Przed tygodniem nasze miasto nawiedził obraz Matki Bożej Częstochowskiej. Uroczysta wędrówka obrazu po tomaszowskich parafiach zbiegła się z ogólnopolską dyskusją na temat roli i obecności Kościoła katolickiego w Polsce.
Krzyż na Krakowskim Przedmieściu wyzwolił wielkie emocje, ale też stał się przyczynkiem, by wreszcie głośno i otwarcie zacząć zastanawiać się nad relacjami państwo - Kościół, w demokratycznym, jakby nie było, kraju. Opiniotwórcze media rozpoczęły publikację materiałów o roli Kościoła w Polsce, o konieczności weryfikacji niektórych praw i przywilejów kościelnych, o nienasyconej zachłanności kościelnych hierarchów, o obyczajach na linii władza samorządowa - proboszczowie. O obyczajach i prawach Kościoła w naszym kraju w ogóle. Tytuły: „Nadszedł czas reformacji”, „Partia Boga”, „Polska przestaje być katolickim skansenem” to tylko namiastka i zwiastun tego co dzieje się w ostatnich tygodniach na łamach prasy i w radiowych rozgłośniach.
A tymczasem w Tomaszowie, w uroczystych mszach, podczas których celebrowana jest obecność obrazu, biorą udział przedstawiciele władz powiatu i miasta.
Już wybory prezydenta RP pokazały, że naród przestał bezkrytycznie ufać i słuchać Kościoła. Niebywałe zaangażowanie Kościoła jako instytucji i samych księży nie pomogło Jarosławowi Kaczyńskiemu. Mimo że jego konkurent wyzywany był z ambon od szatanów - został prezydentem. Z tej lekcji nauczkę winni wyciągać przedstawiciele naszej władzy. Ale nie wyciągają. Wciąż narzekamy, że na oficjalnych internetowych stronach urzędowych wiszą nieaktualne informacje lub nie ma ich wcale. Tymczasem na stronie powiatu tomaszowskiego znajdujemy relację z czysto kościelnej uroczystości, a poszczególni członkowie Zarządu Powiatu widoczni są wyraźnie w tłumie uczestników mszy. W pierwszych rzędach kościelnych ław zasiada cała miejska władza, nawet członek SLD, która to partia wyraźnie domaga się oddzielenia oficjalnych uroczystości od kościelnej celebry. Czyżby przedstawiciele naszych władz nie widzieli, nie czuli, co dzieje się w naszym społeczeństwie? Niedobrze, bo to znaczy tylko tyle, że kompletnie nie nadążają za tymi, w służbę których się oddali. A może w tej gorliwości jest coś jeszcze? Poczucie bezradności, słabość i lęk. Brak rzeczywistych sukcesów, brak realizacji wytyczonych wcześniej celów, brak autentycznego dialogu z elektoratem. Te wszystkie braki trzeba nadrobić poparciem, i ten patent przez lata się sprawdzał. Przychylność Kościoła katolickiego pomagała w zdobywaniu mandatów, foteli prezydentów, wójtów. W wielu przypadkach była jedyną drogą, która do celu wiodła. Kaczyńskiemu już jednak nie pomogła.
Tomaszowowi potrzeby jest nowoczesny, przewidujący i pragmatyczny przywódca. Jak na razie wszyscy ci, którym władza śni się po nocach, wciąż wierzą, że warto flirtować z Kościołem, by do tej władzy pretendować lub by ją utrzymać. Wyborcze wyniki w naszym mieście, powiecie pozwalają nadal ulegać takiemu poczuciu. Jednak nastroje społeczne zaczynają się zmieniać i tylko szkoda, że władze za tymi zmianami nie nadążają. Podążają nadal w orszaku, który wypisz, wymaluj przypomina dziewiętnastowieczny opis obyczajów panujących w zaściankowej Polsce.
Najbliższe samorządowe wybory nie przyniosą jeszcze gwałtownych przemian, ale te są nieuchronne. Prowokacyjny, ironiczny krzyż z puszek po piwie „Lech” jest tego zwiastunem. Wyznacznikiem nadejścia zmian w miastach średniej wielkości, jak Tomaszów, będzie zapewne pojawianie się w naszych szkołach… lekcji etyki. Dotychczas zupełnie tam nieobecnej. Nie sposób sobie bowiem wyobrazić, by nowocześni, wykształceni rodzice dłużej nie chcieli, by ich dzieci zdobywały wiedzę z zakresu religioznawstwa, by jeżdżąc po świecie i Europie nie były zaskoczone różnorodnością i wielokulturowością, by z przychylnością i otwartością przyjmowały prawdę o złożoności świata. Pięknie jest dostrzegać te przemiany i jeszcze piękniej będzie móc o nich pisać.
***
Tomaszowska zaściankowość objawiła się też na ulicach. To co działo się w ubiegłym tygodniu w centrum miasta na okoliczność rozstawienia straganów z dewocjonaliami i wszelką tandetą robiącą za „święte pamiątki”, określić można tylko jednym słowem - skandal. Ogromne utrudnienia, zagrożenie dla pieszych, paraliż ruchu kołowego. Przestrzeń publiczna została zawłaszczona przez ludzi, którzy zarabiali na tym, że inni ludzie podążali za obrazem i chcieli, jak umieli, ten fakt upamiętnić. A gdzie było miejsce dla tych, którzy obrazu nie czczą? Tacy też tu żyją.
Zarząd Dróg Powiatowych wydał trzy zezwolenia na zajęcie pasów drogowych na ulicach powiatowych. Zarząd Dróg Wojewódzkich nie wydał żadnego, bo nikt się do niego o to nie zwrócił. Była to ewidentna samowola. Po interwencji jeden ze straganiarzy zwinął interes, ale dopiero na drugi dzień. Z naszych ustaleń wynika, że nie został ukarany. Zajęcie pasa na chodniku drogi wojewódzkiej to zaledwie złotówka za jeden mkw. dziennie. Straż Miejska w ogóle nie ingerowała w bałagan, jaki miał miejsce w najbardziej uczęszczanym punkcie miasta. Gdyby vis-a¶-vis „Tomasza” stanęła baba z koszykiem grzybów lub bańką mleka, to strażnicy w ciągu kilkunastu minut „zdjęliby” ją z ulicy i może jeszcze nałożyli mandat. W tym przypadku stragany traktowane były jak nietykalne dobro. Dlaczego? Dlaczego miasto w ogóle umyło ręce od odpowiedzialności za ten stan rzeczy? W imię jakich wyższych wartości? Czy przestrzeganie i egzekwowanie prawa jest narażaniem się na gniew boży? A może chodziło o gniew kościelny? Oto kolejny dowód na to, że sprawowanie władzy wymaga stanowczości, której w tak prozaicznej sprawie też zabrakło. |