicze z Zakładów Sprzętu Precyzyjnego „Niewiadów”. Z łezką w oku wspomina je wielu mieszkańców Tomaszowa, Niewiadowa, Ujazdu i innych miejscowości – pracownicy tego zakładu oraz ich dzieci.
Ustka to jedno z najpiękniejszych miast nad polskim morzem. Dla Tomaszowian i mieszkańców naszego powiatu już sama nazwa powoduje szybsze bicie serca i przypływ wspomnień. Wielu z nas jeździło tam na kolonie i wczasy z rodzicami. Co ciekawe, Ośrodek Wypoczynkowy "Niewiadów" istnieje do dziś i nadal, do domków ze strzelistymi dachami, przyjmuje turystów. – Kolonie w Ustce należą do najpiękniejszych wspomnień mojego dzieciństwa. Organizował je zakład pracy mojego taty. Każdego roku z Niewiadowa wyruszało aż dziesięć autokarów pełnych roześmianych dzieci – mówi Justyna Przyborek, polonistka, logopedka, nauczycielka ze Szkoły Podstawowej nr 9.
Zakład od 1966 roku produkował przyczepy kempingowe. Pracowało w nim wielu Tomaszowian. Ich dzieci mogły korzystać z letnich kolonii z bardzo atrakcyjnymi dopłatami firmy. – Dziś wiele z tamtych atrakcji wydaje się zwyczajnych, ale dla nas, w połowie lat 80. i na początku 90., były one prawdziwą przygodą. W ośrodku znajdował się np. punkt biblioteczny, w którym wypożyczaliśmy książki. Spacery z Ustki-Uroczyska do miasta były jednym z ulubionych punktów dnia. Pamiętam zwłaszcza smak lodów sprzedawanych na gałki w tradycyjnej lodziarni. Wydawały się wtedy najsmaczniejsze na świecie – dodaje J. Przyborek.
Ośrodek położony był (i jest nadal) w pachnącym sosnowym lesie po zachodniej stronie Ustki przy jednej z najszerszych oraz najpiękniejszych plaż polskiego wybrzeża Bałtyku. – Każdy dzień miał swój rytm. Były poranne apele, wspólne zabawy, spacery i zajęcia. Panował porządek, a wychowawcy dbali o dobrą organizację i bezpieczeństwo – wspomina pani Justyna.
- Trójkątne domki na Uroczysku
– Pamiętam, że kolonie trwały trzy tygodnie. Mieszkaliśmy w drewnianych, trójkątnych domkach. Ośrodek "Niewiadów" leżał około 200 metrów od plaży, więc można było chodzić na nią od razu w samym kostiumie – mówi Katarzyna Dębiec-Adamczewska, dziś menedżerka, trenerka empatycznej komunikacji. Na kolonie do Ustki z zakładu pracy ojca, Jacka Dębca, jeździła wiele razy, już od szóstego roku życia. Były to dla niej niezapomniane wakacje. – Niewiadowski zakład nosił wówczas nazwę Predom-Prespol - dodaje.
W domkach na dole znajdowały się dwa lub trzy łóżka oraz łazienka z umywalką i ubikacją. Prysznice mieściły się w dużej wspólnej łazience w ośrodku. Grupy chodziły na zmiany, żeby się umyć. Na piętro domku, a raczej poddasze, prowadziły strome drewniane schody. Tam była otwarta sypialnia z dwoma łóżkami, a nad nimi duże skosy. Trzeba było uważać, by wstając, nie uderzyć się w głowę i by nie spaść ze schodów. – W oknach powieszone były ciężkie zasłony – wraca pamięcią do tamtych dni J. Przyborek.
Każdy dzień kolonii miał swój ustalony rytm. – Rano, chyba o 8.00, a może nawet 30 minut wcześniej, była pobudka. Pamiętam, że każdego dnia budziła nas trąbka. Na samo wspomnienie słyszę jej dźwięk – śmieje się K. Dębiec-Adamczewska. Dzieci przed wyjściem z domku musiały zadbać o jego czystość. Każdy ścielił samodzielnie łóżko i przygotowywał się na rozpoczęcie dnia. Starsi pomagali młodszym. Dzień zaczynał się od apelu. – Pamiętam, że była kontrolowana czystość w domkach i był nawet konkurs na najczystszy domek. Opiekunowie sprawdzali też, czy dzieci dbają o higienę osobistą. Pytali, czy umyliśmy zęby i padały pytania o zmianę bielizny – mówi.
Po apelu dzieci szły na śniadanie, po którym wybierały się na plażę. – W morzu kąpaliśmy się się grupami, nie wszyscy jednocześnie. O końcu kąpieli informował nas ratownik, gwiżdżąc gwizdkiem – opowiada pani Katarzyna. Po powrocie był obiad w stołówce, po którym ogłaszano tzw.ciszę poobiednią. Był to czas na drzemkę czy zabawę w swoim domku. – Często wracaliśmy na plażę lub mieliśmy inne aktywności, np. podchody w lesie czy grę w badmintona lub piłkę ręczną. Później była kolacja i znowu wieczorne atrakcje. Uwielbialiśmy dyskoteki. Wymienialiśmy się ciuchami i każdy ubierał się tak, by wyglądać szałowo – wspomina K. Dębiec-Adamczewska. Justyna Przyborek przypomina sobie, że dyskoteki były w piątki. Każdy na nie czekał. Przy ośrodku zlokalizowana była jednostka wojskowa. – Dziewczęta wypatrywały przystojnych żołnierzy – śmieje się J. Przyborek.
- Słynna Baba Jaga, kiełbaski i frytki
Przy ośrodku "Niewiadów" w Ustce, jak wspominają nasze rozmówczynie, znajdował się drewniany domek z małą gastronomią. – Nazywał się Baba Jaga. Sprzedawali tam kiełbasę z rożna i frytki. To była wtedy nowość. Młodzież chętnie chodziła na te frykasy – wspomina pani Justyna. – Nad morze szło się drogą po wyłożonym czarnym gumoleum. Było gorąco w stopy – dodaje.
Dla dzieci to był niezwykły czas. Co roku te same osoby umawiały się ze sobą, żeby jechać na kolonie do Ustki. Rodziły się przyjaźnie i pierwsze miłości między młodzieżą z Tomaszowa, Ujazdu i Niewiadowa. Uczestnicy wspominają różne kolonijne rytuały. – Był organizowany wybór "króla i królowej kolonii", konkurs rzeźb z piasku, czystości, wybory miss i mistera turnusu, dyskoteki w świetlicy, ogniska z pieczeniem kiełbasek, wieczorne śpiewanie przy gitarze, pasowanie na kolonistę, olimpiady sportowe – wymienia Katarzyna Dębiec-Adamczewska. Ciekawy był dla niej też chrzest kolonisty dla nowych uczestników. Dzieci musiały np. chodzić po szyszkach na plaży czy jeść paprykę z cynamonem lub inne "dziwne" rzeczy, ale wszystko w granicach rozsądku, tak by każdy sobie poradził i by była świetna zabawa. Koloniści mieli też inne atrakcje, np. chodzili do cyrku.
– Pamiętam, że rodzice pisali do dzieci listy. Były rozdawane na apelu. Ten, kto dostał list, był bardzo dumny. Czuł się ważny – zauważa J. Przyborek.
Dzień na kolonii kończył się wieczorną toaletą. Wychowawcy zawsze sprawdzali, czy ich podopieczni są gotowi do snu i czy wszystko jest w porządku. Od godz. 22.00 była cisza nocna.
- Takie wczasy w Ustce pamiętam
Sama pamiętam wczasy z rodzicami i siostrami w ośrodku w Ustce, organizowane z Fabryki Przyczep "Niewiadów", w której pracował wtedy mój ojciec. To był 1990 r., a ja miałam wtedy 7 lat. Pamiętam zdjęcie z rodzicami na ławce przed domkiem. Przy każdym była taka ławka i stolik. Domek był strzelisty, drewniany. W świetlicy odbywały się dyskoteki, dancingi dla dorosłych i zabawy dla dzieci. Był ktoś taki, jak kaowiec, czyli instruktor kulturalno-oświatowy, dbający o czas wolny wczasowiczów. Całe rodziny chodziły na trzy posiłki dziennie do stołówki. Rodzice nie musieli nic przygotowywać, o nic się martwić. Wczasy trwały dwa tygodnie, więc osoby pracujące mogły naprawdę wypocząć. Z Ustki przywoziło się pamiątki, np. wiszące Baby Jagi, dekoracyjne pająki na pajęczynach... Żałuję, że "nie załapałam się", tak jak moje siostry, na kolonie z "Niewiadowa". Zmieniał się wtedy ustrój, zmieniała się praca, zmieniał się cały, nawet dziecięcy, świat.
(fot. FB Niewiadów – Ośrodek Wypoczynkowy, Ustka)
Joanna Dębiec



Komentarze